wtorek, 31 grudnia 2013

Rozdział dziewiętnasty

When the night is coming down on you
We will find a way through the dark



Mieszkanie było przepiękne i Louis miał rację, mówiąc, że zakocham się w nim od pierwszego wejrzenia. Roześmiałem się głośno, gdy zapytał, czy wciąż będę się na niego złościł o to, że nie poczekał za moją decyzją, kiedy je kupował. Wszystko było idealne, wyśnione, stworzone jakby specjalnie dla nas. Od przeszklonych, wysokich sufitów, przez brązowe panele i czekoladowe kafelki w łazienkach, po jasnobeżowe ściany, z delikatnymi, złotymi akcentami. Kiedy wszedłem do ogromnej, okrągłej wanny, prawie popłakałem się ze szczęścia. Tak ciężko było mi przyzwyczaić się do myśli, że teraz stać mnie na wszystkie te rzeczy, że stać mnie na o wiele więcej, choć zaledwie trzy lata temu byłem nieznanym nikomu chłopcem z piekarni, który takie domy oglądał jedynie na żałosnych programach MTV.
Nie mogłem uwierzyć własnym uszom, gdy po dłuższym czasie wszedłem wreszcie z łazienki i usłyszałem propozycję niebieskookiego. Kiedy zasugerował mi, byśmy poprosili Nicka o pomoc w przeprowadzce, sądziłem, że sobie ze mnie żartuje. On jednak, już kolejnego ranka, zadzwonił do niego z własnego telefonu, gładząc delikatnie czubek mojej głowy. Nie rozmawiali długo, a ja czułem wyraźne napięcie w głosie Lou, jednak ten nie zrezygnował ze swojego pomysłu.


*


- Błagam, Louis. Nie chcę tutaj żadnych bójek i awantur, dobrze? – mruknąłem mu cicho do ucha, ściskając mocno jego szczupłe ramię, gdy zauważyłem podjeżdżające pod nasz nowy dom, granatowe, sportowe auto, bez wątpienia należące do Grimshawa. Chłopak uśmiechnął się lekko w odpowiedzi, wzdychając cicho i skinął delikatnie głową, ruszając w jego stronę. Obserwowałem jego falujące od lekkiego wiatru włosy i kręciło mi się w głowie z nerwów. Uniosłem delikatnie kąciki swoich ust, kiedy dostrzegłem, że miał na sobie grubą, puchową kurtkę, a jednocześnie nie założył skarpetek. Cały Lou.
Wciągnąłem głośno powietrze, gdy zauważyłem, jak on i sporo wyższy od niego mężczyzna, uścisnęli sobie ostrożnie dłonie, a potem wymienili jeszcze kilka niezrozumiałych dla mnie słów, po czym wsiedli razem do auta starszego, ruszając w stronę mojego starego domu. Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w znikające na drzewami auto, starając się uspokoić szybko bijące serce i przygotować miejsce na nasze ubrania, część mebli.



