niedziela, 27 października 2013

Rozdział ósmy

If the time could turn us around
what once was lost may be found



Brakowało mi poczucia, że obaj do siebie należymy. Brakowało mi tego przyjemnego ciepła w sercu i poczucia wypełnienia w ramionach. Dobrze było chociaż przez chwilę poczuć się tak, jakbyśmy znów dopiero zaczynali ze sobą być. Dobrze było móc udawać, że jesteśmy ze sobą szczęśliwi i nic złego nam nie zagraża. Dobrze było naiwnie wierzyć, że jeden cudowny wieczór może zmienić i odwrócić wszystko to, co obaj spieprzyliśmy.
Po wcześniejszym telefonie mamy Louisa do zarządu i ich półgodzinnej kłótni przez telefon, podczas gdy wraz z szatynem zagryzaliśmy wargi ze złości i bezsilności, z trudem uzyskałem zgodę, by móc zostać w domu chłopaka na noc, choć musieliśmy za to zapłacić później. Czułem się cholernie zirytowany i zrozpaczony, bo z tej sytuacji nie było żadnego, dobrego wyjścia. Tak bardzo żałowałem, że podpisując kontrakt, byłem tylko małym, pragnącym sławy chłopcem, który bez wahania złożyłby swoją parafkę pod każdym podsuniętym mu pod nos papierkiem. Plułem sobie w brodę, że nie mieliśmy choć trochę więcej rozsądku, że nie kwestionowaliśmy żadnego z punktów umowy, że się nad niczym nie zastanawialiśmy.
Miałem 19 lat, byłem dorosłym, pełnoletnim mężczyzną, a wciąż musiałem prosić o zgodę na jakiekolwiek wyjście ludzi, którzy na dobrą sprawę byli mi zupełnie obcy. Ludzi, przez których traciłem wszystko to, co kiedykolwiek było dla mnie naprawdę ważne. Ludzi, przez których z każdym dniem traciłem Louisa. To wszystko zaszło już stanowczo za daleko. Miałem wrażenie, że ktoś żyje za mnie moim życiem, sterując mną i podejmując za mnie każdą decyzję. To nie byłem ja, wszystko powinno wyglądać inaczej... Z dnia na dzień, coraz bardziej żałowałem, że dałem się namówić Gemmie na udział w Xfactorze.


*


- Boże, nie wierzę, że to robię - mruknęła ze złością Jay, kręcąc głową z irytacją. Stojący za nią Louis, uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco, zaciskając dłonie na jej delikatnych, szczupłych ramionach. Kobieta zmarszczyła brwi, a później westchnęła głośno, odpisując jednej z dziewczyn, pytających na twitterze o samopoczucie jej syna.
@chambraystyles Tak, wszystko z nim w porządku, kontuzje się zdarzają. Louis ogląda teraz telewizję z Eleanor i Stanem. Xx

Westchnęła ciężko, sięgając po kieliszek wina, stojący nieopodal jej laptopa. Zanurzyła w nim wąskie wargi, upijając kilka łyków. Była tak samo zmęczona i zrezygnowana, jak my. Wiedziałem, że dręczą ją wyrzuty sumienia. Matka powinna być oparciem, a tymczasem Jay chcąc-nie-chcąc, tkwiła w tym bagnie razem z nami. I wydawało się, że to właśnie ją to wszystko dotyka to najmocniej. To ona najgorzej znosiła kłamstwa.
- Wszystko w porządku, mamo - powiedział cicho szatyn, całując ją we włosy. Brunetka wzięła głęboki oddech, kręcąc głową. Dziwnie się czułem, przyglądając się tej scenie. Jak intruz.
- Nie, nie jest w porządku, Louis. I nie będzie, dopóki ta banda cholernych skurwysynów nie odpieprzy się od waszego życia - warknęła, wstając gwałtownie od stołu. Pierwszy raz słyszałem z jej ust przekleństwo i sądząc po minie niebieskookiego, on także - Mam dość tego, że zmuszają mnie i pół naszej rodziny do tych wszystkich łgarstw. Jak długo jeszcze to potrwa? - dodała, krzywiąc się, a potem upiła kolejny łyk czerwonego trunku. - I tak wszyscy zaczynają wyczuwać w tym podstęp. Muszę napisać jeszcze dwa twitty, nawiązujące do tej dziewczyny i kilka ogólnych odpowiedzi dotyczących ciebie, by nie wyglądało to nienaturalnie. Boże, to takie upokarzające...
- Przepraszam, Jay - odezwałem się nagle, uśmiechając się łagodnie do Louisa. Chłopak uniósł pytająco brew ku górze, najwidoczniej nie rozumiejąc, do czego zmierzam.
- Nie bądź śmieszny dziecko - powiedziała, patrząc na mnie gniewnie, ale jednocześnie z dziwną czułością - To oni powinni mnie przepraszać, nie ty, Ha...
- Nie, nie o tym mówię - powiedziałem, umyślnie zwlekając z wytłumaczeniem się - Przepraszam, że zbiliśmy z Louisem twoje miętowe filiżanki z Tokio, to naprawdę był wypadek...
- Co zrobiliście!? - krzyknęła, natychmiast odchodząc od bolesnego tematu naszego kontaktu z Modestem, a szatyn roześmiał się głośno, obserwując mnie uważnie. Czasami dziękowałem w duchu Gemmie, że przekazała mi umiejętność zręcznego odbiegania od trudnych rozmów. Cóż, ona, dziewczyna na głowie której spoczywało rozwiązywanie kłopotów rodzinnych, dziewczyna, która nauczyła się w ten sposób ukrywać swoje emocje, miała w tym ogromne doświadczenie.
- Spokojnie mamo, w listopadzie Harry kupi ci ładniejsze...



*


Pokój Louisa prawie w ogóle nie zmienił się od momentu, w którym byłem w nim po raz ostatni, a minęło już sporo czasu. Piękne, granatowe ściany, prawie w całości przykryte były plakatami jego ukochanej drużyny piłkarskiej, zespołu The Fray i setką zdjęć z różnych okresów. Część z nich przedstawiała jego naprawdę liczną rodzinę, inne ludzi, których nigdy nie miałem okazji poznać, kolejne przyjaciół z xfactor i nasz zespół. Zerknąłem na swoją rozmarzoną twarz na jednym z obrazków i uśmiechnąłem się delikatnie, przysuwając do siebie Louisa. Chłopak skrzywił się nieznacznie, gdy dotknąłem jego pleców i choć starał się to ukryć, nie umknęło to mojej uwadze. Bez słowa, odwróciłem go, odsłaniając jego bawełnianą koszulkę. Miałem ochotę jednocześnie roześmiać się głośno i krzyknąć. Na łopatkach chłopaka widniały dwa, bardzo duże siniaki, przeplatane czterema, podłużnymi zadrapaniami od moich paznokci, rozsianych po całych jego plecach. Przyciągnąłem go do siebie, składając najdelikatniejsze i najczulsze pocałunki na każdym z nich, powodując tym u niego gęsią skórkę. Chłopak odwrócił się do mnie w końcu, a ja poczułem motylki w brzuchu, na widok jego niebieskich oczu, wpatrujących się we mnie uważnie, z niemą prośbą, którą natychmiast postanowiłem spełnić. Nie myśląc wiele, przymknąłem powieki i nachyliłem się, sięgając jego ust. Minęło już dużo czasu, od kiedy zrobiłem to po raz pierwszy, a jednak wrażenie wciąż było takie samo. Idealnie do siebie pasowaliśmy i kręciło mi się w głowie, gdy tylko poczułem na języku jego słodki, trudny do zapomnienia smak. Całowałem w życiu wiele ludzi, jednak nikt nie potrafił jednym, delikatnym ruchem warg sprawić, bym zapomniał, jak się nazywam. Oddychałem ciężko, przysuwając go do siebie ciasno, zapominając o tym, jak mocno zranione są jego plecy. Ostrożnie, niespiesznie przesunął swoją dłoń na moją szyję, drugą obejmując moją twarz. Kochałem, gdy trzymał mnie w ten sposób, sprawiając, ze czułem się tylko jego. Byłem tylko jego i dobrze zdawałem sobie z tego sprawę najmocniej właśnie wtedy, gdy czułem, jakbym roztapiał się pod każdym ruchem naszych ust i języków, i boże, to było takie wspaniałe, jak ktokolwiek mógł nam tego zabraniać? Czułem, jak Louis uśmiecha się delikatnie pod moimi wargami, gdy kilka długich chwil później, oderwaliśmy się od siebie. Odsunąłem się od niego powoli, zerkając w jego zamglone oczy i złożyłem ostrożnego całusa na czubku jego nosa. Błękit jego oczu rozjaśniła iskierka szczęścia. Bolało mnie to, jak bardzo jest ono ulotne. Wplotłem palce w jego dłoń, ciągnąc go w stronę łóżka.


