niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział dwudziesty


I feel so lost and I need to know
if your heart really wanna let me go


 Ostrzeżenie: Scena miłości dwóch mężczyzn (+18) 

Kiedy wróciliśmy do naszego domu od Keitha, Louis był bardzo cichy i przygnębiony, ale jednocześnie rozdrażniony. Nie chciał ze mną rozmawiać, zbywając mnie jakimś suchym, urwanym zdaniem, więc zdecydowałem, że najlepszym wyjściem będzie po prostu jeśli usunę się cień, dopóki mu nie przejdzie.
Oparłem się biodrami o piaskowy blat w kuchni, uśmiechając się lekko na widok ciasta do naleśników, które powoli zaczynało się rumienić na rozgrzanej patelni. Podrzuciłem je szybkim ruchem, przewracając  tym samym na drugą stronę i zachichotałem cicho, dumny ze swoich kuchennych wyczynów. W całym pomieszczeniu unosił się już ich charakterystyczny zapach i uniosłem delikatnie kąciki warg w górę, zastanawiając się, kiedy zwabi on do mnie niebieskookiego.
Właściwie, nie musiałem długo czekać. Zajęty smażeniem naszej kolacji i tym, by ciasto było idealnej grubości, prawie podskoczyłem, czując dwie, chłodne dłonie, przesuwające się z czułością po moich biodrach i gorący oddech na moim karku.
- Mamy gościa – w głosie Louisa, który zabrzmiał mi tuż przy uchu, powodując tym samym gęsią skórkę, usłyszałem wesołą nutkę i odwróciłem się momentalnie, stając twarzą w twarz z Liamem, ubranym w jeden z tych szarych, luźnych dresów, które nosił w tourbusach. Chłopak uśmiechnął się do mnie lekko, unosząc w górę sześciopak piwa, który zmierzyłem, unosząc do góry lewą brew. Wyglądał na zmęczonego i nieco czymś zestresowanego, ale byłem pewien, że Lou tego nie zauważył, zbyt przejęty jego wizytą, alkoholem i jedzeniem, które tak uwielbiał. Z zafascynowaną miną, przyglądał mi się, gdy podrzucałem w powietrze ostatniego już naleśnika, a potem bez słowa sprzeciwu pomógł mi nieść talerze i naszą kolację do jadalni.