*


Gdzieś w głębi duszy czułem, że to był zły pomysł i denerwowałem się coraz bardziej, z każdą kolejną minutą, w której Louis i Nick przebywali ze sobą sam na sam. Bałem się tego, co mogą sobie powiedzieć, żeby się sprowokować i mogłem mieć jedynie nadzieję, że Louis wykaże się dojrzałością i chociaż raz odpuści. Nie chciałem, by się kłócili. W ich wspólnym wyjeździe kładłem nadzieję na pokojowe załatwienie sprawy i koniec ciągłych sporów, jednak podświadomie widziałem samochód Nicka dachujący w jakimś rowie, gdy żaden z nich nie będzie mógł sobie darować jakiejś kąśliwej uwagi. Kręciłem się więc po domu, próbując zrobić coś pożytecznego, co jednocześnie zajęłoby moje myśli – ścierałem nieistniejący kurz z telewizora, myłem czyste lustra, prałem świeże ubrania, starając się nie zwracać uwagi na swoją bladą, przestraszoną twarz, odbijająca się w każdym naczyniu. Prawie jęknąłem z ulgi, gdy po dokładnie czterdziestu trzech minutach, usłyszałem warkot silnika na podjeździe. Natychmiast wyszedłem z domu, prawie potykając się o swoje długie nogi. Nie mogłem niczego wyczytać z miny Louisa, gdy podał mi karton wypełniony po brzegi ubraniami, więc uniosłem pytająco brew, a on machnął na mnie dłonią, nachylając się, by wyjąć z bagażnika kolejną część rzeczy, tym razem worki przepełnione różnymi spodniami. Z cichym westchnięciem, ruszyłem w stronę naszego mieszkania, wciąż jednak kątem oka ich obserwując.
Grimshaw wydawał się być dziwnie zadowolony i rozluźniony, stojąc oparty o maskę swojego sportowego auta i oczekując w milczeniu, aż niebieskooki wszystko z niego wyjmie i gdy tak się wreszcie stało, zarzucił sobie na plecy dwa worki z naszymi rzeczami. Uśmiechnąłem się do niego niepewnie, a on puścił mi oczko, przyprawiając mnie tym samym o wypieki na twarzy. Odwróciłem głowę, na chwilę jeszcze jednak zawieszając wzrok na Lou.
Coś w ruchach szatyna podpowiadało mi, że jest bardzo zdenerwowany. Być może były to zbyt szybkie kroki, które stawiał, być może zbyt nerwowe gesty czy sposób, w jaki poderwał z ziemi jeden z kartonów – czułem, że już za chwilę wszystko się posypie i cała spokojna i wciąż jeszcze przyjazna atmosfera, pryśnie jak bańka mydlana.
Nie minęła nawet minuta, gdy Louis, przekraczając zaraz za mną próg domu, zahaczył rękawem o klamkę i tym samym upuścił z głośnym przekleństwem pakunek, który przewrócił się do góry dnem, sprawiając że moje skarpetki i bielizna potoczyły się po całej podłodze i werandzie. Roześmiałem się głośno, wraz z Nickiem, stojącym za naszymi plecami, jednak niebieskookiemu nie było ani trochę do śmiechu. Skrzywił się i nie byłem pewien, czy bardziej wyglądał mi na wściekłego, smutnego, czy po prostu zirytowanego całym zajściem.
- To wszystko jego cholerna wina – warknął, pochylając się, by schować z powrotem moje rzeczy, a potem podniósł głowę, zwracając się do mnie i zupełnie ignorując tym samym fakt, że Grimshaw stał tuż obok niego. – Przepraszam, Harry. Zapraszanie go to był zły, bardzo zły pomysł, zdecydowanie nie na moje nerwy. Teraz, jeśli mi wybaczysz, wezmę swoję auto i pojadę po resztę twoich rzeczy, a…
- Ciota – zakaszlał starszy, uśmiechając się lekko i to wystarczyło. Louis syknął coś niezrozumiałego, a już w następnej sekundzie z rzucił się na niego, zaciskając palce na jego gardle. Wrzasnąłem głucho, próbując ich od siebie odciągnąć, jednak z rozwścieczonym Lou nie było żartów. Chłopak okładał pięściami na ślepo dziennikarza, przeklinając tak, jak jeszcze chyba nigdy, a ja miotałem się między nimi, próbując zmusić go, by natychmiast przestał. Kiedy ten starszy w końcu otrząsnął się z szoku, jakim niewątpliwie był atak niebieskookiego na jego osobę, odsunął go od siebie, mocno odpychając chłopaka w moją stronę, po czym podniósł się chwiejnie, automatycznym ruchem wygładzając swoją koszulę. – Boże, nic dziwnego, że Harry skoczył na bok, jesteś popieprzony – warknął, rozcierając sobie uda, a ja z całej siły chwyciłem Louisa za ramiona, gdy ten po raz drugi chciał się na niego rzucić.
- Nick, natychmiast przestań – oznajmiłem głośno, zerkając na niego gniewnie. Przez twarz mężczyzny przeszły jednocześnie trzy emocje: złość, smutek i zrezygnowanie. Dziennikarz westchnął głośno, kręcąc głową.
- Masz wszystko to, czego chcę – zwrócił się do Louisa, gromiąc go wzrokiem – A tak mało się starasz – dodał, odwracając się na pięcie. Ponownie poczułem, jak szatyn próbuje mi się wyrwać, jednak znów mu na to nie pozwoliłem, blokując mu ramiona. Słyszałem, jak ten przeklina mnie pod nosem, ale byłem od niego silniejszy. Staliśmy więc, obserwując tylko, jak starszy odchodzi, chwilę później wsiadając do swojego samochodu i z głośnym piskiem opon, odjeżdżając. Dopiero wtedy zwolniłem uścisk, z którego ten natychmiast się wyplątał, krzywiąc się i przecierając swoje obolałe nadgarstki.
- Lou… - zacząłem, odwracając się do niego. Wydawał mi się dziwnie skulony, zamknięty na mnie i moje słowa.
- Odwal się, Harry – warknął natychmiast, odgarniając włosy z czoła i odchodząc w stronę kartonów, w dalszym ciągu stojących na podjeździe.


*


Byłem w trakcie wypakowywania ostatnich już rzeczy z kartonu, gdy usłyszałem telefon Louisa i tę charakterystyczną, irytującą melodię, ustawioną tylko na połączenia przychodzące od naszego zarządu. Serce zabiło mi mocniej w klatce piersiowej, bo wiedziałem, że to nigdy nie oznacza niczego dobrego. Trzęsły mi się dłonie, przez cały czas, gdy starałem się spokojnie dokończyć układanie koszulek na półkę, podczas gdy słyszałem zdenerwowany, podniesiony głos Louisa, dochodzący z pokoju obok. Nie mogłem zrozumieć słów, ale wiedziałem, że za chwilę niebieskooki zda mi relację z tego, co usłyszał. Ścisnęło mnie z całej siły w żołądku, kiedy zdałem sobie sprawę, że głos szatyna ucichł. Pięć sekund później, stanął w drzwiach, uśmiechając się do mnie smutno.
- Dzwonił…
- Modest, wiem – dokończyłem za niego, chcąc oszędzić sobie wszelkich wstępów. Lou westchnął głośno, nerwowo skubiąc dolną wargę. Przypominał mi ucznia, który nie przygotował się na odpowiedź ustną.
- Potrzebne im nowe zdjęcia z Eleanor. Mój pieprzony dziadek ma je wstawić, by uciszyć dziewczyny, które nas broniły – powiedział, nie patrząc mi w twarz, na której automatycznie pojawił się zrezygnowany grymas. – To nie wszystko – dodał, zerkając na mnie błyszczącymi, błękitnymi oczami. Uniosłem pytająco brew, bojąc się tego, co usłyszę – Chcą załatwić ci dziewczynę, Harry – powiedział, a ja zamknąłem oczy. – Kiedy to wszystko się w końcu skończy? – rzucił w przestrzeń, przeczesując palcami sterczące na wszystkie strony włosy. Uśmiechnąłem się lekko. Miałem ochotę się rozpłakać, ale moje oczy pozostawały suche.
- Po prostu jedźmy już do tego Keitha i miejmy to za sobą – mruknąłem zmienionym głosem, mijając go i odchodząc w kierunku łazienki.
- Harry – usłyszałem jeszcze za swoimi plecami, jednak nie zamierzałem się odwracać.