*

Dochodziła druga w nocy. Leżałem wygodnie na klatce piersiowej Louisa, słysząc spokojne, miarowe bicie jego serca. Oddałbym naprawdę wiele, by móc słyszeć ten dźwięk i zasypiać w ten sposób codziennie. Czułem pod palcami jak delikatne jest jego ciało, gdy bezmyślnie rysowałem losowe wzorki na jego mostku, a pod każdym moim dotykiem na jego ramionach i brzuchu pojawia się gęsia skóra. Uśmiechnąłem się w duchu na ten widok. Dobrze było wiedzieć, jak bardzo wyczulony jest na moje dłonie. Chłopak był tak przyjemnie ciepły i tak cudownie pachniał...
- Hej, przestań mnie prowokować - powiedział cicho, udając obrażony ton i zabierając dłoń ze swojej piersi, a potem potargał czule moje włosy. Westchnąłem, składając delikatny pocałunek na jego, odrobinę zbyt mocno przebijającym się przez skórę żebrze.
- To ty przestań być taki prowokujący... - mruknąłem wesoło, a potem przetoczyłem się na lewy bok łóżka, chichocząc. Louis uśmiechnął się do mnie, głaszcząc mnie po plecach, podczas gdy ja wtuliłem nos w poduszkę. W poduszkę, pachnącą cholernym cynamonem i tytoniem. Obraz, który w następnej sekundzie pojawił się w moim umyśle, sprawił, że wszystkie moje mięśnie spięły się gwałtownie, jednak nie zamierzałem tego po sobie pokazać. Z powrotem położyłem się na brzuchu chłopaka, zagryzając wargę do krwi, by opanować rozwścieczenie i chęć rzucenia się na niego z pięściami.
- Dobrze ci było z Eleanor? - rzuciłem w przestrzeń wypranym z emocji tonem, nie przestając zataczać kółeczek na delikatnej skórze szatyna. Louis wzdrygnął się, zerkając na mnie z trudnym do określenia wyrazem twarzy. Z sekundy na sekundę rosła we mnie wściekłość i frustracja. Być może odrobinę za mocno wbiłem paznokcie w jego klatkę piersiową.
- Harry... - zaczął, jednak nie zamierzałem pozwolić mu dokończyć, pozwalając, by całe rozczarowanie przejęło nade mną kontrolę. Nie było słów, które mogłyby mu teraz w jakimkolwiek stopniu pomóc.
- Mogłeś chociaż zmienić pierdoloną pościel - warknąłem, podnosząc się z obrzydzeniem. - No, chyba, że wszystko połknęła do czyta - dodałem, rozglądając się za spodniami od dresu, które zrzuciłem z siebie dwie godziny wcześniej. Wiedziałem, że nie mogę opuścić tego domu, ale wolałbym spędzić tę noc śpiąc w wannie, niżeli w miejscu, w którym...
- Harry kurwa, nie zrobisz mi tego drugi raz. Nie uciekaj ode mnie. - Niebieskooki wstał, szybkim ruchem naciągając na siebie bokserki, leżące na skraju łóżka i podszedł do mnie na tyle blisko, by móc mnie dotknąć, jednak tego nie zrobił. Zupełnie zignorowałem jego komunikat.
- Kochaliśmy się na tym łóżku pierwszy raz... A ty teraz to wszystko spierdoliłeś - mruknąłem cicho, odnajdując wreszcie porzucone w kącie spodnie i ubrałem je na siebie, krzątając się po pokoju. - Pieprzyłeś ją, podczas gdy ja byłem tuż obok i tęskniłem za tobą - wyrzuciłem z siebie, czując, że do oczu napływają mi łzy. Nienawidziłem tego. Nienawidziłem swojej nadwrażliwości i tego, jak niewiele było trzeba, bym zaczął płakać.
- Przestań w końcu zrzucać to wszystko na mnie! Zerwałeś ze mną, Harry! - krzyknął, chwytając drżącymi dłońmi za moją koszulkę. - Zostawiłeś mnie, więc miałem prawo spać z kimkolwiek...
- Oh, więc wszystko będzie w porządku, jeśli jutro odwiedzę Nicka i...
- Zamknij się, kurwa, słyszysz!? - wrzasnął, uderzając mnie boleśnie w ramię. Dyszał ciężko ze złości. Wiedziałem, jak działa na niego choćby wspomnienie Grimshawa, którego z całego serca nienawidził, z resztą ze wzajemnością, ale nie spodziewałem się tak gwałtownej rekacji. Spojrzałem na niego zaskoczony, a potem roześmiałem się szyderczo.
- Już rozumiem, jak sobie to wymyśliłeś... Ty możesz pieprzyć się z kim chcesz, bo w końcu nie jesteśmy razem, ale mnie już tego nie wolno, dobrze zrozumiałem? Zawsze byłeś takim cholernym egoistą, Louis - warknąłem, odsuwając się od niego. Trzęsącymi się dłońmi, wytarłem ukradkiem napływające mi do oczu łzy, starając się, by tego nie zauważył.
- Nie, Harry. To TY jesteś egoistą, chociaż wydaje ci się, że jest odwrotnie - powiedział cicho, odwracając się do mnie bokiem. Wyglądał, jakby przyglądał się fotografiom na ścianie, jednak po zmienionym tonie jego głosu, byłem pewien, że próbuje ukryć swoje emocje, być może własny płacz.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytałem, obserwując go uważnie. Staliśmy od siebie na wyciągnięcie ręki i nagle ta odległość wydawała mi się być dystansem nie do pokonania. Zupełnie tak, jakby dzieliła nas ogromna przepaść, niemożliwa do przeskoczenia.
- Nigdy nie zastanawiałeś się nad tym, jak to jest być mną. Zawsze wydaje ci się, że rozumiesz wszystkich najlepiej na świecie, podczas gdy tak naprawdę, gówno wiesz, co się dzieje w mojej głowie. Gówno wiesz o tym, co przechodzę. Dla ciebie liczy się tylko to, że CIEBIE boli istnienie Eleanor, że TY jesteś skrzywdzony - mówił, w dalszym ciągu odwrócony do mnie plecami. Głos drżał mu niebezpiecznie i kiedy wydawało mi się, że za kilka sekund straci nad sobą panowanie i zwyczajnie się rozpłacze, obrócił się, patrząc mi prosto w oczy. Na twarzy malował mu się spokój, ale w jego niebieskich tęczówkach widziałem trudny do opisania ból. - Ale nie wiesz niczego. To nie ty musisz chodzić za rękę z dziewczyną, której nigdy tak naprawdę nigdy nawet nie polubiłeś i nie ty musisz udowadniać wszystkim, że to miłość twojego życia. To nie od ciebie wymagają kłamstw. Na każdym, pierdolonym wywiadzie, siedzisz sobie wygodnie w fotelu, osłonięty przez szklany klosz Modestu, podczas gdy ja muszę łgać, że nas związek nigdy nie istniał i wszelkie plotki o nim to kupa bzdur, zastanawiając się, czy wytrzymamy. Bojąc się, że moje pieprzone słowa staną się kiedyś prawdą. Ale nie rozumiesz tego, bo nigdy się nad tym kurwa nie zastanawiałeś, zbyt zajęty płakaniem w rękaw Gemmy, albo N-nicka - głos mu się załamał i zdruzgotany, dostrzegłem, że chłopak się rozpłakał. Patrzyłem na niego i nie mogłem zdecydować, co powinienem zrobić. Louis płakał tak rzadko, że w zasadzie mógłbym policzyć na palcach jednej dłoni sytuacje, kiedy widziałem go we łzach. Nie potrafiłem jednak do niego podejść.
- Wytłumacz mi jedno, Louis - powiedziałem lodowatym tonem, którego nie potrafiłem u siebie rozpoznać - Skoro tak bardzo boisz się, że mnie stracisz... i tak bardzo nie lubisz Eleanor... Dlaczego? Dlaczego, do cholery, się z nią przespałeś? Bo nie jestem w stanie tego kurwa zrozumieć, słyszysz? - założyłem ramiona na klatce piersiowej. Chłopak spojrzał na mnie załzawionymi oczyma. Nigdy wcześniej tak bardzo nie uderzył mnie ich kolor. Czyste pokłady letniego nieba, sprowadzone do dwóch, najpiękniejszych tęczówek, jakie dane mi było zobaczyć. Wzdrygnąłem się.
- Bo się bałem, kurwa mać. Wszyscy się czegoś boimy - wymamrotał, silnie gestykulując. - Myślałem, że cię straciłem, więc chciałem spróbować żyć tak, jak każe mi zarząd i w końcu uwolnić się od tych wszystkim kłamstw, od tego cholernego bólu, który wyżera mnie od środka... I tak bardzo brakowało mi czyjejś bliskości, twojej kurwa bliskości, ale ciebie nie było, a ona mnie tak kocha... Boże, to żałosne, ale ona naprawdę mnie kocha i chciała spróbować, więc upiliśmy się i próbowałem zapomnieć, ale to była ona i to nie byłeś ty, i to wszystko było takie niewłaściwe... - wyrzucał z siebie, podchodząc do mnie tak blisko, że mogłem policzyć delikatne piegi na jego policzkach. Nie mogłem znieść tego napięcia między nami i tego bólu, wymalowanego na jego twarzy i łez, które wciąż zalewały mu policzki, więc nachyliłem się, by wreszcie przerwać to wszystko i sprawić, by znów było dobrze. Nakryłem jego drżące wargi własnymi, ale gdy tylko spróbowałem pogłębić pocałunek, szatyn odsunął się ode mnie, pociągając nosem. Spojrzałem na niego zaskoczony, jednak ten nie patrzył mi w oczy, uciekając spojrzeniem gdzieś na swoje dłonie. Nigdy wcześniej nie był w stosunku do mnie tak otwarty, nigdy nie okazywał swoich emocji w tak jasny sposób. Nigdy wcześniej nie odmówił mi, gdy chciałem go pocałować. - Dlaczego zawsze kończymy nasze kłótnie w ten sam sposób? Dlaczego nie możemy w reszcie wyjaśnić wszystkiego do końca? Kiedy kurwa, nasz seks stał się sposobem na tłumienie kłótni? TO jest według ciebie jego rola? - zapytał, uśmiechając się do mnie uśmiechem, który nie obejmował jego oczu. Zadrżałem.
Nie zdążyłem jednak mu odpowiedzieć, bo w tej samej chwili, w której uchyliłem usta, kątem oka zauważyłem, jak drzwi do pokoju chłopaka otwierają się z cichym trzaskiem, ukazując drobną sylwetkę małej Daisy, z buzią opuchniętą i czerwoną od łez. Dziewczynka przeszła przez cały pokój, wtulając się momentalnie w nogi brata, który właściwie odruchowo poderwał ją do góry, przytulając mocno do siebie. Zawsze byłem pod wrażeniem tego, jak bardzo kochał swoje siostry.
- Co się stało, Di? - zapytał, całując blondynkę we włosy.
- Śnił mi się koszmar, o tobie i Harrym, a kiedy się obudziłam, usłyszałam, że na siebie krzyczycie i bardzo się przestra-szy-łaa-m, że już się nie lubi-hi-icie... - wyjąkała, zanosząc się płaczem. Louis westchnął cicho, patrząc na mnie przez ramię. Nie byłem pewien, co chciał mi tym spojrzeniem przekazać.
- Już w porządku, skarbie, słyszysz? To był tylko zły sen - powiedział uspokajająco, cichym i kojącym głosem. - A te krzyki... dorośli muszą czasem na siebie podnieść głos, ale to nie znaczy, że ja i Harry już się nie lubimy. - dodał zmienionym tonem, a mnie zrobiło się niedobrze. - Zrozumiesz, kiedy będziesz trochę starsza. - Złożył w jej włosach kolejny, łagodny pocałunek - Hej, nie płacz już. Zabiorę cię teraz do kuchni, napijemy się gorącej czekolady, a później posiedzę z tobą, aż znów zaśniesz. Zgoda?
- Kocham cię Lou - mruknęła cicho. Obserwowałem, jak chłopak ostrożnie wychodzi z pokoju, trzymając w ramionach drżące od spazmów ciałko blondynki i opadłem na łóżko, gdy tylko wyszli.