*


Kiedy napełniliśmy już nasze brzuchy, przenieśliśmy się ociężale do przestronnego salonu. Podłoga wyłożona była panelami w kolorze gorzkiej czekolady i idealnie kontrastowała z jasnymi ścianami, przypominającymi odcieniem waniliową kawę z dużą ilością mleka. Kanapa była ogromna, po rozłożeniu jej z całą pewnością zmieściłoby się na niej co najmniej siedem osób, to też nie mieliśmy żadnego problemu, by wygodnie się na niej ułożyć. Louis odrobinę źle się czuł, więc zdecydował się nie pić, ale ja i Payne nie widzieliśmy powodu, by tego nie robić. Bardzo szybko opróżniliśmy po dwie puszki, rozmawiając o głupotach. Cały czas czułem na swoich biodrach dłonie Louisa, chłodne i miękkie opuszki palców, sunące wzdłuż mojego brzucha i dekoncentrowało mnie to do takiego stopnia, że ledwie usłyszałem, co tak naprawdę ma nam do powiedzenia Liam.
- Nie przyszedłem tutaj bez powodu – zaczął i nawet mój otępiały przez alkohol umysł był w stanie rozpoznać drżenie w jego głosie. Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, co takiego wytrąca z równowagi statecznego zwykle Liama.  – Zanim dojdę do sedna sprawy, chciałbym zaznaczyć, że podjąłem już decyzję i żaden z was nie jest w stanie mnie od niej odwieść, więc nawet nie próbujcie. Zgoda?
- Zmieniasz płeć, Li? – wyrwało się niebieskookiemu, a jego głośny, melodyczny głos spowodował ciarki na moich ramionach. Cholera, wszystko w nim tak mocno na mnie działało… Kiedy ostatni raz uprawialiśmy seks?
Payne pokręcił z niedowierzaniem głową, a po jego poważnej minie i napiętych mięśniach łatwo było rozpoznać, że nie jest mu do śmiechu, więc Louis natychmiast się zreflektował, kiwając lekko głową. Zrobiłem to samo, uśmiechając się do niego zachęcająco. Poczułem paznokcie wbijające się w moją kość biodrową i syknąłem nieznacznie.
- Sophie jest w drugim miesiącu ciąży – oznajmił w końcu, a mnie zakręciło się w głowie i cóż, byłem prawie pewien, że to nie z powodu płynącego w moich żyłach alkoholu. Rozszerzyłem szeroko oczy w zdziwieniu, a w gardle poczułem olbrzymią suchość, bo wiedziałem już, co chłopak próbuje nam przekazać. – Nie zostawię jej teraz samej i nie zamierzam też pozbawiać mojej córki albo mojego syna ojca, bo będę zbyt zajęty koncertami dla czternastolatek, żeby przyglądać się, jak moje własne dziecko dorasta. Na całe szczęście, zaraz skończy się nam kontrakt. Nie przedłużę go. Mam nadzieję, że to rozumiecie – dodał, a w jego ciemnych oczach dostrzegłem zły i nie bardzo wiedziałem, co jest ich przyczyną. Wpatrywałem się w niego, nie potrafiąc wykrztusić z siebie nawet słowa i wtedy Louis po prostu wstał, podchodząc do Liama i nim zdążyłem się obejrzeć, trzymał go mocno w ramionach, klepiąc go po plecach.
- Gratuluję, stary – mruknął, uśmiechając się i nie pamiętałem, czy kiedykolwiek widziałem u niego tak szczery, przyjazny uśmiech. – To najlepsza decyzja, jaką mogłeś podjąć i chcę, żebyś wiedział, że się za tobą wstawię, jeśli będzie trzeba – dodał, a ja otworzyłem usta, pozostając w lekkim szoku. Nie mogłem w to uwierzyć. Louis i Liam nigdy nie mieli jakichś wybitnie dobrego kontaktu, za bardzo różniły ich poglądy i odmienne poczucie humoru, jednak teraz trwali w swoich objęciach i wyglądali jak najdrożsi sobie bracia. Z drugiej strony, dużo bardziej szokowało mnie to, co oznacza dla nas decyzja Payne’a.
- Jestem pewien, że będziesz świetnym ojcem – wydusiłem z siebie w końcu, dziwnie zmienionym głosem i także wstałem, by poklepać go mocno między łopatkami. Ściskaliśmy się mocno przez chwilę, gdy w kieszeni Payna rozdzwonił się jego telefon i chłopak momentalnie go wyciągnął, uśmiechając się do wyświetlacza, na którym pojawiło się zdjęcie rozmówcy.
- To Sophie – powiedział, a następnie nacisnął przycisk potwierdzający połączenie. – Jestem jeszcze u Tomlinsonów – mruknął, uśmiechając się lekko, gdy uderzyłem go na te słowa w bok, oburzony tym, jak nas nazwał. Louis roześmiał się za to głośno, przysuwając mnie do siebie i całując delikatnie w skroń. Tak cudownie pachniał…  – Zaraz poproszę kogoś, żeby po mnie przyjechał, tylko nie wiem, czy Niall tu trafi, cholera…
- Liam, odwiozę cię – głos niebieskookiego był tak stanowczy, że chłopak uśmiechnął się szeroko, kiwając głową. Zmarszczyłem brwi.
- W porządku, Lou zaproponował, że mnie odwiezie. Niedługo się zobaczymy, dbajcie o siebie – oznajmił, rozłączając się, a ja westchnąłem cicho, odwracając się do nich plecami. Trzęsły mi się dłonie z nerwów i nie umiałem się uspokoić, jednak żaden z nich zdawał się tego nie zauważać.