*


Tkwiłem w jakimś dziwnym odrętwieniu i nawet widok Eleanor, ubranej tak, by podkreślić jej idealnie wyrzeźbione ćwiczeniami i dietą ciało, nie sprawił, bym poczuł cokolwiek, poza przejmującą pustką. Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie przepraszająco, a ja wzruszyłem jedynie ramionami, siadając na wygodnym, wiklinowym fotelu, obserwując Louisa i jego dziadka, kłócących się wewnątrz domu. Starałem się wyłączyć na ich głosy, jednak ściany były bardzo cienkie, a mój słuch zbyt dobry, by zignorować ich wrzaski.
- Ona jest taką dobrą dziewczyną. Taką śliczna, tak idealnie ułożoną. Dlaczego do cholery nie możesz przynajmniej spróbować jej polubić?! – głos Ketiha przepełniony był desperacją, a ja miałem ochotę zwymiotować. Nienawidziłem w zasadzie całej rodziny chłopaka, ale on był z nich wszystkich najgorszy.
- Lubię ją – uciął szatyn, a ja westchnąłem głośno. Eleanor wyglądała na zmieszaną i z całą pewnością również słyszała ich krzyki. Po raz pierwszy było mi przykro z jej powodu. Nigdy nie chciałem się nad tym głębiej zastanawiać, ale dla niej, zakochanej w Louisie, cała ta sytuacja musiała być także bardzo ciężka. Prawie się do niej uśmiechnąłem, gdy zauważyłem, jak wyciągnęła ze swojej torebki iPoda, zakładając na uszy słuchawki, by odciąć się tym samym od niechcianych słów. Zacząłem żałować, że sam nie byłem na tyle zapobiegliwy, by wziąć ze sobą własny sprzęt grający.
- Dlaczego nie możesz lubić jej tak, jak lubisz tego dzieciaka? – warknął starszy mężczyzna, a obrzydzenie w jego głosie, kiedy wypowiadał dwa ostanie słowa, było aż przesadnie wyraźne. Wzdłuż kręgosłupa przeszły mnie niechciane ciarki i zastanawiałem się, ile jeszcze jestem w stanie wytrzymać.
- Bo jestem gejem! – wydarł się, a ja wciągnąłem głośno powietrzem – GEJEM, czy tak ciężko to zrozumieć? Nie będę z nią, bo jest dzi…
- Twoja matka mówiła, że z nią spałeś – przerwał mu chłodno. Przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza i całą siłą swojej woli powstrzymywałem się przed wtargnięciem do środka. Była ona aż za dobrze znajoma i wiedziałem, że Louis dopiero teraz powie wszystko, co leży mu na sercu. Nie myliłem się.
- To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że kobiety nie są dla mnie. Lubię chłopców, dziadku. Lubię Harry’ego. Lubię go całować i lubię, kiedy on całuje mnie. Lubię mu obciągać i lubię…
- Zamknij się, Louis! – krzyk Keitha był tak donośny, że wzdrygnąłem się automatycznie. – Nie chcę słyszeć już ani słowa więcej – dodał, cichym i przepełnionym jadem głosem, a potem drzwi frontowe otworzyły się. Starszy mężczyzna minął mnie bez słowa, po czym podszedł momentalnie do Eleanor, ściskając lekko jej drobną dłoń i prowadząc ją za talię do ogrodowej huśtawki, w której prawdopodobnie planował zrobić urocze, pokazowe zdjęcie.

Zareagowałem automatycznie, gdy Louis nachylił się do mnie i złożył na moich ustach krótki, ale mocny pocałunek, chwytając moją brodę w szczupłe palce. Uśmiechnął się do mnie delikatnie, podając mi do rak aparat, a ja z cichym westchnięciem, ruszyłem za nim.


_______________________
Przepraszam za spóźnienie. Za wszystkie komentarze serdecznie dziękuję.
Szczęśliwego nowego roku, kochani! Udanej zabawy dzisiaj :)