*

Elektroniczny zegarek mojego telefonu wyświetlił czwartą nad ranem. Westchnąłem ciężko, przeczesując palcami włosy. Louis i Daisy zniknęli ponad godzinę temu. Chciałem zasnąć i wiedziałem, że to byłoby najlepszym rozwiązaniem, jednak w głowie mi huczało od słów, które usłyszałem i tych, które nie zostały wypowiedziane. Analizowałem naszą kłótnie i wszystko to, co powiedział do mnie niebieskooki, zastanawiając się, co powinniśmy teraz zrobić. Kiedy kurwa, nasz seks stał się sposobem na tłumienie kłótni? - krążyło mi po głowie, sprawiając, że sen stał się czymś niemożliwym do spełnienia. Chłopak miał rację. Zgubiliśmy się gdzieś po drodze i wszystko było źle, wszystko zepsuliśmy. Gdzieś coś zrobiliśmy nie tak.
Kiedy do moich uszu dotarły stłumione kroki na schodach, zrozumiałem, że szatyn wraca do pokoju. Odłożyłem telefon na stolik, zamykając oczy i wtulając się w poduszkę. Tę, na której nie było śladu po zapachu brunetki. Wiedziałem, że udając sen i tym samym unikając rozmowy, odwlekę tylko to, co nieuniknione, ale nie miałem siły. Starałem się więc oddychać spokojnie, gdy materac po drugiej stronie łóżka ugiął się pod ciężarem drugiego ciała. Starałem się uspokoić przyspieszone bicie mojego serca.
- Harry? - usłyszałem jego cichy głos, ale zgodnie z podjętą wcześniej decyzją, postanowiłem udawać, że jestem pogrążony we śnie. Ku mojemu zdziwieniu, ale też dziwnej uldze dla mojego serca, szatyn pocałował delikatnie moje nagie ramię, wystające zza pościeli. Bardzo delikatnie, najprawdopodobniej nie chcąc mnie obudzić, chłopak gładził moje plecy, a ja wstrzymałem oddech, by nie wydać z siebie cichego jęku. - Wszystko schrzaniliśmy, wiesz? Obaj. Sam już nie wiem, który z nas spieprzył bardziej - westchnął, całując ostrożnie moje włosy. - Przez te wszystkie dni, kiedy cię nie widziałem i kiedy do ciebie nie pisałem, wmawiałem sobie, że tak jest dobrze, że tak będzie lepiej dla wszystkich. Że wcale cię nie potrzebuję i że jeśli wytrzymam jeszcze trochę, przestanie mi na tobie zależeć - mruczał cicho, przyciskając wargi do zgłębienia między moimi łopatkami. Serce biło mi w zawrotnym tempie i zastanawiałem się, jak to możliwe, że go nie słyszał. - Ale cholera, to nie ma sensu, to nigdy nie zadziała. Nie mogę siebie dłużej oszukiwać. Nie przeżyję bez ciebie ani jednego dnia. - Odgarnął niesforny pukiel włosów z mojego czoła, oddychając płytko. - Jesteś wszystkim Harry. Od dnia, w którym cię poznałem, do chwili obecnej. Jesteś całym sensem mojego życia i cholera, jestem pewien, że już zawsze będziesz dla mnie najważniejszy, nawet jeśli my... - zawahał się. Łzy ciekły mi ciurkiem po twarzy i nie rozumiałem, jakim cudem tego nie zauważył. Najprawdopodobniej był zbyt pochłonięty słowami, które wychodziły z jego ust. - Nawet jeśli się rozstaniemy. Tak prawdziwie, nie tak, jak teraz. Kiedy nadejdzie czas, że przestaniemy się godzić i gdy naprawianie czegokolwiek straci już dla nas obu sens. Boże, tak bardzo się tego boję. Dzień, w którym łatwiej będzie mi o tobie zapomnieć, niż próbować o ciebie walczyć, będzie najgorszym dniem mojego życia - wyszeptał, obsypując moje plecy delikatnymi jak trzepot skrzydeł motyla pocałunkami - Nie pozwól mi, słyszysz? Nie pozwól, bym wmówił sobie, że mogę być szczęśliwy bez ciebie. Nie pozwól, by strach przejął nade mną kontrolę. - Ręce chłopaka prześlizgnęły się pod pościelą i już po chwili czułem, jak mocno wtula się w moje plecy, podczas gdy jego dłonie wczepiły się w mój brzuch. - Bo nigdy tak naprawdę nie będę sobą, kiedy nie będę miał cię obok. Kocham Cię, Harry - odezwał się po raz ostatni, wtulając głowę między moje łopatki, a ja znów starałem się nie oddychać, by stłumić wstrząsające mną dreszcze i narastającą w moim gardle gulę. Kiedy tak dobrze nauczyłem się tłumić szloch? Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie.
Zamknąłem oczy. Ciepło oddechu Louisa i echo jego słów utuliły mnie do snu. Wszystko jeszcze można było naprawić. Prawda?



______________________
Przepraszam za spóźnienie, studia mnie zabijają.
Dziękuję za tak liczne komentarze pod ostatnim rozdziałem 
i jak zawsze zapraszam do zostawienia śladu po sobie.
Do piątku!

sobota, 19 października 2013

Rozdział siódmy

We clawed, we chained, our hearts in vain
And now, we’re ashes on the ground 

 Ostrzeżenie: Scena miłości dwóch mężczyzn (+18) 

 