*


Louis był w drodze do domu Liama, kiedy ja leżałem na kanapie, wpatrując się w sufit, jakby to on miał przynieść mi rozwiązanie sytuacji, w której się znalazłem. Oddychałem chrapliwie, próbując zmusić się, by wstać i sięgnąć bo leżący na stoliku telefon, jednak jeszcze długo pozostawałem w bezruchu, nim w końcu trzymałem go w swoich dłoniach, wystukując z pamięci numer do Zayna. Ku mojemu zaskoczeniu, chłopak odebrał już po pierwszym sygnale i prawie się uśmiechnąłem na dźwięk jego charakterystycznego akcentu.
- Cześć, Harry – powiedział, zabawnie przeciągając sylaby w moim imieniu. – Spodziewałem się twojego telefonu – dodał, a ja zmarszczyłem brwi, prostując plecy. Oparłem się wygodnie, strzelając kościstymi kolanami.
- Spodziewałeś się? – zapytałem, wzdychając głośno i zastanawiając się, co to wszystko znaczy. Nerwowo zagryzałem dolną wargę, aż do momentu, w którym nie poczułem na niej krwi i natychmiast się opanowałem.
- Jesteś przewidywalny, wiesz? – Malik wydawał się być dziwnie zmęczony i odrobinę zirytowany – Kiedy Liam powiedział mi rano, że zamierza wam dzisiaj ogłosić swoją decyzję, wiedziałem, że zadzwonisz. Znam nawet pytanie, które chcesz mi teraz zadać.
- Znasz? – Czułem się jak ostatni idiota, bo sam nie byłem pewien, dlaczego potrzebowałem odpowiedzi chłopaka już teraz.
- Ja też nie przedłużę kontraktu, Harry. Zarobiłem już dość pieniędzy, by zapewnić sobie i całej mojej rodzinie życie na wysokim poziomie i nie zamierzam bawić nastolatków do trzydziestki. Ciąża Sophie to dla mnie tylko pretekst. Pewnie zrezygnowałbym i bez tego, więc nie obwiniaj Liama... – nie zdążył dokończyć, gdy rzuciłem mocno swoim telefonem przed siebie i w milczeniu obserwowałem, jak roztrzaskuje się na ścianie.
- Kurwa mać! – wrzasnąłem w końcu, podnosząc się. Nie tak, wszystko było nie tak.