środa, 25 grudnia 2013

Rozdział osiemnasty

I know what I used to listen
And I know I became dismissive

Wszystkie moje kości strzyknęły głucho, gdy przeciągnąłem się na łóżku, ziewając głośno. Przetarłem zaspane oczy, próbując sprawić, by otworzyły się szeroko, jednak po tak krótkim czasie od przebudzenia, było to bez jakiegokolwiek sensu. Musiało minąć kilka sekund, zanim zorientowałem się, gdzie się znajduję i dlaczego nie spędziłem nocy we własnej sypialni, we własnym łóżku. Uśmiechnąłem się delikatnie, gdy układając się z powrotem na pościeli w drobne kwiatki, którą sam podarowałem Gemmie; tym razem jednak przesuwając się na jej prawą stronę. Pachniała cytrusami, męską wodą kolońską i czymś jeszcze, co uwielbiałem określać po prostu Louisem. Zaciągnąłem się mocno tym cudownym aromatem, przytulając twarz do poduszki, na krótki moment po prostu się w nim zatracając. Gdy jednak zdecydowałem się wreszcie otworzyć powieki, roześmiałem się pod nosem na widok ukochanej filiżanki Louisa, stojącej na szafce nocnej. Poranna herbata była jednym z jego najbardziej uroczych nawyków. Bardzo, tak cholernie mocno mi tego brakowało.
W dobrym nastroju, podniosłem się z łóżka, chwiejnym krokiem ruszając w stronę salonu, w którym spodziewałem się go zastać. Przydługie, szare spodnie od dresu marszczyły się na moich nogawkach, sprawiając, że prawie potknąłem się o własne nogi. Nie myliłem się, był tam i wyglądał tak pięknie, że na moment wciągnąłem głęboko powietrze, po prostu patrząc na niego, zupełnie niezdającego sobie sprawy z tego, że na niego zerkam.
Szczupłe ciało ukrył moim rozciągniętym, granatowym swetrem, tak mocno podkreślającym to, ile w ostatnim czasie schudł. Miał też na sobie jedne ze swoich ukochanych, obcisłych spodni, podwiniętych przy nogawkach. Zastanawiałem się przez chwilę, czy to normalne, że świetnie widoczne kostki przy jego stopach pociągały mnie tak bardzo, ale cholera, wszystko jedno, były po prostu piękne, on cały taki był. Najdłużej jednak przyglądałem się jego twarzy. Bystre, błękitne oczy, otoczone firanką gęstych, ciemnych rzęs, wpatrzone były w ekran laptopa, którego trzymał na kolanach. Westchnąłem głęboko, odrobinę zbyt głośno, zwracając tym samym jego uwagę na siebie.
- Dzień dobry – uśmiechnąłem się do niego szeroko, podchodząc bliżej. Louis odpowiedział tym samym, wyciągając w moim kierunku telefon, w którym szybko rozpoznałem własny. Zmarszczyłem brwi.
- Nick dobijał się do ciebie kilka razy od rana. Zabrałem telefon z sypialni, żebyś mógł się w spokoju wyspać – powiedział spokojnie, a ja wstrzymałem oddech. Już sam fakt, że chłopak nazwał dziennikarza po imieniu sprawił, że delikatnie zadrżałem, neutralny ton jego głosu tylko pogłębił moje zaskoczenie. Musiałem mieć wymowną minę, bo wargi szatyna uniosły się delikatnie, kiedy znów skupił wzrok na swoim laptopie, kontynuując swoją wypowiedź – Chciałbyś się z nim spotkać? – zapytał, a ja zmieszałem się. W głębi serca, wybaczyłem już starszemu mężczyźnie i tęskniłem za jego poczuciem humoru i tym, jak zawsze potrafił mnie pocieszyć i zrozumieć, jednak nie wiedziałem, czy jestem gotowy na to, by przyznać się z tym przed Louisem. Jego opanowanie wydawało mi się bardzo powierzchowne, bałem się, że gdy mu potwierdzę, urządzi mi olbrzymią awanturę.
- Chciałbym trochę odpocząć, ja… - zacząłem, na dobrą sprawdzę nie wiedząc nawet, co chcę powiedzieć – Myślałem, że on i ja…
- Zadzwoń do niego, Harry – przerwał mi, wpatrując się we mnie uważnie oczyma w kolorze letniego nieba. Czułem, jak każdy nerw mojego ciała napina się pod jego pewnym spojrzeniem – Chcę ci zaufać – dodał, przesuwając się wymownie na kanapie, bym mógł obok niego usiąść. Natychmiast to uczyniłem, wtulając się lekko w jego bok. Jego zapach był tak intensywny, że zakręciło mi się w głowie i ledwie zauważyłem moment, w którym chłopak podał mi do ręki mój telefon, spojrzeniem sugerując mi, co powinienem zrobić. To było dziwne uczucie, dzwonić do Grimshawa, czując ramię Louisa, ciasno oplatające moje barki i jego wargi oparte na moim czole.
Brunet odebrał już po pierwszym sygnale, zupełnie tak, jakby wyczekiwał mojego telefonu.
- Cześć Nick – zacząłem niepewnie, uśmiechając się łagodnie, gdy poczułem, jak szatyn składa czuły, delikatny pocałunek w moich włosach. – Przepraszam, że nie odebrałem wcześniej, spałem. Wczoraj wylądowaliśmy bardzo późno i kiedy w końcu trafiłem do własnego łóżka, zasnąłem jak dziecko. – Sam nie wiem nawet, dlaczego tyle mu mówiłem. Dziennikarz sprawiał, że rozwiązywał mi się język, choć jeszcze przecież nie odezwał się do mnie słowem.
- Harry – głos mężczyzny przepełniony był ulgą i nieukrywaną radością. Westchnąłem cicho, gdy wargi Louisa przesunęły się z moich loków na skroń, a później wystające kości policzkowe i szczękę. – Tak się cieszę, że oddzwoniłeś – powiedział, a ja przez sam ton, w jakim wypowiedział te słowa, mogłem wyczuć rozpierającą go od środka radość. Louis zacisnął palce na moim wystającym barku odrobinę mocniej. – Cholera, Styles. Zastanawiałem się, czy nie miałbyś ochoty się ze mną dziś spotkać. Moglibyśmy iść razem na kawę, spokojnie porozmawiać. Oczywiście, jeśli masz na to ochotę – propozycja chłopaka zawisła w powietrzu. Zerknąłem prosto w oczy Lou, który skinął delikatnie głową, wyrażając tym samym niemo zgodę.
- Chętnie, Nick, ja… - W tej samej sekundzie zaczerwienione wargi niebieskookiego odnalazły wrażliwy punkt na mojej szyi i westchnąłem do słuchawki, obserwując, jak na moich ramionach pojawia się gęsia skórka. Klepnąłem delikatnie go w bok, a on uśmiechnął się do mnie wesoło – Przepraszam – odchrząknąłem głośno, zerkając karcąco na Lou, który wyglądał na najbardziej zadowoloną osobę na świecie. – Mógłbym być pod twoim domem choćby zaraz. Co o tym myślisz? – zapytałem, kątem oka obserwując, jak palce szatyna wkradają się pod moją koszulkę. Szalenie delikatne i zaskakująco miękkie opuszki palców zataczały maleńkie kółka wokół moich kości biodrowych, pępka, napiętych od jego dotyku mięśni brzucha… Wciągnąłem głośno powietrze, gdy, niby przypadkiem, zahaczył koniuszkiem paznokcia o moją wrażliwą brodawkę.
- …Harry? – głos Grimshawa dobiegł do mnie jakby z innej galaktyki. Pocałowałem delikatnie czubek nosa szatyna, uśmiechając się do niego wymownie. Ten wzruszył jedynie ramionami, puszczając mi oczko. Cholera, te rzęsy…
- Przepraszam, Nick, zamyśliłem się. Mógłbyś powtórzyć? – zapytałem, odtrącając łagodnie rękę Louisa, którą ten znów próbował wytrącić mnie z równowagi. Chłopak skrzywił się nieznacznie, krzyżując ramiona na klatce piersiowej.
- Powiedziałem tylko, że będę na ciebie czekał – usłyszałem po drugiej stronie słuchawki. Uniosłem delikatnie kąciki warg ku górze.
- W porządku. Będę u ciebie za pół godziny – powiedziałem, kończąc tym samym rozmowę. Zanim jeszcze zebrałem się do garażu, nachyliłem się nad Louisem, składając na jego niecierpliwych wargach długi, czuły pocałunek.