Nie czułem się najlepiej. Wpatrywałem się w niego uważnie, ale byłem niemal pewien, że z jego punktu widzenia, moją sylwetkę zasłaniały kuchenne drzwi. Moje serce ożywiło się mimowolnie, gdy Louis bez słowa minął Eleanor, wpadając w kojące objęcia matki, która pogładziła go delikatnie między łopatkami. Jego policzki były zarumienione z zimna, choć on sam wydawał mi się być przeraźliwie blady i drobny, gdy kulił się w ramionach swojej rodzicielki. Minęło już dużo czasu, odkąd widziałem go takiego ostatni raz.
- Zawiodłem, prawda? Wszystkich was zawiodłem - powiedział cicho, łamiącym się głosem. Był bliski płaczu, bardzo łatwo można było to wyczuć. - Dałem z siebie wszystko, ale to nie wystarczyło i...
- Louis. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam z ciebie taka dumna, więc błagam cię, przestań już deklamować te brednie. - Głos Jay był donośny, ale jednocześnie spokojny i ciało szatyna zareagowało na niego natychmiastowo. Rozluźnił się, a jego rysy złagodziły się i boże, tak za nim tęskniłem. Kątem oka zauważyłem, że zrezygnowana Eleanor cofa się ostrożnie i wychodzi z salonu, kierując się w stronę schodów na piętro. Miała w sobie na tyle przyzwoitości, by pozwolić mu otrząsnąć się w ramionach matki. Wiedziałem, że to moja jedyna szansa i musiałem ją wykorzystać. Spojrzałem błagalnie na Jay, a ona uśmiechnęła się do mnie delikatnie. - Skarbie? Myślę, że ktoś chciałby złożyć ci osobiste gratulacje - mruknęła mu do ucha, a w jej spojrzeniu dostrzegłem wiele ciepła, które zadziałało jak plaster na moją duszę. Zacząłem oddychać trochę spokojniej. Szatyn jednak skrzywił się tylko nieznacznie, a drzazga w moim sercu zakuła mnie boleśnie na ten widok.
- Później, Eleanor - burknął chłodno, a ja nie mogłem powstrzymać się od cichego chichotu ulgi, na który chłopak zareagował natychmiast. Odsunął się od swojej rodzicielki, odwracając się powoli w moim kierunku. Wyglądał na zdumionego i zdenerwowanego. Pokręcił głową, nie dowierzając temu, co zobaczył, a potem, jak w zwolnionym tempie, obserwowałem, jak kąciki jego warg uniosły się ku górze.
- Ty draniu - mruknął. Kątem oka widziałem, jak Jay opuszcza kuchnię i zrozumiałem, że chciała nam w ten sposób zapewnić trochę prywatności.
- Nie mogłem wytrzymać, patrząc na ten cholerny mecz w telewizji. Właściwie, powinienem dziękować Modestowi, że zabronili mi przyjść, inaczej zabiłbym tego...
- Zarząd zabronił ci przyjść? - przerwał mi, patrząc na mnie uważnie. Złapał się za głowę, kręcąc nią w przypływie emocji. - Boże, Harry... Byłem taki głupi. Myślałem, że po prostu cię nie obchodzę... - jęknął - W takim razie, skąd się tu wziąłeś? - dodał, zerkając na mnie w konsternacji.
- Cóż - zacząłem, przeczesując nerwowo palcami swoje włosy - Złamałem po drodze kilkanaście przepisów drogowych, zaszantażowałem kobietę z obsługi lotniska, okłamałem fanów, że jestem w San Francisco...
- I naprawdę oglądałeś mój mecz? - zapytał, a ja wybuchnąłem głośnym śmiechem. Nie mogłem uwierzyć, że Louis zupełnie zignorował to, co przed chwilą mu oznajmiłem.
- Tak, oglądałem - potwierdziłem, chichocząc cicho.
- I martwiłeś się o mnie, więc postanowiłeś tutaj przylecieć... - powiedział, a jego głos nabrał niepokojąco prowokującego tonu. Już po chwili zorientowałem się, że trzymam go w ramionach i zapomniałem, jak się oddycha. To było tak przyjemnie łatwe, mieć go znów blisko przy sobie. Ciepło jego ciała przynosiło mi długo oczekiwaną ulgę i chciałem go więcej, i więcej chciałem. Zanurzyłem nos we włosach Louisa i wzdrygnąłem się. Mydlana bańka, w której się znajdowaliśmy, pękła, gdy zamiast świeżego zapachu cytrusów, wyczułem cynamon i zrozumiałem, że Eleanor nie kłamała. Odsunąłem go od siebie ostrożnie, zaglądając w jego oczy.
- Tak - potwierdziłem ostrożnie, zgodnie z prawdą. Krew buzowała mi w żyłach ze złości.
- Dlaczego? - zapytał cicho, mrużąc oczy.
- Bo tak robią przyjaciele - odpowiedziałem, dziwnie zmienionym głosem, obserwując, jak jego twarz zmienia wyraz. Zamiast delikatnego, zaczepnego uśmiechu, widniał teraz na niej trudny do określenia grymas. Wziął głęboki oddech.
- Nie mogę w to kurwa uwierzyć - warknął, popychając mnie mocno. Zaskoczył mnie, więc zachwiałem się na nogach, patrząc na niego uważnie, z zupełnym zdziwieniem. Wyglądał, jakby miał za chwilę wybuchnąć i mnie uderzyć. Wydęte w gniewie wargi, zaczerwienione policzki, zmarszczone brwi. - Nie mogę uwierzyć, że przyleciałeś tu tylko po to, żeby jeszcze mi dopieprzyć - dodał. Jego źrenice rozszerzyły się gwałtownie, a ja przymknąłem oczy. - Czerpiesz z tego jakąś chorą satysfakcję, Styles? Sprawia ci przyjemność ciągłe łamanie mi serca? Wysyłasz mi kurwa sprzeczne sygnały! Zdajesz sobie z tego sprawę?
- A jakim cholernym sygnałem jest według ciebie to, że pieprzyłeś Eleanor?! - wrzasnąłem, zerkając na niego gniewnie. Zaskoczyłem go. Widziałem przerażenie na jego twarzy i zastygłe w szoku usta. - Myślałeś, że się nie dowiem? To była pierwsza rzecz, którą ta dziwka mi powiedziała, gdy tylko mnie zobaczyła! A ty nawet teraz cuchniesz jej perfumami!
- Niczego nie rozumiesz, Harry - wrzasnął, nerwowo wymachując rękami. - Byłem taki samotny... Przytulałeś tę dziewczynę na kanapie... Zostawiłeś mnie - mruknął, celując we mnie oskarżycielsko palcem.
- Kurwa mać, Louis! Może przypomnij sobie, dlaczego tak się stało? Zostawiłem cię, bo nie umiałem poradzić sobie z myślą, że ona mi ciebie zabierze, że możesz pokochać ją, zamiast mnie. A ty, zamiast walczyć o mnie, o nas, wolałeś zrobić to, czego najbardziej się obawiałem! Pobiegłeś prosto w jej chętne ramiona. I po tym wszystkim, wciąż masz czelność wmawiać mi, że to moja wina?! - darłem się, nie zwracając uwagi na to, że najprawdopodobniej słychać mnie było w całym domu. Gdy między nami na sekundę zrobiło się cicho, wydawało mi się, że z oddali usłyszałem głośny trzask drzwi frontowych.
- Tak mi przykro Harry, ja... Przecież wiesz, że...
- Zamknij się, słyszysz? Nie chcę tego słuchać, nie chcę ciebie słuchać. - A potem, paradoksalnie, zamiast opuścić pomieszczenie i uciec jak najdalej, szarpnąłem go za kołnierzyk koszulki, którą miał na sobie, przyciągając go do siebie i zamykając mu usta własnymi. Smakował tylko sobą i niemalże z ulgą zacząłem pogłębiać nasz pocałunek. Wydał z siebie jęk zaskoczenia, ale zaledwie sekundę później, sam pchnął mnie z całej siły na szafki, przyciskając nadgarstki do ściany nad moją głową. Dyszał głośno. Wszystko się rozmyło. Cała złość, cały smutek, cała zazdrość i nienawiść. I boże, jeśli ktoś zapytałby mnie o moją definicję tęsknoty, przywołałbym w pamięci właśnie tę scenę. Louis całował mnie tak namiętnie, jak jeszcze chyba nigdy nikt. Jego usta były wszędzie, sprawiając, że nie mogłem oddychać z nadmiaru emocji. Opierał swoje biodro o moje własne i Chryste, mogłem doskonale poczuć, jak bardzo mnie pragnął. Szumiało mi w głowie. Chłopak puścił moje nadgarstki, natychmiast wsuwając swoje dłonie pod moją bawełnianą koszulkę. Zdziwił mnie ich chłód, tak bardzo kontrastujący z moją gorącą skórą i żywym ogniem, którym płonęło moje ciało, za każdym razem, gdy opuszkami palców przebiegał po moim kręgosłupie, łopatkach, lędźwiach.
- Ciszej - upomniał mnie cicho, a ja zorientowałem się, że donośny dźwięk, który słyszę, to głośny jęk wydobywający się z moich ust. Zarumieniłem się, ale to nie był najlepszy czas na wstyd. Louis odsunął się ode mnie na sekundę, zamykając drzwi kuchenne na klucz. Chwiejnym krokiem wrócił do mnie, zrzucając z siebie po drodze koszulkę, a mnie wystarczyło tylko kilka sekund. Przywarłem do niego tęsknie, przejmując kontrolę nad naszym pocałunkiem, a chłopak westchnął z zaskoczenia. Zapomniałem już, że to wszystko może być tak mocne i tak zapamiętałe. Oderwałem się od niego, by w następnej chwili przygryzać delikatnie jego szczękę. Uwielbiałem ją, uwielbiałem każdy jej milimetr i wiedziałem, gdzie powinienem zahaczyć zębami, by zaczął błagać mnie o więcej.
- Harry... - Szatyn, nie mogąc się dłużej powstrzymywać, jęczał głośno i gardłowo, mimo że przed chwilą sam upominał mnie, bym był ciszej. Przyłożyłem porozumiewawczo palec do jego ust, zerkając prosto w jego zamglone pożądaniem oczy. Uśmiechnąłem się delikatnie na myśl o tym, jak będzie się zachowywał, kiedy...
Louis pewnym ruchem dłoni ściągnął ze mnie koszulkę, przesuwając ustami po mojej szyi i wszystkie niepotrzebne myśli zniknęły z mojej głowy wraz z mocnymi pocałunkami, którymi obdarowywał moją szyję. Milimetr po milimetrze, przemieszczał po niej swoje wargi, co jakiś czas kąsając mnie delikatnie albo zatrzymując się na moment, by zostawić na niej czerwoną malinkę. Wzdychałem głośno, zbyt głośno, coraz mniej kontrolując swoje poczynania, a chłopak schodził z pocałunkami coraz niżej...
... i jeszcze niżej...
Osunął się na kolana, a mnie zakręciło się w głowie na myśl o tym, co miało właśnie nastąpić. Przerażał mnie fakt, że w domu były wszystkie siostry chłopaka i jego matka, i ta przeklęta Eleanor... Poczułem drżące dłonie na swoim rozporku, a już po chwili moje zdecydowanie za luźne spodnie wylądowały na podłodze i sam już nie wiedziałem, jak się nazywam, kiedy wciąż chłodna dłoń Louisa objęła moją, od dawna już oczekującą męskość i jęknąłem przeciągle, gdy przebiegł po niej językiem. Patrzyłem na niego z góry, na to niesamowicie rozpustne widowisko i boże, byliśmy tak głośno, i żaden z nas o to nie dbał, i to było takie wspaniałe, móc znów czuć, że należymy do siebie. Wszystkie moje odczucia skupiały się tylko na jednym miejscu i na jego pięknych, zaróżowionych od pocałunków wargach, sunących w górę i w dół, w górę, i w dół... Trzęsły mi się kolana i gdyby nie szafka, przy której stałem, z pewnością osunąłbym się na podłogę, kiedy wzdłuż kręgosłupa, przez całe moje ciało przeszedł gwałtowny dreszcz.
- Lou, zaraz nie wytrzymam - ostrzegłem go, ale on najwidoczniej nie zamierzał przestawać, przyspieszając poczynania swojego sprawnego języka. Zacisnąłem palce na blacie kuchennym, jęcząc głośno jego imię i przymknąłem oczy, gdy spełnienie zalało moją świadomość przyjemną czernią, odbierając mi na moment wzrok. Uśmiechnąłem się do niego błogo, gdy tylko odzyskałem zmysły, całując delikatnie każdy, najmniejszy fragment jego twarzy. Był taki piękny, gdy przyglądał mi się w połowie przymkniętymi oczami, oddychając płytko. Przytuliłem go mocno do siebie, przyciągając jego ciało do góry, trzymając go mocno za pośladki i złączając nasze wargi w kolejnym, długim i mocnym pocałunku. Przez chwilę wydawał się być zaskoczony, jednak sekundę później zrozumiał, co zamierzałem zrobić, gdy ułożyłem go ostrożnie na stole, jak najszybciej zsuwając z niego dresowe spodnie. Gdzieś tam, w najdalszej części umysłu jakiś cichy głosik oznajmił mi, że będę musiał odkupić Jay komplet filiżanek, które chłopak zrzucił swoim ciałem, ale nie miało to dla mnie żadnego znaczenia i sądząc po wyrazie twarzy szatyna, jego też to nieszczególnie obchodziło. Jęczał pode mną, wyciągając w moim kierunku obie ręce. Wczepił się paznokciami w moje plecy, zostawiając na nim długie, krwiste smugi. Doskonale wiedział, co robił, doskonale wiedział, jak podniecająco to na mnie działało. Zdjąłem prędko ostatnią część materiału, jaka zasłaniała jego ciało.
- Jesteś tylko mój - oznajmiłem, gryząc jego szczękę, a on odchylił głowę, wzdychając w odpowiedzi i ułatwiając mi dostęp do tego wrażliwego na mój dotyk miejsca. Chwytałem jego żuchwę zębami, co jakiś czas przesuwając po niej koniuszkiem języka, sprawiając, że wił się, szepcząc w amoku moje imię. Nachyliłem się, obejmując wargami jego wrażliwy sutek i drażniąc go kolistymi ruchami, a on westchnął w odpowiedzi, wyginając się w łuk. Wbił paznokcie w mój kark, a ja od razu zrozumiałem, co chciał mi tym przekazać. Odnajdując jego wpatrzone we mnie, wypełnione pożądaniem, błękitne oczy, uniosłem dłoń ku jego spierzchniętym wargom, wsuwając w nie dwa palce, które on ochoczo, o cholera, zbyt ochoczo, oblizał, dając mi tym samym ponowny pokaz swoich umiejętności. Jęknąłem głucho, a potem wszedłem w niego ostrożnie, przygotowując go do momentu, w którym staniemy się jednością. Oddech szatyna stawał się coraz szybszy, a z jego gardła co jakiś czas wydobywały się przekleństwa i głośne westchnięcia. Wpatrywałem się uważnie w jego twarz i kiedy dostrzegłem, że jej rysy złagodniały, a mocny nacisk na moich palcach zelżał, wiedziałem, że jest gotowy.
- Proszę - wymamrotał gorączkowo, przyciągając mnie do kolejnego już, namiętnego pocałunku - Proszę, zrób to wreszcie, proszę, Harry... - błagał i boże, jak mógłbym mu domówić? To była sekunda. Sekunda, w której znów staliśmy się idealnie pasującymi do siebie puzzlami, w której wszystkie nasze problemy zniknęły, bo przecież czym były, w porównaniu z tym przejmującym uczuciem bycia jednością? Oddychaliśmy przez chwilę spazmatycznie, próbując złapać powietrze w płuca, ale obaj wiedzieliśmy, że nie wytrzymamy w ten sposób długo. Widziałem, że łopatki szatyna boleśnie uderzają o twardą powierzchnie stołu i spodziewałem się ujrzeć tam następnego ranka siniaki, ale jego rozmarzona twarz jasno pokazywała mi, że nie czuje bólu, że jest już ponad nim. Jego biodra wychodziły na przeciw moim, jęczał w amoku moje imię i to było jak spełnienie marzeń. Louis zamknął oczy, skrywając swoje zamglone z podniecenia tęczówki i wiedziałem, że koniec jest już bliski. Zakląłem głośno, czując niesamowitą przyjemność, kulminującą się w dole mojego brzucha i chwyciłem jego dłoń, splatając nasze palce ze sobą. Rzeczywistość się rozpłynęła, gdy opadłem na niego, dokładnie w momencie, w którym praktycznie równocześnie osiągnęliśmy spełnienie, krzycząc wniebogłosy. Roześmiałem się cicho, a potem odnalazłem w sobie resztki siły, by ściągnąć go ze stołu, tuląc go mocno do siebie.
- Tak bardzo cię kocham, ty skończony idioto...