*


Odetchnąłem z ulgą, gdy godzinę później usłyszałem silnik samochodu na podjeździe i w zasadzie nie pozwoliłem mu nawet się odezwać. Byłem tak zdesperowany i tak bardzo spragniony jego miłości, że bolało mnie całe ciało.
Nachyliłem się do niego, obejmując jego szczupłą twarz w obie dłonie, a on westchnął zaskoczony prosto w moje wargi, gdy wpiłem się mocno w jego wąskie, spierzchnięte usta. Louis smakował cudownie i gdybym miał to jakoś opisać, myślę, że najbliższe jemu byłoby połączenie słodkiej herbaty i promieni słonecznych. Motyle rozrywały mi żołądek i wszelkie zmartwienia, jakie pojawiły się w mojej głowie w ciągu ostatnich dwóch godzin, nagle straciły jakiekolwiek znaczenie. Teraz liczyliśmy się tylko my, ja i on. Ten cholernie palący żar między nami, który sprawił, że krew wrzała mi w żyłach.
Całowaliśmy się długo, mocno i nie było w tym żadnej perfekcji. Zbyt często gubiliśmy rytm, zachłanni swoich ust, by odnaleźć go kilkanaście sekund później, a nasze dłonie były ciekawskie i spragnione, obaj chcieliśmy tylko więcej, szybciej, lepiej, bliżej... Tak cholernie za tym tęskniliśmy.
Popchnąłem go mocno i wylądowaliśmy miękko na jednym z tych puszystych dywanów, które tak bardzo mi się spodobały, gdy wszedłem tutaj po raz pierwszy. Gdzieś w głębi mojego umysłu jaśniało idealne łóżko, stojące w naszej sypialni, jednak wizja ta momentalnie się rozwiała, gdy tylko poczułem gorące, spuchnięte od pocałunków wargi na swoim wrażliwym, wystającym obojczyku.
- Rozbierz mnie w końcu – westchnąłem gdzieś pomiędzy niedbałymi, dotkliwymi pocałunkami i poczułem, jak ciepłe i delikatnie dłonie chłopaka wsunęły się pod bawełnę mojej koszulki, sprawiając, że moja skóra zapłonęła żywym ogniem. Nim zdążyłem się zorientować, Louis ściągnął mi przez głowę odrobinę za dużą bluzkę i przez całe moje ciało przeszedł gwałtowny dreszcz, gdy momentalnie się nade mną pochylił, chwytając moją wrażliwą brodawkę między swoje spragnione wargi. Z moich ust wyrwał się głośny jęk, a on uśmiechnął się, przygryzając skórę pomiędzy dwiema jaskółkami na mojej klatce piersiowej i to sprawiło, że odrobinę oprzytomniałem.
Z siłą, której bym się po sobie nie spodziewał, podniosłem się, tak, bym to ja górował nad nim. Jego ciało trzęsło się pod moimi palcami, a ja byłem tak cholernie niecierpliwy i spragniony, jakby to był nasz pierwszy raz. Złączyłem nasze wargi w kolejnym niestarannym pocałunku, podczas gdy moje dłonie uniosły jego lędźwie, ściągając z niego szeroki, bordowy sweter. Rzuciłem go gdzieś, nachylając się do niego. Jego zapach zalał moją świadomość.
- Cały dzień tak cholernie cię chciałem, Lou – mruknąłem mu w szyję, a on wygiął się w łuk, jęcząc głucho. Momentalnie przeniosłem swoje wargi na jego wystające żebra, całując po kolei wolną przestrzeń pomiędzy każdym z nich. Niebieskooki wiercił się pode mną, a ja czułem, że jeśli zaraz czegoś nie zrobimy, umrę z pragnienia. Czułem się jak narkoman, który miał przed sobą swój ukochany narkotyk po miesiącach spędzonych na odwyku.
- N-nie zauważyłem – wyjęczał, a ja uśmiechnąłem się do niego, rozumiejąc, w co zamierza ze mną grać. – Jak bardzo? – dodał, drżącym z emocji głosem, a ja wciągnąłem głośno powietrze, szybkim ruchem odpinając guzik jego obcisłych spodni i ściągnąłem je, choć nie bez problemów.
Leżał pode mną w samej bieliźnie, z włosami roztrzepanymi bo białym, miękkim dywanie i z dłońmi zaciśniętymi w pięści na ciemnej, drewnianej podłodze. Żałowałem, że oczy nie potrafią robić zdjęć, bo ten widok chciałbym zatrzymać na zawsze.
- Tak bardzo – mruknąłem, ściągając z niego ostatnią część garderoby, a on jęknął głośno, wyginając się w łuk, spragniony mojego dotyku. Zanim jeszcze cokolwiek zrobiłem, zdjąłem z siebie spodnie i bieliznę, czując niesamowitą ulgę, gdy pozbyłem się wreszcie bolesnego ucisku na swojej męskości.
- Dalej, Harry, pospiesz się – wydyszał w moje usta, zachęcająco rozchylając swoje uda, a ja jęknąłem głośno. Chciałem go, chciałem go tak bardzo, że aż bolało, ale gdzieś tam, w dalszej części mojego umysłu, jakiś głos rozsądku podpowiedział mi, że to nie tak powinno być, że mogę go skrzywdzić, a przecież nie chciałem. Louis zauważył wahanie na mojej twarzy, więc momentalnie przyciągnął mnie do mocnego, ale krótkiego pocałunku, desperacko wiercąc się pomiędzy moimi nogami. – Proszę, zrób to w końcu, nie przejmuj się tym, ja…
- Nie bądź niemądry, Lou – szepnąłem, całując delikatnie początek jego nosa. – Rozerwałbym ci wnętrzności – dodałem, podnosząc się chwiejnie. – Obiecuję, zaraz dokończymy. - Nie mam pojęcia, jakim cudem udało mi się wyprostować, dojść do sypialni i wyjąć z niej butelkę z żelem, a potem jeszcze wrócić do niego, na którego widok zabrakło mi oddechu w płucach. Louis wyglądał najpiękniej na świecie, kiedy wyglądał potrzebująco  i nie mogłem się już doczekać, kiedy spełnię jego prośbę.
Wsunąłem w niego nawilżony palec, chwilę później dodając następny, a on odrzucił głowę do tyłu, zamykając zamglone tęczówki.
- Teraz, Harry – wychrypiał, zaciskając mocno wargi, a ja niemalże z ulgą przyjąłem jego zaproszenie, powoli, niespiesznie łącząc nasze ciała w jedno i czas jakby się zatrzymał. Byliśmy razem, ja i on, jedność, LouisiHarry, i wszystko było na swoim miejscu.
Nasze biodra wychodziły naprzeciw sobie w jednym, spójnym rytmie i nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułem się tak, jak w tamtej chwili, gdy tempo stało się zabójczo szybkie i chłopak jęknął głośno moje imię, dochodząc. Ten rozpustny widok wystarczył, bym i ja skończył, opierając czoło o jego klatkę piersiową.
Spoceni, zmęczeni, wtuleni we własne ciała, jeszcze długo po tym leżeliśmy na przyjemnie puszystym dywanie, regulując oddechy.