*


Położona w mojej ulubionej dzielnicy Londynu kawiarnia, do której się wybraliśmy, była niedostępna dla ludzi z zewnątrz i paparazzi, a jednak jej przytulne wnętrze dawało mi jakąś namiastkę normalności, za którą tak często ostatnio tęskniłem. Wszystkie meble i ściany były w najróżniejszych odcieniach brązu i beżu, dając tym samym kawiarni ciepłego, nieco rodzinnego klimatu. Stoliki były umieszczone we wnękach, nadających prywatności i oddzielających siedzących przy nich ludzi od innych gości. Wszędzie było mnóstwo roślin, a w powietrzu unosił się zapach świeżo parzonej kawy i dopiero co wyjętego z piekarnika ciasta czekoladowego. 

Trzymałem w dłoniach kubek z moją ulubioną, cytrusową herbatą, podczas gdy Nick dopijał właśnie drugą już z kolei kawę i machał dłonią na kelnerkę, chcąc zamówić następną. Był od niej uzależniony, choć nigdy się do tego otwarcie nie przyznał i tak bardzo przypominał mi pod tym względem Louisa, który przy braku swojego ukochanego napoju dostawał furii, jednak nigdy nie przyjmował do siebie tego, że reaguje przesadnie. Widziałem, że Grimshaw od dłuższego czasu walczył ze sobą, najwyraźniej zastanawiając się, w jaki sposób i czy w ogóle zadać mi jakieś pytanie, więc uśmiechnąłem się do niego zachęcająco, odstawiając duży, porcelanowy kubek na przykryty obrusem w kolorze mlecznej czekolady, stolik.
- Jak bardzo spieprzyłem ci życie? – zapytał w końcu, a ja westchnąłem głęboko, zanim zdecydowałem się odpowiedzieć. Szukałem w głowie odpowiednich słów, starając się nie zrzucać całej winy na niego samego.
- Sam je sobie spieprzyłem – skwitowałem, zanim zdecydowałem się kontynuować - Jestem pewien, że to prędzej czy później i tak by się wydało, ale może gdyby Louis dowiedział się o tym w inny sposób… Może zareagował by trochę lepiej. Nick, ja jeszcze nigdy nie widziałem go w takim stanie. Boże, on się na mnie rzucił i wcale przy tym nie żartował. Przysięgam, byłem pewien, że mnie zamorduje Nie wiem, jak by się to skończyło, gdyby nie interwencja Liama. Ale później było z nim jeszcze gorzej.
- Boże, Harry… - przerwał mi, jednak uniosłem do góry dłoń, chcąc, by pozwolił mi dokończyć. Natychmiast zamilkł, wpatrując się we mnie uważnie zza długich, naturalnie podkręconych rzęs.
- Unikał mnie jak ognia. Za nic w świecie mnie do siebie nie dopuszczał, nie chciał ze mną rozmawiać. Codziennie za to wysłuchiwaliśmy skarg na jego głośne zachowanie, gdy upijał się w swoim pokoju. Naprawdę, nie jestem w stanie logicznie wytłumaczyć ci, w jaki sposób się z tego wszystkiego podnieśliśmy. Ogromną rolę miała w tym Gemma, ale dobrze wiesz, jaka ona jest – powiedziałem, posyłając mu znaczące spojrzenie. Mężczyzna uśmiechnął się w odpowiedzi, przytakując mi gestem – W każdym razie, kiedy między nami zaczynało się układać, pojawiła się ta cholerna Calder i jej wymyślona ciąża.
- Co?! – Nick wyglądał na równie zaskoczonego, co zniesmaczonego. Pokiwałem głową, dokańczając myśl.
- Wmawiała nam, że jest w ciąży z Louisem i kurwa, byłem w stanie go zostawić, byleby mógł wychowywać tego dzieciaka z nią w normalnej rodzinie, jeśli mogę to tak w ogóle nazwać – westchnąłem – Ale Gemma znów wybawiła nas z opresji, podsuwając jej test ciążowy i demaskując oszustwo. Cholera, nie wiem, gdzie teraz bym bez niej był, ale z całą pewnością już dawno straciłbym Lou. Teraz jest między nami w porządku, myślę, że będzie się układać coraz lepiej. Wrócił do mojego domu – dodałem, uśmiechając się delikatnie. Nick wziął głęboki oddech, przygryzając lekko pełną, dolną wargę. - Teraz szukamy dla siebie czegoś nowego.
- Twoje szczęście jest dla mnie najważniejsze – powiedział powoli, przesuwając w palcach pierścionek, który kilka sekund wcześniej zsunął z jednego z nich. – Ale nigdy nie przestanę uważać, że zasługujesz na kogoś lepszego, niżeli Tomlinson – dodał, a ja niemalże uśmiechnąłem się, słysząc, z jaką pogardą wypowiedział ostatnie słowo.
- Nie znasz go, Nick. W ogóle go nie znasz – powiedziałem, chwytając wciąż jeszcze ciepły kubek w lewą dłoń i wypijając herbatę do końca.
- Być może nigdy tak naprawdę nie chciałem go poznawać – mruknął, zamyślając się. Spróbowałem delikatnie unieść kąciki warg, jednak na mojej twarzy pojawił się jedynie niezrozumiały grymas. – Lepiej mi, kiedy mam go za rozpuszczonego dupka – powiedział po chwili, a ja roześmiałem się, w czym szybko mi zawtórował. Nie chciałem tego dłużej ciągnąć.
Spędziliśmy w kawiarni jeszcze kolejne dwie, a może i trzy godziny, wygłupiając się i rozmawiając na luźniejsze tematy. Cało napięcie, jakie się między nami wytworzyło i trudny do przeskoczenia dystans, zniknęły bezpowrotnie. Tak dobrze było znów mieć go przy sobie.