*


Kiedy obaj byliśmy już na tyle przytomni i na tyle ubrani, by móc wyjść z kuchni, w której wciąż unosił się zapach nas, czułem się tak skrępowany, jak jeszcze nigdy w życiu i sądząc po wyrazie twarzy Louisa, on także obawiał się reakcji Jay i jego sióstr na nie-takie-małe przedstawienie, które im zafundowaliśmy. Zachichotałem cicho, obserwując jego zbyt oczywisty, ostrożny chód, a on spiorunował mnie wzrokiem. Wziąłem głęboki, uspokajający oddech i wspólnie otworzyliśmy drzwi.
- Mamo? - zawołał szatyn, zaskoczony panującą ciszą. - Lottie? - Nigdzie jednak nie było śladu po kobiecie, ani rodzeństwie chłopaka. Dom był pusty, a ja roześmiałem się z ulgą. - Masz ochotę na drugą rundkę?

poniedziałek, 14 października 2013

Rozdział szósty

It's too late to cry, too broken to move on

3 września 2013
Jakie to uczucie nie móc Cię kochać? Jakie to uczucie, kiedy każda czynność, którą wykonujesz, staje się dla mnie śmiertelnie ważna, ponieważ czynisz ją właśnie Ty, podczas gdy ja nie mogę Cię nawet dotknąć? Jakie to uczucie, gdy obserwuję, jak odgarniasz zbyt długą grzywkę z czoła i czuję, jakby ten gest był bardzo intymny, tylko dlatego, że nigdy więcej nie będę mógł dotykać Twoich włosów? Jakie to uczucie, gdy widzę podłużne, ciemne worki pod Twoimi oczami i pęka mi serce, bo zdaję sobie sprawę, że są tam z mojego powodu? Chcesz wiedzieć, Louis? Najgorsze na świecie. Miałem nadzieję nigdy się o tym nie przekonać. Tak bardzo mi przykro, niewyobrażalnie. Chciałem tylko uratować nas obu, dać nam szansę żyć od nowa, sprawić, by było nam łatwiej. Przecież wiesz, prawda? Rozumiesz? Mam nadzieję, że tak, bo mnie zaczynają ogarniać coraz większe wątpliwości. Z każdą sekundą, która upływa, czuję, że pozwalając Ci odejść, popełniłem najgorszy błąd swojego życia. Że wraz zza zatrzaskującymi się za Tobą drzwiami, zatrzasnęły się też inne, te do naszego szczęścia. Co mam teraz zrobić? Spróbować to wszystko odkręcić, czy wręcz przeciwnie, ponieść konsekwencje swojej decyzji i zobaczyć, dokąd nas obu zaprowadzi?

Wraz z zamykanym pamiętnikiem, poczułem niewyobrażalną ulgę i chociaż była ona jedynie chwilowa, cieszyłem się choćby z tej minuty wolnej od myśli. Westchnąłem głośno, podnosząc się z kuchennego krzesła. Od tej koszmarnej i cudownej jednocześnie nocy, minęło pięć dni. Pięć, cholernie długich dni, które ciągnęły się w nieskończoność. To najdłuższy czas, w którym nie miałem żadnego kontaktu z Louisem od kiedy tylko się poznaliśmy i bardzo mocno odczułem to na swojej psychice, mimo że wszystko było wynikiem mojego postanowienia. To ja postanowiłem to zakończyć.

Dzień po naszej nocnej rozmowie był najgorszym dniem mojego życia. Nie przespałem nawet minuty, leżąc na wciąż pachnącym nami łóżku i gapiąc się bezmyślnie w sufit. Być może poczułbym się lepiej, gdybym pozwolił łzom rozładować napięcie w moim ciele, ale ograniczony jakąś wewnętrzną blokadą, nie potrafiłem tego zrobić. Gdy wstałem rano, wyglądałem jak śmierć. Blady jak ściana, z podkrążonymi oczami. Tak jak przewidywałem, moje włosy były w fatalnym stanie, choć teraz nie wydawało mi się to już zabawne. Z bijącym sercem poszedłem do pokoju makijażystki i poczułem nieprzyjemny skurcz w żołądku, gdy zdałem sobie sprawę, kto aktualnie jest poddawany zabiegom upiększającym.
- Boże, jak ty wyglądasz! - załamała ręce, gdy tylko zauważyła moją obecność. - I co się stało z twoimi włosami? - zapytała, zerkając na mnie oburzona. Normalnie najprawdopodobniej wymieniłbym z Louisem porozumiewawcze spojrzenia, jednak teraz było zupełnie inaczej. Zacisnąłem mocno wargi i spuściłem wzrok.
- Po prostu źle spałem - mruknąłem zmienionym głosem. Westchnęła cicho, wskazując mi miejsce na łóżku. Przez chwile krzątała się bez słowa, układając włosy szatyna, gdy jęknęła nagle przeciągle.
- Chryste, nie będę w stanie tego zamaskować, zdajecie sobie z tego sprawę? - brwi blondynki zadrżały niebezpiecznie, a mój żołądek zwinął się w supeł. - Czy chociaż raz nie mogliście powstrzymać się od robienia sobie tych cholernych malinek? - mruknęła, patrząc na mnie spod byka. Spojrzałem na nią przepraszająco, czując, że się rumienię. Louis wyglądał jakby miał się rozpłakać. Dziewczyna bez słowa wyjęła ze swojej torebki granatowy szalik, wiążąc go w ciasnym i zgrabnym splocie na szyi chłopaka, zasłaniając tym samym ślady wczorajszej nocy, która nagle wydała mi się odległa o lata. - W porządku, możesz już iść - powiedziała. Chłopak poderwał się gwałtownie z fotela i nawet na nas nie zerkając, ruszył w stronę drzwi. Poczułem, jak coś ciężkiego opadło na mój żołądek.
- Co się stało? - zapytała, obserwując mnie uważnie. Pokręciłem jednak jedynie głową, wymigując się od odpowiedzi.

Z nie-aż-tak-bardzo odległych wspomnień, wyrwał mnie niesamowity hałas na korytarzu. Ktoś najwyraźniej dobijał się do drzwi. Ta osoba musiała być kimś ważnym, jeśli bez wcześniejszego pytania nas, przepuścił ją ochroniarz, a Louis nie miał przecież kluczy... Choć było to irracjonalne, poderwałem się podekscytowany, ale już w następnej sekundzie usłyszałem, jak moja siostra otwiera drzwi frontowe i do moich uszu dobiegł stłumiony chichot jej gościa. Odgarnąłem grzywkę z oczu, wzdychając. Poczułem ogromny zawód, ale przecież nie powinienem liczyć na to, że szatyn tutaj przyleci, to ja zadecydowałem o naszym rozstaniu. Uśmiechnąłem się delikatnie, kiedy blondynka przekroczyła próg kuchni, w której się znajdywałem. Wyglądała ślicznie. Miała na sobie białą, koronkową sukienkę, skórzaną kurtkę i niesamowicie wysokie, kremowe obcasy, w których poruszała się jak modelka. Zarumieniła się, widząc, że obcinam ją wzrokiem, po czym podeszła do mnie, całując mnie delikatnie w policzek.
- Cześć Linda - powiedziałem, mrugając do niej. Dziewczyna poczochrała czule moje włosy, a mnie aż za bardzo przypominało to gest, jaki wiecznie wykonywała w moim kierunku Gemma.
- Dobrze cię widzieć, Hazz - jej głos był dźwięczny i wesoły. Zauważyłem, że trzymała w dłoniach dwie, duże, papierowe torby, więc szybko podniosłem się, zabierając je z jej rąk. Ułożyłem je na kuchennym blacie, wyjmując po kolei składniki na naszą wspólną kolację.

*

Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz moje mieszkanie pachniało tak pięknie i tak... domowo. W powietrzu unosił się zapach dobrze doprawionego szpinaku i tarty z białą czekoladą, która podobno była specjalnością pani fotograf. Siedzieliśmy w trójkę przy kuchennym stole, śmiejąc się do rozpuku, podczas gdy ciasto piekło się w piekarniku. W duchu cholernie się cieszyłem, że przedstawiłem sobie dziewczyny, bo widziałem, jak świetnie się ze sobą dogadują i ja sam czułem się fantastycznie rozluźniony w ich towarzystwie, choć wciąż nie ufałem Lindzie w stu procentach. Na chwilę zapomniałem o wszystkim moich problemach związanych z Louisem i One Direction. Na chwilę zapomniałem czym jest skurczony z nerwów żołądek.
- Napijecie się wina? - zaproponowałem, unosząc znacząco brwi. Śmiech Gemmy był cudownie zaraźliwy, ale blondynka spoważniała.
- Harry? Nie miałam jeszcze okazji przeprosić cię za swoje zachowanie, wtedy, w salonie... - zaczęła niepewnie, tracąc swój zapał w głosie. Nie chciałem, nie mogłem jej winić. Starałem się nie skrzywić, by nie pokazać po sobie, że mam jej coś za złe. Potarłem dłońmi skronie.
- To nie twoja wina, nie musisz mnie przepraszać - powiedziałem stanowczo, chcąc jak najszybciej urwać temat szatyna. Nie patrzyłem jej w oczy.
- Wierzę i wiem, że sobie poradzicie, pogodzicie się, prędzej czy później - głos Lindy nabrał siły, a ja spiąłem się nieco. Ponad jej ramieniem spojrzałem na Gemmę, a ona ostrożnie pokręciła przecząco głową. Nie wiedzieliśmy, co blondynka miała na myśli i nie byliśmy też pewni, czy możemy jej w stu procentach ufać. Jeszcze nie teraz.
- Tak, być może tak - mruknąłem więc wymijająco. Fotografka uśmiechnęła się do mnie łagodnie, patrząc na mnie ze zrozumieniem i czymś nieodgadnionym, co Gemma później nazwała podziwem, a potem podniosła się z krzesła i ruszyła do piekarnika, by wyłączyć cudownie pachnącą tartę. W tym samym momencie usłyszałem dźwięk swojego telefonu. Numer prywatny.
- Słucham? - powiedziałem ostrożnie, nauczony doświadczeniem, by nigdy nie przedstawiać się pierwszy, gdy ktoś do mnie dzwoni. Moja siostra spojrzała na mnie pytająco, ale przyłożyłem sobie tylko palec do ust, w niemym geście.
- Witam, panie Styles. Z tej strony Albert Willson, dzwonię z polecenia właściciela Modest! Management - usłyszałem niski, donośny głos mężczyzny w słuchawce i skrzywiłem się natychmiast. Szatynka zerknęła na mnie znacząco, a ja bezgłośnie przekazałem jej jedno słowo: zarząd. Gemma rozszerzyła oczy ze zdumienia i pokazała mi na migi, bym przełączył rozmowę na głośnik, co natychmiast uczyniłem.
- Tak, o co chodzi? - zapytałem lodowato, skubiąc nerwowo swoje paznokcie.
- Mam za zadanie poinformowanie pana o nowym rozporządzeniu Modest!'u, dotyczącym pańskiej obecności na meczu charytatywnym pana Tomlinsona, który, jak pan zapewne wie, odbędzie się ósmego września bieżącego roku - usłyszeliśmy. Uniosłem brwi w zaskoczeniu. Zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać.
- Jak brzmi to rozporządzenie? - zapytałem, po czym cała nasza trójka zastygła w oczekiwaniu.
- Przykro mi, panie Styles, ale pańska obecność w tym wydarzeniu jest całkowicie niepożądana i niewłaściwa. Zarząd jasno wyraził swój sprzeciw na jakikolwiek pański udział w tym spotkaniu. Czy zrozumiał pan ten komunikat? - zapytał wypranym z emocji tonem. Twarz Gemmy wyrażała szczere oburzenie, podczas gdy Linda wyglądała na zirytowaną i zaskoczoną jednocześnie.
- Zrozumiałem. Dziękuję za telefon - warknąłem, rozłączając się. Ukryłem twarz w dłoniach. W tamtej chwili, nawet pięknie pachnące ciasto Lindy, które położyła przede mną na błękitnym talerzyku, nie było w stanie sprawić, bym poczuł się choć odrobinę lepiej.