*


- Pomyśl Harry, jeszcze tylko miesiąc i w końcu będziemy wolni – rozmarzył się Louis, stojąc przy oknie. Podszedłem do niego, marszcząc czoło. Za oknem zauważyłem padający spokojnie z nieba śnieg, pierwszy w tym roku.
- Co masz na myśli? – mruknąłem, przyglądając się uważniej wirującym na wietrze płatkom. Uwielbiałem je, zawsze uważałem, że są najwybitniejszym dziełem natury.
- Jak to, co? – zdziwił się, stukając palcem w szybę, by tym samym odkleić zbierający się w tym miejscu puch. – Koniec One Direction. Wreszcie się od tego uwolnimy, nie będziemy musieli już koncertować, udzielać wywiadów, chodzić na te wszystkie, okropnie nudne gale… - rozmarzył się, a ja poczułem, że coś boleśnie ściska mnie w żołądku i nagle nawet śnieg za oknem wydawał mi się dziwnie ponury i nieprzyjemny. – Pomyśl, będziemy mogli mieszkać tutaj i całe dnie kochać się w każdym miejscu tego domu i niczym się nie przejmować, bo zarobiliśmy już wystarczająco pieniędzy, by kiedyś jakieś małe dziecko, które będzie…
- Louis – przerwałem mi ostro, nie odrywając jednak wzroku od drzew, na których zatrzymywało się coraz więcej lodowej pościeli – Ja zamierzam podpisać ten kontrakt – oznajmiłem, obserwując, jak całe rozmarzenie znika z jego twarzy, ustępując miejsca zaskoczeniu, a później także i złości.
- Co? – wyrzucił z siebie tylko, marszcząc brwi – Jak to… co? – Nic nie rozumiał, zerkając na mnie pytająco. Nie byłem pewien, czy chcę kontynuować tę rozmowę, bo aż za dobrze zdawałem sobie sprawę, jak się skończy.
- Nie wyobrażam sobie życia bez występów, bez tworzenia muzyki i uszczęśliwiania nią ludzi – powiedziałem spokojnie, obserwując, jak usta chłopaka wykrzywiają się w grymasie. – Jeśli wasza czwórka nie zamierza już śpiewać, szanuję waszą decyzję, ale ja z tego nie zrezygnuję, nie po tym wszystkim, co już przeszedłem – powiedziałem stanowczo.
- Ale jak ty to sobie wyobrażasz, Harry? – zapytał cicho, wpatrując się we mnie gniewnie. Uśmiechnąłem się do niego lekko, wymownie.
- Naprawdę uważasz, że nie znajdzie się żaden producent, który będzie chciał wydać moją solową płytę? Ja sądzę, że będą się ustawiali do mnie w kolejce – mruknąłem, zakładając ręce na ramiona.
- A co z nami? Ty będziesz jeździł po świecie, a ja mam tu zostać i czekać, aż w końcu ci się to znudzi, bóg jeden wie kiedy? – warknął, kręcąc z niedowierzaniem głową. Był zdenerwowany, cały się trząsł.
- Skoro tak zadecydowałeś – powiedziałem spokojnie, wsuwając dłonie do kieszeni spodni.
- Nie mogę tego słuchać, Harry – Głos Louisa łamał się od emocji – Nie mogę tego, kurwa, słuchać – dodał, a potem zniknął na korytarzu.


Nie ruszyłem się z miejsca, słysząc jedynie trzask drzwi frontowych, a potem odgłos uruchomionego silnika w jego aucie.


____________________
Za wszelkie komentarze bardzo dziękuję.

3 komentarze:

  1. O mój boże, nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy, w każdym razie nie tak szybko, choć wiem, że to już koncówka opowiadania, ale dalej to do mnie nie dochodzi. Nie wiem, co napisać, jestem jeszcze pod wpływem świeżych emocji po przeczytaniu i omg chce wiedzieć co będzie dalej! :) Pozdrawiam xx

    OdpowiedzUsuń
  2. wowowowowowow :O no zaskoczyłaś mnie! aż takiego zakończenia się nie spodziewałam, ale strasznie się ciesze, że Harry postanowił to kontynuować. Na prawdę świetny rozdział - jak dla mnie jeden z najlepszych. Nie wiem co zrobie ze sobą jak skończysz to pisać, ale bądź pewna, że nawet jeśli pisałabyś książkę kucharską to będę pierwsza żeby ją przeczytać! Na prawdę jesteś świetna w tym co robisz a jeśli sprawia Ci to frajdę to już w ogóle zazdroszczę i gratuluje :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale... ale... ale jak to tulwa mac?! Nie, nie mozesz im tego zrobic! Jill, bo Cie normalnie, nie wiem co!

    Kocham Cie strasznie, ale jak ich rozdzielisz to chyba pogniewamy sie na amen :)

    OdpowiedzUsuń