*



Kiedy przekroczyłem próg naszego domu i zobaczyłem minę Louisa, stojącego w kuchni z telefonem w ręku, wiedziałem, że wyjście z Nickiem było złym pomysłem. Nie wyglądał na zdenerwowanego, jednak rysy jego twarzy były zaostrzone, a on sam jakby zapadł się w sobie. Był zwyczajnie smutny, a ja nie mogłem znieść myśli, że to wszystko moja wina.
Podszedłem do niego, oplatając ramionami jego ciało, po raz kolejny tego dnia zaciągając się jego zapachem. Chłopak uśmiechnął się lekko, gdy złożyłem delikatny pocałunek na jego szczęce. Czajnik, który ten wcześniej wstawił, wydał z siebie charakterystyczne pyknięcie, oznaczające, że woda zaczęła wrzeć.
- Przepraszam, że z nim wyszedłem, Lou. Nie chciałem, żeby było ci przykro – wyrzuciłem z siebie, obserwując, jak ten spokojnym, wyuczonym ruchem zalewa torebkę z herbatą. Uśmiechnął się do mnie lekko.
- To nie z tego powodu mam kiepski humor – powiedział spokojnie, sięgając ręką po cukierniczkę. Louis robiący herbatę był fascynującym zjawiskiem. Wyglądał wtedy tak, jakby wykonywał jakiś tylko sobie znany rytuał i w zasadzie, być może właśnie tak było. – Chodzi o mojego dziadka, Hazz – wytłumaczył szybko, a ja uniosłem pytająco brew, zachęcając go do dalszych zwierzeń. - Boże, mam już dosyć całej mojej rodziny, ale Keith jest z nich wszystkich najgorszy – warknął, chwytając w dłoń porcelanę i siadając przy stole. Zająłem miejsce obok niego, słuchając go uważnie. - Znów wdał się w niepotrzebną kłótnię na twitterze z jakąś biedną larry shipper. Cholera, nie mogę uwierzyć w jego bezmyślność. Czy on naprawdę sądzi, że jeśli milionowy raz zaprzeczy temu, że jestem gejem, naprawdę przestanę nim być? Kurwa, nie mogę się doczekać, aż znów zapyta mnie, dlaczego nie obserwuję go na tym idiotycznym portalu, przysięgam, że…
- Lou, spokojnie – przerwałem mu, przykrywając jego drżącą dłoń swoją własną. – Szkoda twoich nerwów. On był taki od zawsze i nic tego nie zmieni, nic na to już nie poradzisz, nawet jeśli bardzo tego chcesz – dodałem, zerkając na jego zaczerwienioną ze złości twarz. Chłopak westchnął głośno.
- Najbardziej boli mnie fakt, że zmanipulował mamę. Cholera, ona cię uwielbiała, Harry, a teraz nie może znieść nawet twojego imienia, od kiedy ubzdurała sobie, że mógłbym mieć kobietę. Nie przerywaj mi. – Dodał, widząc, że już otwieram usta, by się wypowiedzieć – To okropne, mieć świadomość, że nie możesz być sobą nawet przy swojej rodzinie. Całe szczęście, że twoja mama mnie tak kocha, nie wiem, jak bym sobie bez niej poradził – westchnął, chowając twarz w dłoniach. Próbowałem je od niej odciągnąć, jednak jego ręce były jak z marmuru. – Daj mi teraz spokój, Harry, dobrze? Poczekaj na mnie w sypialni. Potrzebuję pobyć chwilę sam – wymruczał, wyganiając mnie, gdy ponownie chciałem zmusić go, by na mnie spojrzał. Zrezygnowany, westchnąłem, wychodząc z kuchni.



*



Sam nie wiem nawet kiedy zasnąłem, ale gdy po jakimś czasie obudził mnie czuły pocałunek we włosy i zorientowałem się, że zostałem pozbawiony spodni i koszulki, zdałem sobie sprawę, że przespałem całą noc. Chłopak nie wydawał się być jednak zły, wręcz przeciwnie, przywitał mnie jeden z najpiękniejszych uśmiechów, jakie dane mi było w życiu zobaczyć. Był bardzo podekscytowany i ze zdziwieniem odkryłem, że założył na siebie jedną ze swoich ukochanych, dość eleganckich koszul.
- Co się dzieje, Lou? – zapytałem, podnosząc się leniwie z łóżka. Kąciki ust szatyna uniosły się tak wysoko, że wydawało mi się to wręcz groteskowe.
- Kupiłem nam dom, Harry – oznajmił, chwytając mnie w ramiona. Zmarszczyłem brwi, cały sztywniejąc. Nie byłem zachwycony tą informacją. Skrzywiłem się nieco, zanim zdecydowałem się coś powiedzieć.
- Myślałem, że to ma być wspólna decyzja, nie twoja własna – warknąłem chłodno, jednak to go zupełnie nie zraziło. Pogładził wierzchem dłoni mój policzek, łapczywie biorąc powietrze w płuca.
- Nie bądź na mnie zły, Hazz. Jestem pewien, że się w nim zakochasz – powiedział, podchodząc w stronę mojej szafy i rzucając we mnie spodniami i jedną z ładnych, bawełnianych koszulek. – A jeśli nie, możemy odstąpić od umowy w ciągu miesiąca. Ubieraj się, chcę móc ci pokazać nasze nowe mieszkanie! – zawołał entuzjastycznie, ostentacyjnie machając kluczykami od auta w moim kierunku.


*



- Chryste Lou, daleko jeszcze? – zapytałem, gdy zauważyłem, że wyjechaliśmy poza granice Londynu, miasta, które kochałem ponad wszystko. Wyprowadzka z niego wcale mi się nie podobała, skrzywiłem się więc delikatnie, choć próbowałem z całych sił nie nastawiać się negatywnie. Chłopak uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi, włączając radio. Mruczał bezmyślnie jedną ze swoich ukochanych piosenek The Fray, tą sama, za którą w zasadzie nie przepadałem, podczas gdy ja obserwowałem zmieniające się widoki zza okna. Zastanawiałem się, co takiego wspaniałego było w tym domu, co sprawiło, że Louis zdecydował się kupić go właściwie w ciemno, nie trudząc się nawet, by go zwiedzić. Cóż, im dłużej się nad tym głowiłem, tym bardziej byłem pewien, że stawił się w nim, podczas gdy ja wyszedłem do kawiarni z Grimshawem. Cholerny zdrajca.