*

Ósmy września, paradoksalnie, zapowiadał się być idealnym, bezchmurnym dniem. Louis nie odzywał się do mnie dziesiąty dzień z rzędu, nie to jednak było dla mnie najbardziej bolesne. Okropna była świadomość, że nie mogłem być teraz przy nim, nawet jeśli chłopak nie chciałby mnie widzieć. Cholerny Modest, to on był odpowiedzialny za wszystkie próby, którym zostaliśmy poddani. To on był bezpośrednią przyczyną naszego rozstania. Byłem zdenerwowany i przez cały dzień nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Marzyłem o tym, by wsiąść w samolot i móc uspokoić siebie, ale też z pewnością jego, przyciskając go mocno do swojego ciała. Wiedziałem, jak cholernie ważny był dla niego ten mecz. Wiedziałem, że będzie chciał zagrać jak najlepiej i mogłem sobie jedynie wyobrażać, jak bardzo jest teraz zestresowany. Cholera, oddałbym wszystko, żeby być przy nim, jednak zdawałem sobie boleśnie sprawę z tego, że nie jest to możliwe i jęknąłem cicho, uderzając ze złości pięścią w ścianę. Syknąłem z bólu, krzywiąc się.
- Oh, pieprzyć to - mruknąłem pod nosem, chwytając telefon z kuchennego stołu. Przez chwilę jeszcze się wahałem, ale palce same wystukały wiadomość: Wiem, że będziesz świetny, więc nie muszę życzyć Ci powodzenia. Zamiast tego - daj z siebie wszystko, Louis. H.

*

Czułem się jak skończony idiota, siedząc na kanapie w salonie obok Gemmy i Lindy. Oglądaliśmy transmisję na żywo z meczu mężczyzny, który wciąż był dla mnie całym światem i każdy z nas wiedział, że to nie tutaj było moje miejsce. Powinienem być teraz tam, na miejscu, na trybunach. Powinienem uściskać go mocno przed wyjściem na stadion, powinienem mu kibicować i podać mu wodę, kiedy będzie zmęczony i spragniony. A potem powinienem przytulić go, gdy tylko zejdzie z boiska i powiedzieć mu, że był cudowny, bo wiem, że właśnie taki będzie. I nie przeszkadzałoby mi to, że byłby brudny i spocony, bo rozpierałaby mnie duma i chciałbym, by mógł to poczuć.
Zamiast tego, wpatrywałem się tęsknie w jego sylwetkę, zagryzając wargi do krwi. Gemma przez cały czas ściskała mocno moją dłoń, próbując mnie tym samym wesprzeć, ale nie sądzę, żeby cokolwiek mogło mi wtedy pomóc. Boże, tak bardzo mi go brakowało. Herbata, którą uwielbiałem, a której nawet nie ruszyłem, zdążyła wystygnąć, bo nie potrafiłem nawet przełknąć śliny, czując w gardle wielką gulę. Jak w zwolnionym tempie, obserwowałem, jak ktoś popycha Louisa, a sekundę później jak ten upada na murawę, krzywiąc się i wrzeszcząc z bólu i sam zawyłem ze wściekłości. Chciałem znaleźć się obok niego natychmiast i tulić go, i zabić mężczyznę, który - umyślnie bądź nie, zrobił mu krzywdę. Poderwałem się gwałtownie z kanapy, w dzikim amoku ruszając w stronę drzwi wejściowych, jednak moja siostra była szybsza. Chwyciła mnie mocno za nadgarstek, ciągnąc mnie do siebie mocno. Zawsze zastanawiałem się, skąd w jej drobnym ciele tyle siły. Spojrzałem na nią nieprzytomnymi oczyma, a ona przyciągnęła mnie do siebie, przytulając mnie mocno.
- Hazz - mruknęła mi do ucha, zaskakująco cichym głosem, zupełnie nie pasującym do niedźwiedziego uścisku, w którym mnie trzymała. Czułem, jak cały drżę - Uspokój się, słyszysz? Nic nie możesz poradzić - dodała, a ja poczułem falę zalewającej mnie ze wszystkich stron złości.
- Oczywiście, że mogę - warknąłem, wyrywając się jej. Spojrzała na mnie zaskoczona.
- Do diabła z tobą, Harry! - mruknęła, rozcierając sobie dłonie, ale nie to zwróciło moją uwagę. Ponad jej ramieniem widziałem zmartwioną twarz Lindy.
- Co się stało? - zapytałem, zerkając jej prosto w oczy, czując narastający we mnie strach. - Linda? Co się stało? - powtórzyłem stanowczo, podchodząc do niej. Dziewczyna bez słowa wskazała mi ekran telewizora, na którym właśnie ukazana była powtórka z sytuacji, która miała miejsce przed chwilą. Louis, brutalnie sfaulowany i jego twarz wykrzywiona niesamowitym cierpieniem. Louis podnoszący się z trudem z murawy. Louis wymiotujący z nerwów i bólu. Louis i jego przepełniona smutkiem twarz. To było jak impuls, nie potrzebowałem niczego więcej, dla czego warto byłoby ryzykować. Zarzuciłem na siebie płaszcz, patrząc nerwowo na swoją siostrę, która pokręciła jedynie głową zrezygnowana.
- Zabiją cię, jeśli się dowiedzą - powiedziała, patrząc na mnie poważnie. Chwilę później jej twarz rozjaśnił delikatny uśmiech - Pośpiesz się i nie rób wokół siebie szumu, ty głupi kretynie - mruknęła, całując mnie ostrożnie w czoło.
- Mam pomysł na twoje alibi - usłyszałem wesoły głos Lindy i zerknąłem na nią zdezorientowany. - Gemma, znasz jego hasło do instagrama?


*

Czterdzieści minut później byłem już w samolocie do Doncaster, śmiejąc się do rozpuku ze swojej stanowczości i wpływów, których zwykle nie wykorzystywałem. Gdy dotarłem na lotnisko, odprawa na samolot, którym miałem zamiar udać się do domu Tomlinsonów, już się rozpoczęła, więc nieprzyjemna sprzedawczyni odmówiła mi sprzedaży biletu. Cóż, może w innych okolicznościach, grzecznie poczekałbym na kolejny lot, jednak tym razem nerwy przejęły nade mną kontrolę. Musiałem jak najszybciej dostać się do domu mamy Louisa. Nazywam się Harry-kurwa-Styles i wystarczy jeden mój telefon by cię zwolnić było dostatecznie przekonywujące.


*


Prawie się rozpłakałem, gdy jedna z sióstr Louisa otworzyła mi drzwi, właściwie od progu rzucając się w moje ramiona. Była taka drobna i ciepła, a ja tak bardzo potrzebowałem czyjejś czułości. Obróciłem ją w powietrzu, a potem pogładziłem ostrożnie po głowie i odstawiłem z powrotem na ziemię, wchodząc do schludnie urządzonej kuchni, w której swojego czasu tak często przebywałem. Ciepłe kolory ścian dodawały otuchy. Jay stała oparta o blat, zerkając na mnie nieodgadnionym wzrokiem. Nie umiałem powiedzieć, czy cieszyła się na mój widok. Uniosła wysoko jedną brew, patrząc na mnie z niemym zaskoczeniem, a potem wyciągnęła w moim kierunku obie ręce. Jęknąłem głucho i nie myśląc zbyt wiele, wtuliłem się w jej ciało, czując, jak wstrząsa mną spazm. Czułem się słaby i żałosny, ale ona była dla mnie jak druga matka i wiedziałem, że nie muszę wstydzić się przy niej swoich łez. I gdy tylko sobie to uświadomiłem, słowa potoczyły się z moich ust, chociaż zupełnie tego nie planowałem.
- Nie chciałem go zranić, naprawdę nie chciałem, byłem głupi i nierozsądny, ale ja tak bardzo się boję - wydusiłem z siebie, czując, jak kobieta przyciska mnie do siebie jeszcze mocniej, gładząc mnie dłonią między łopatkami. - Przepraszam, tak bardzo przepraszam - mruczałem, szlochając jej w rękaw.
- Ciii, Harry, przestań mnie przepraszać, słyszysz? Spróbuj się trochę uspokoić, dobrze? - powiedziała spokojnie, odsuwając mnie od siebie ostrożnie i zerkając w moje oczy - Zrobię nam kakao, tak jak wtedy, kiedy denerwowaliście się z Louisem przed waszym pierwszym... - zawahała się, a ja po chwili zrozumiałem dlaczego. Poczułem jej zapach zanim jeszcze ją zauważyłem. Przenikliwie słodka nuta kwiatu pomarańczy i cynamonu, przemieszana z tytoniem, który niewątpliwie paliła. Widziałem panikę w oczach matki szatyna, gdy tylko dziewczyna wkroczyła do kuchni, ubrana w ładną, granatową koszulkę i ciemne rurki podkreślające jej długie nogi.
- Jay, orientujesz się kiedy Lou... Oh - urwała, zerkając na mnie zdziwiona. Jej pełne wargi wykrzywiły się nieco w nieskrywanym grymasie. - Myślałam, że jesteś w San Francisco - powiedziała chłodno, wydymając usta. - Cool bridge, mogłam się domyślić, że to sprawka tej twojej siostry, zawsze takie same, idiotyczne zagrywki z oszukiwaniem swoich fanów...
- Nie wycieraj sobie gęby Gemmą - warknąłem, próbując nieudolnie wytrzeć łzy z twarzy. Brunetka prychnęła głośno na ten widok, zakładając sobie ręce na ramiona. Słowa nie są w stanie wyrazić tego, jak bardzo jej wtedy nienawidziłem.
- Mógłbyś chociaż przez chwilę zachowywać się jak prawdziwy facet. Już nawet nie chodzi o fakt, że uwielbiasz rozkładać nogi przed Louisem, ale...
- Eleanor, wystarczy - warknęła głośno Jay, karcąc ją spojrzeniem, a ja czułem, jak wszystko się we mnie gotuje ze złości. Miałem ochotę chwycić za stojący na blacie świecznik i cisnąć nim w dziewczynę. Cała nasza trójka zdawała sobie sprawę, że nie powinniśmy posuwać się tak daleko, gdy któraś z sióstr Louisa była w pobliżu.
- Może gdybyś nie zachowywał się jak dzieciak, ktokolwiek brałby cię na poważnie - dodała, uśmiechając się do mnie triumfalnie. Skrzywiłem się.
- Może gdybyś nie była taką okropną suką, Louis mógłby spróbować cię przynajmniej polubić - warknąłem, myśląc, że uderzam w czuły punkt. Wargi brunetki uniosły się jednak jeszcze wyżej.
- Oh, sądząc po tym, jak było mu dobrze wczoraj, myślę, że polubił mnie bardziej, niż myślisz - powiedziała cicho, a ja poczułem się tak, jakbym dostał w twarz.
- Przestańcie, natychmiast! - wrzasnęła Jay, ale to nie miało już żadnego znaczenia. Eleanor dopięła swego. Wygrała. Nie miała powodów, by kłamać, a sądząc po pewnym tonie jej głosu, mówiła szczerą prawdę. Ja natomiast nie miałem... nie mogłem mieć powodów, by być zły na którekolwiek z nich, skoro sam dobrowolnie zrezygnowałem z szatyna. Nie umiałem jednak poradzić sobie z duszącym mnie, przeraźliwym bólem w płucach. Mój przylot tutaj był pomyłką. Nie powinienem wracać, nie powinienem był robić sobie nadziei, że wszystko da się wciąż naprawić. Musiałem pogodzić się z tym, że chłopak faktycznie mógł być z nią szczęśliwy.
I kurwa, może potrafiłbym wyjść bez słowa z tego domu, zostawiając za sobą Eleanor i znów próbować zapomnieć, że mnie i Louisa kiedykolwiek coś łączyło. Może byłbym w stanie to zrobić, ale właśnie wtedy szatyn, blady jak ściana, z mokrymi od łez policzkami, przekroczył próg mieszkania kuśtykając i wiedziałem, że jestem stracony.

wtorek, 8 października 2013

Rozdział piąty

And I don't think I can look at this the same
 
 Ostrzeżenie: Scena miłości dwóch mężczyzn (+18)



Promocja w Nowym Jorku przebiegła bez większych problemów. Nie było rzeczy, do której już bym nie przywykł, dlatego wszystko wyszło bardzo dobrze i byłem pewien, że zarówno fanki, jak i zarząd nie będą mieli mi nic do zarzucenia. Traktowałem to jak pracę, wyłączając na ten czas swoje uczucia i przybierając na twarz maskę szczęśliwego, cudownego chłopca - tego, w którym kochało się pół globu. Pozwoliłem, by ktoś ułożył mi włosy, ktoś inny wybrał mi ubrania, które teraz wciąż miałem na sobie. Grzecznie, bez żadnego sprzeciwu, pozowałem do zdjęć, ustawiając się jak najdalej Louisa. Sprzedawałem całusy fankom, robiłem sobie z nimi zdjęcia. I tylko ukradkowo, starając się być na tyle dyskretnym, by nikt nie mógł uchwycić tego na fotografii, zerkałem w kierunku niebieskookiego, gdy czułem na sobie jego palący wzrok. Kiedy to zaszło tak daleko? Gdzie były czasy, w których nikt nie karał mnie za samo patrzenie? Gdzie były te dni, w których mogłem swobodnie dotykać Louisa, stawać na zdjęciach obok niego, patrzeć w jego kierunku? Westchnąłem ciężko. Ucieszyłem się, gdy w końcu wsiadłem do vana, który miał zawieźć nas do hotelu.

*
Kiedy tylko otrzymałem klucz do swojego pokoju, praktycznie do niego wbiegłem, rzucając niedbale skórzaną walizkę gdzieś w kąt. Czułem na sobie dotyk tysiąca osób, ale też zapach dziwnej mieszanki ciężkich, damskich perfum i potu. Pragnąłem jak najszybciej się tego pozbyć, dlatego nie zastanawiając się długo, zrzuciłem z siebie ubrania, wchodząc zupełnie nagi do łazienki. Byłem nieco zaskoczony, kiedy zamiast prysznica ujrzałem dużą, białą wannę, ale w głębi serca ucieszyłem się na ten widok. Usiadłem na chłodnym brzegu, podczas gdy gorąca woda powoli wypełniała jej wnętrze, obserwując, jak piana od mojego cytrynowego płynu do kąpieli unosiła się coraz wyżej. Kiedy w końcu dotarła do poziomu, który w myślach uznałem wcześniej za idealny, wyłączyłem wodę, wchodząc do niej ostrożnie. Wysoka temperatura spowodowała ciarki na całym moim ciele, nie były jednak one nieprzyjemne. Zanurzyłem się powoli cały, wdychając mocny zapach cytryny. Patrzyłem na swoje nogi i westchnąłem cicho, nie próbując nawet zliczyć siniaków, które pojawiły się na nich, nie wiadomo skąd. Przymknąłem oczy, opierając głowę o kant wanny, a sekundę później znalazłem się pod wodą. Uwielbiałem ten cichy szum, który pojawiał się w moich uszach, gdy nurkowałem, działał na mnie uspokajająco. Wynurzyłem się dopiero, kiedy poczułem, że w płucach brakuje mi tlenu. Zanim zdecydowałem się wyjść, umyłem jeszcze swoje włosy, jak zwykle spłukując je chłodnym strumieniem. Stanąłem chwiejnie na jasnych, chłodnych kafelkach łazienki, rozglądając się za ręcznikiem, kiedy moja pamięć podsunęła mi, że najzwyczajniej w świecie wciąż leży na łóżku, bo wcześniej zupełnie go zignorowałem. Westchnąłem, przygotowując się na uderzenie chłodnego powietrza w każdy por mojej skóry i wyszedłem z łazienki, zupełnie nagi.
- Oh - usłyszałem ciche westchnięcie, gdy tylko przekroczyłem próg pokoju i poczułem, jak całe moje ciało napina się nerwowo. Cholerny Louis, siedział na moim łóżku, wpatrując się we mnie bez skrępowania nieodgadnionym wzrokiem. Zmarszczyłem brwi. Miałem gęsią skórkę i nie byłem pewien, czy była spowodowana zimnem. Powietrze w pomieszczeniu wydawało mi się nagle gęste jak budyń, z trudem łapałem w płuca resztki tlenu. Zauważyłem, że niebieskooki wstał, powoli zbliżając się w moją stronę. Serce galopowało mi w piersi, zupełnie jak przed pierwszym występem na żywo. Albo jeszcze mocniej.
- N-nie spodziewałem się, że... - zacząłem, jednak nagła bliskość chłopaka odebrała mi mowę. Jedną ręką objął mnie w talii. Poczułem jego zapach, który tak uwielbiałem i ugięły się pode mną kolana. Druga dłoń szatyna powędrowała do mojego barku. Bez większego pośpiechu, przestudiował palcem drogę kropelki wody, która opadła z moich włosów. Jego dotyk palił żywym ogniem. Jak w zwolnionym tempie, obserwowałem, jak lekko oblizał swoje spierzchnięte wargi, czując narastającą we mnie gorączkę. Przebiegł palcami po moim obojczyku, a mnie wyrwał się cichy jęk.
- Tęskniłem - szepnął drżącym głosem i to w zupełności wystarczyło. Westchnąłem niecierpliwie, nachylając do niego i wpijając się w jego wargi. Jego usta zawsze miały ten sam, zaskakująco słodki i przyjemny smak owocowej herbaty, którą uwielbiał. Poddałem się zupełnie, gdy tylko poczułem, że chłopak chce przejąć kontrolę. Całował mnie delikatnie, czule i zupełnie niespiesznie, jakbyśmy mogli spędzić sami całą wieczność, a nie zaledwie kilka godzin. Louis przyciągnął mnie do siebie bliżej, a ja prawie uśmiechnąłem się, gdy jego dłonie automatycznie zsunęły się na moje nagie pośladki, zaciskając się na nich mocno. Sekundę później, obrócił mnie swobodnie jedną ręką, a potem pchnął na łóżko, natychmiast wspinając się na mnie. Nasze wargi ponownie się ze sobą złączyły, nie był to jednak już ten spokojny, delikatny pocałunek, który dzieliliśmy minutę wcześniej. Czułem jego spragnione usta i nie mniej spragniony język, gdy przywarł do mnie tęsknie. Automatycznie wsunąłem dłonie pod jego koszulkę. Czułem pod palcami jego mocno rozgrzane ciało i zapragnąłem, by znalazł się jak najbliżej mnie. Sprawnym ruchem, pociągnąłem materiał bluzki do góry, ściągając mu ją przez głowę. Uśmiechnął się do mnie lekko, a potem znów musnął moje wargi, najczulej, jak tylko potrafił. Jakiekolwiek granice moralne przestały mieć dla mnie znaczenie. Wiedziałem, że nie powinienem mu ulegać, że powinniśmy najpierw poważnie ze sobą porozmawiać, ale zupełnie poddałem się jego dłoniom i jego wargom i... Jęknąłem gardłowo, wyciągając przed siebie ręce, gdy jego ciepły oddech przeniósł się na moją szyję. Przesunąłem nimi po jego plecach, zostawiając na nich długie smugi swoimi paznokciami. Zapomniałem, jak się oddycha, a on nie kwapił się, by mi przypomnieć. Jego zapach był teraz taki intensywny...
- Spokojnie, Hazz - usłyszałem cichy szept przy swoim uchu, który wywołał u mnie odwrotną reakcję. Zagryzłem dolną wargę i znów westchnąłem głośno, gdy wilgotnymi ustami zaczął składać ostrożne pocałunki na moich obojczykach. Cały się skręcałem, wczepiając paznokcie w kark szatyna, chcąc dać mu w ten sposób znak. Chłopak zrozumiał natychmiast, przenosząc pieszczoty na mój wrażliwy sutek. Poczułem, jak tysiące impulsów przenosi się wprost do mojego podbrzusza i wygiąłem ciało w łuk, jęcząc głośno. Chłopak bawił się moim ciałem, a ja wiedziałem, że jeśli poddam mu się choćby sekundę dłużej, w czasie finału Louis wciąż będzie do połowy ubrany. Odsunąłem więc go od siebie ostrożnie i zerkając w jego błyszczące z podniecenia, jasne oczy, a potem odpiąłem zręcznie przyciasne jeansy, zdejmując je z jego nóg wraz z bielizną. Uśmiechnął się do mnie lekko, spoglądając w moje zamglone tęczówki, a potem zsunął się odrobinę niżej. I jeszcze niżej.
- O cholera - wyrwało mi się, gdy poczułem żar jego spragnionych warg na swoim przyrodzeniu. Wszystko, co było dla mnie kiedykolwiek ważne, straciło swoje znaczenie. Liczył się tylko jego wilgotny i sprawny język, poruszający się wzdłuż mojej męskości i ten pełen pożądania wzrok, gdy zerkał na mnie z dołu. Wplotłem dłonie w miękkie, brązowe włosy, pomagając mu w nadaniu odpowiedniego rytmu. Wzdychałem głośno, gdy zacząłem powoli opadać w ciemność. - Proszę, zaraz nie wytrzymam - mruknąłem ostrzegawczo, starając odsunąć go od siebie stanowczo. Zrozumiał. Pocałował mnie delikatnie, uspokajająco w usta, obracając mnie ostrożnie na plecy.
- Hazz, nie mamy...
- Nie przejmuj się tym - przerwałem mu, głosem, którego nie potrafiłem rozpoznać. Dłonie Louisa zacisnęły się na moich biodrach. Wiedziałem, że się waha, a ja nie chciałem czekać ani sekundy dłużej.
- Będzie cię bolało...
- Powiedziałem: Nie przejmuj się tym! - warknąłem stanowczo, unosząc zachęcająco biodra w górę. Sekundę później niebieskooki spełnił moją prośbę, a ja krzyknąłem głośno, najgłośniej jak potrafiłem. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że narobiliśmy okropnego hałasu. Oczy zaszły mi łzami, które starałem się przed nim ukryć; nie chciałem, by czuł się winny. Dzięki jego ostrożnym i powolnym ruchom, ból bardzo szybko przeistoczył się w nieziemską przyjemność. Gdy zauważył, że moja twarz się rozluźniła, zdecydowanie przyspieszył, przyprawiając mnie o dreszcze. Jęczał głośno, wprost do mojego ucha. Był przy mnie, we mnie, był wszędzie. Wiłem się w rozkoszy, usiłując złapać oddech. Pociemniało mi przed oczami.
- Lou... proszę - wyjęczałem, wychodząc mu na przeciw swoimi biodrami. Wygiąłem plecy z całej siły w łuk. Wyciągnąłem przed siebie dłoń, którą ten natychmiastowo pochwycił we własną. Gdy tylko się zetknęły, przez całe moje ciało przeszedł prąd. Zamknąłem oczy, krzycząc głośno w ekstazie. Kilkanaście sekund później, niebieskooki opadł na pościel obok mnie, przyciągając mnie do siebie lekko. Oddychaliśmy ciężko w swoich ramionach. Przysunąłem do swoich ust nasze wciąż jeszcze złączone dłonie, całując delikatnie ich wierzch.
- Kocham cię - powiedział, rozczesując palcami moje splątane włosy. Zachichotałem, kiedy wyobraziłem sobie minę naszej fryzjerki, która jutro będzie musiała je okiełznać.
- Ja ciebie też - odpowiedziałem, wtulając głowę w jego szyję.