Minęło jeszcze pięć, ciągnących się godzinami minut, zanim szatyn zatrzymał w końcu auto, gdzieś pośrodku lasu, w samym centrum niczego. Zgasił silnik, odpiął pasy i wyszedł, uśmiechając się do mnie ciepło przez przednią szybę. Wysiadłem z samochodu, pospiesznie zawiązując sobie na szyi gruby, czarny szal, który zdjąłem wcześniej z powodu ogrzewania i momentalnie ukryłem w nim nos. Była już późna jesień, na dworze zaczynało się robić z dnia na dzień coraz zimniej, a ja zawsze byłem okropnym zmarzluchem. Patrzyłem na niego z niedowierzaniem, bez trudu orientując się, że znajdujemy się na podjeździe. Cholernie długim podjeździe. Dom, który z wysiłkiem dostrzegłem na horyzoncie, był z obecnej perspektywy wielkości paznokcia. Ku mojemu zdziwieniu, chłopak wplótł swoją dłoń w moją własną. Automatycznie ją puściłem, rozglądając się nerwowo. Czułem się jak zaszczuty pies, ale przecież każdy mógł nas śledzić. Paparazzi nawet teraz mogli obserwować nas zza drzew tego młodego, pachnącego mchem i mokrą kora, lasu. Niebieskooki nie dawał jednak za wygraną, ponownie chwytając mnie za rękę. Zerknąłem na niego pytająco.
- Nasze, Harry. To wszystko jest nasze. Nikt nie ma tutaj wstępu – oznajmił spokojnie, uśmiechając się lekko na widok mojej zaskoczonej miny. – Moglibyśmy od razu podjechać pod sam dom, ale chciałem pokazać ci najpierw to miejsce – dodał, rozpościerając szeroko ręce. Pokręciłem z niedowierzaniem głową, jednocześnie rozumiejąc, co miał na myśli. Bardzo trudno było mi sobie wyobrazić, że miejsce, w którym obecnie się znajdywałem, jest położone tak blisko głośnego, ruchliwego miasta jakim jest Londyn. Młody, jeszcze całkiem niski lasek pachniał świeżością i przez moment wyobraziłem sobie, jak cudownie by się po nim biegało z samego rana…
- Od kiedy jesteś romantykiem? – zapytałem po dłużej chwili milczenia, nachylając się do niego i całując ostrożnie lewy kącik jego warg. Szatyn uśmiechnął się delikatnie w odpowiedzi, a potem uścisnął mnie mocno, nim ponownie otworzył auto, gestem ręki mnie do niego zapraszając. Wsiadłem bez słowa, nie trudząc się nawet, by zapiąć pasy.
Im mniej dzieliło mnie od kupionego przez niego domu, tym szybciej biło mi serce, a kiedy w końcu, sam już nawet nie wiem, po jakim czasie, stanąłem na pierwszym stopniu werandy dużego, nowoczesnego, a jednocześnie cudownie swojskiego domu, pomalowanego na czekoladowy brąz i z wydawać by się mogło, tysiącem okien. Jedyne, co wydostało się z moich ust, to głuche westchnięcie, bo malownicza posiadłość ze ścianami imitującymi drewno była ostatnim, czym się spodziewałem. Oczy Louisa zaświeciły się, gdy wyciągnął z kieszeni płaski, podłużny klucz, otwierając tym samym z cichym skrzypnięciem drzwi frontowe.

W domu było zaskakująco jasno. Ta idiotyczna myśl pierwsza przyszła mi do głowy jako pierwsza, gdy wreszcie przekroczyliśmy próg domu, ale najzwyczajniej w świecie nie spodziewałem się tego po budynku, znajdującego się gdzieś w głębi lasu. 

Rozumiałem już, dlaczego Louis tak bardzo się w nim zakochał. Sufit umieszczony został wysoko nad naszymi głowami i był niemal całkowicie przeszklony. Niebo nad nami zdawało się być namalowane. Wnętrza były urządzone bardzo nowocześnie, ale jednocześnie przytulnie. Panele wykonane z ciemnego drewna idealnie kontrastowały z białymi, puszystymi dywanami, jakie zostały na nich położone. Miałem wrażenie, że cały świat wiruje pod moimi stopami. Nie mogłem uwierzyć, że wszystko na co patrzę, jest teraz moje. Nasze.
- Poczekaj, aż zobaczysz resztę domu – mruknął mi wprost do ucha, a ja wstrzymałem powietrze, uśmiechając się w jego kierunku. – Ktoś stworzył go specjalnie dla nas – dodał, a ja nie mogłem się z nim nie zgodzić.

 __________________________________
 Kilka spraw organizacyjnych.
1. Tym rozdziałem zaczynamy powoli odchodzić od interpretowania rzeczywistości. W kolejnych rozdziałach większość wydarzeń będzie oparta już tylko i wyłącznie na mojej wyobraźni, jedynie z elementami z prawdziwego życia chłopców.
2. Mam już rozpisane całe opowiadanie, aż do końca. Przed nami (nie wliczając tego) jeszcze cztery rozdziały i epilog.  
3. Przepraszam za tyle fluffu w tym rozdziale. Nie wiem, czy to was ucieszy, czy zmartwi - w kolejnych rozdziałach to zdecydowanie się zmieni.
4. Chciałabym Wam wszystkim życzyć cudownych, rodzinnych świąt! Cieszcie się wolnym, wyśpijcie się za wszystkie czasy. Mam nadzieję, że dostaliście dziś (a raczej wczoraj) wymarzone prezenty pod choinkę. Za wszelkie komentarze bardzo dziękuję! :)