*
Uśpione myśli w mojej głowie, zaczęły krzyczeć, gdy tylko doszedłem do siebie. Wrzeszczały tak głośno, że nie byłem w stanie rozkoszować się chwilą, w której mogłem spokojnie leżeć w ramionach Louisa, nacieszyć w końcu jego bliskością. Podniosłem się więc gwałtownie z pościeli, kierując się ku swojej walizce. Wyciągnąłem z niej bieliznę i szare, dresowe spodnie. Nie minęło nawet trzydzieści sekund, kiedy byłem już do połowy ubrany. Louis uniósł się na łokciach, patrząc na mnie pytająco. Jego wargi wciąż były czerwone i spuchnięte od moich pocałunków.
- Co ty wyprawiasz? - mruknął, chwytając mnie za brzeg nogawki. Wyszarpnąłem ją z jego dłoni, krzywiąc się lekko. Skroń pulsowała mi tępym bólem. Miałem ochotę zwymiotować.
- Przepraszam, ale ja już tak dłużej nie mogę - jęknąłem, spacerując wzdłuż pokoju. W powietrzu czułem zapach naszych spoconych ciał, naszej miłości. - Po prostu nie daję rady, słyszysz? - dodałem, zagryzając nerwowo wargi. Zdawałem sobie sprawę, jak żałośnie brzmię, ale czułem też, że muszę w końcu wyrzucić z siebie to wszystko. Czułem, że teraz nadszedł odpowiedni czas. Niebieskooki podniósł się, wciągając na siebie pospiesznie swoje porzucone w rogu bokserki.
- Harry... - zaczął, ale nie chciałem pozwolić mu dojść do słowa. Wiedziałem, że jak zwykle będzie mydlił mi oczy, zapewniając mnie o szczerości swoich uczuć. Nie mogłem pozwolić, by po raz kolejny mnie zbył.
- Kocham cię Louis, ale to wszystko mnie wykańcza, słyszysz? Ja już nie mam siły tego ciągnąć - powiedziałem, odwracając się do niego plecami. Nie chciałem patrzeć mu w oczy. Nie, kiedy zaledwie pół godziny temu...
- Co chcesz przez to powiedzieć? - głos szatyna przepełniony był żalem i złością. Znalazł się przy mnie w ciągu dwóch sekund, szarpiąc mnie za ramię, bym na niego spojrzał. - Chcesz ze mną... zerwać? - zapytał, dziwnie zmienionym głosem. Roześmiałem się histerycznie.
- Wszystko spieprzyliśmy, nie rozumiesz? Wiem, że nie da się cofnąć czasu, ale nie potrafię nie zastanawiać się, co by było, gdybym nigdy nie poszedł do tego cholernego X-factora. Jak wyglądałoby moje życie, gdybym cię nigdy nie poznał. Może wszystko byłoby inaczej - mruknąłem w przestrzeń, zamyślając się. Nie chciałem widzieć bólu w jego spojrzeniu, więc unikałem go za wszelką cenę. - Może mógłbym teraz żyć normalnie. Może miałbym chłopaka, z którym chodziłbym za rękę, całował się na ulicy i oglądał twoje teledyski.
- Beze mnie byłoby ci lepiej - powiedział cicho. Słyszałem, jak z emocji drży mu głos.
- Nie Louis. Nie byłoby mi lepiej, ale na pewno byłoby mi łatwiej.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, jakie to wszystko jest dla mnie cholernie trudne. Nie wiem, czy w ogóle zastanawiasz się, jak ja się czuję, kiedy...
- Oczywiście, że się zastanawiam! - przerwał mi krzykiem, jednak go zignorowałem.
- ...Kiedy oglądam twoje zdjęcia z nią. Kiedy widzę, jak trzymasz ją za rękę, jak ją obejmujesz, kiedy czytam, jaki jesteś szczęśliwy u jej boku, i...
- Harry, przecież wiesz, że to wszystko jest wyreżyserowane pod publikę...
- Louis, ty jesteś zazdrosny nawet o Nialla! - jęknąłem zniecierpliwiony, przewracając oczami - Nie rozumiesz mnie. Ja po prostu się boję. Każdego cholernego ranka budzę się i zastanawiam się, czy wciąż jesteś mój. Czy wciąż kochasz mnie, czy może zacząłeś już kochać ją. Modest zadbał o to, byś spędzał z nią każdą wolną chwilę, podczas gdy nam nie wolno nawet na siebie patrzeć. Jesteś biseksualny... A ona jest przecież taka śliczna... - wzdrygnąłem się. Odważyłem spojrzeć się mu w oczy. W ich błękicie odbijał się ból i wyraźnie widziałem, że jest bliski płaczu. - Czasami umieram ze strachu. Kiedy myślę o tym, że takie życie może ci się spodobać. Życie, w którym nie będziesz musiał się wciąż pilnować, ukrywać...
- Masz rację Harry. Jestem cholernym tchórzem. Zasługujesz na kogoś lepszego, niż ja - wszedł mi w słowo - Nie jestem i nigdy nie będę dla ciebie wystarczająco dobry. Zasługujesz na więcej, niż będę mógł ci kiedykolwiek dać, ale wydaje mi się, że nie zdajesz sobie z tego sprawy i chociaż to egoistyczne, mam nadzieję, że nigdy się tak nie stanie. Proszę Hazz, daj nam ostatnią szansę...
- Mój problem polega na tym, że ja nie chcę nikogo innego, bez względu na to, czy na to zasługuję, czy nie - powiedziałem, uśmiechając się do niego smutno - I czasem, gdy nie mogę zasnąć, myślę nad tym, jak to wszystko rozwiązać. Wiesz, co jest najgorsze? Do głowy przychodzi mi zawsze tylko jedno rozwiązanie. Zakończyć to. Pozwolić ci zakochać się w Eleanor, a samemu sobie zapomnieć. Wszystkim będzie wtedy łatwiej.
- Harry... Nie wolno nam się poddawać! Przecież wiesz, że musimy wytrzymać jeszcze tylko trochę! Jeszcze rok, może dwa i...
- Nie, Louis. To koniec, słyszysz? - przerwałem mu - Ja już nie mam siły dłużej o nas walczyć. Nie mam siły znosić kolejnych pytań o to, dlaczego jestem sam, nie mam siły słuchać o twoim szczęściu - powiedziałem głośno, patrząc mu prosto w oczy. Szatyn otwierał i zamykał kilkakrotnie usta, aż w końcu zacisnął szczęki, podnosząc się. Po policzkach spływały mu łzy. Gdzieś w bladym świetle lampy mignęła mi świeżo wykonana, olbrzymia malinka na jego szyi. Co za ironia. Chłopak spojrzał na mnie po raz ostatni, a potem wyszedł z pokoju, zostawiając mnie bez słowa. Nigdy w życiu nie czułem się tak samotny, jak wtedy. Kopnąłem ze złością w bogu ducha winną walizkę, a potem rzuciłem się na łóżko, które dalej pachniało jak on.


__________________
Przyznać się, kto chce mnie zabić?:-)
Nie krępujcie się, możecie mi nawrzucać w komentarzach!