sobota, 21 grudnia 2013

Rozdział siedemnasty

 
My God, amazing how we got this far
It's like we're chasing all those stars


Od dziecka nie potrafiłem dobrze znosić pożegnań. Kiedy moja siostra wyjechała z przyjaciółkami na swoje pierwsze, nastoletnie wakacje pod namiot, zostawiając mnie z mamą i ojczymem w domu, płakałem bez przerwy przez trzy dni. Chociaż miałem wtedy skończone trzynaście lat i byłem już całkiem dojrzały, jak na swój wiek, żadne słowa i zapewnienia Gemmy czy rodziców nie potrafiły mnie uspokoić. Bałem się, że odejdzie na zawsze i nas zostawi, tak jak kiedyś zrobił to nasz biologiczny ojciec i żadne logiczne argumenty do mnie nie docierały. Przez jakiś czas po jej powrocie znad morza nie byłem w stanie jej zaufać i złościłem się za każdym razem, gdy próbowała opowiedzieć mi jakąś zabawną historię z wakacji.
Kiedy rok później pożegnałem swojego ukochanego psa, Anne wielokrotnie musiała zmuszać mnie, bym przestał przesiadywać w jego legowisku, którego nie pozwoliłem jej wyrzucić; czekając, aż wróci. ­­Miałem też nieznośny nawyk ciągłego wołania go i wpadałem w histerię za każdym razem, gdy ktoś uświadamiał mnie, że Bean już nigdy nie przybiegnie do mnie z potarganą sierścią i wywieszonym językiem. Długo musiałem się przyzwyczajać do myśli, że już go nie ma i w zasadzie gdyby nie fakt, że niezawodna Gemma przyniosła mi któregoś sierpniowego dnia do pokoju małego, czarnego kota, który jak nikt inny potrzebował mojej miłości i opieki, pewnie opłakiwałbym go do dziś.
Zawsze byłem nad wyraz wrażliwy i nieco kobiecy pod względem emocjonalnym. Kiedy byłem zaledwie kilkuletnim chłopcem, moja babcia czasem się śmiała, że ja i Gemma powinniśmy zamienić się ciałami. Zwykle obrażałem się wtedy na nią, odchodząc do swojego pokoju czy chowając się za szczupłymi nogami mojej mamy; teraz jednak wiem, że miała stuprocentową rację.
Ostatni koncert trasy Take Me Home wydawał się być czymś nierealnym. Przyzwyczaiłem się już do właściwie codziennych występów przez tłumem kilku tysięcy fanek i myśl, że wracam do domu wydawała mi się nieprzyjemna i dziwna. Wszystkie piosenki każdy z nas śpiewał zdecydowanie staranniej i bardziej emocjonalnie, niż zazwyczaj, bo gdzieś w naszych głowach tkwiła świadomość, że śpiewamy je w takim zestawie po raz ostatni. Być może jeszcze kiedyś wykonamy którąś z nich na jakimś koncercie czy rozgrzewce przed nim, jednak nigdy więcej nie powtórzymy repertuaru, z jakim występowaliśmy przez rok. Ta świadomość była dziwnie bolesna i ciążyła na moim umyśle prawie z taką samą siłą, jak śmierć małego Beana, choć były to zupełnie nieporównywalne rzeczy. Nie rozumiałem tego, nie rozumiałem swoich odczuć. Nie traciłem przecież czegoś materialnego, zyskiwałem za to kilka miesięcy (bardzo względnego) spokoju. Występy w nowo zaplanowanej trasie były na ten moment rozpisane już prawie do końca 2014 roku. A mimo to, w moich oczach kręciły się łzy, gdy cała nasza piątka uścisnęła się mocno, zakańczając tym samym ostatni koncert Take Me Home. Nie umknęło to uwadze Liama, który chwycił mnie w swoje ramiona jakiś czas później, gdy z ponurą, nieco przygaszoną miną, wciągałem na siebie świeżą, pachnącą proszkiem do prania koszulkę.
- Syndrom Bean’a? – zapytał, ściskając mnie mocno, a ja odetchnąłem z ulgą, bo nikt nie przytulał tak, jak on. Wszyscy w zespole znali tę historię i w ten sposób zawsze nazywaliśmy stan, w którym jest nam przykro z powodu końca czegoś albo gdy zwyczajnie musieliśmy się ze sobą pożegnać, nawet jeśli było to tylko kilka dni. Kiwnąłem więc lekko głową, w duchu zastanawiając się, kiedy ramiona Payne’a rozrosły się do takich rozmiarów. – Daj spokój, stary – mruknął, przyciągając mnie do swojej klatki piersiowej jeszcze bliżej, o ile to w ogóle było możliwe – Pomyśl lepiej o Halloweenowej imprezie, która nas czeka za kilka godzin. Wybrałeś już strój? – zapytał, a ja uśmiechnąłem się szeroko na samą myśl.



*



 - Kurwa, Styles, chyba sobie żartujesz – tubalny śmiech Nialla zagłuszył cichy głos naszej stylistki, rozmawiającej z kimś przez telefon. Dziewczyna skrzywiła się, wyciągając w naszą stronę środkowy palec; kilkanaście sekund wcześniej prosiła nas o to, byśmy pozostali cicho. – Naprawdę chcesz tak wyjść do ludzi? – zapytał głośno, a przez jego pomalowaną na biało twarz przebijał się czerwony kolor, gdy próbował złapać oddech.
- To nasza impreza, możemy robić to, co chcemy* - zanuciłem w odpowiedzi, wyginając się zabawnie w małym piruecie. Klepnąłem się w pośladki, puszczając do niego oczko. Alkohol, który zdążyłem wypić w czasie przygotowań, sprawiał, że wirowało mi w głowie.
- Tommo cię widział? – zapytał blondyn, zwijając się ze śmiechu. Pokręciłem przecząco głową, pochylając się, by dmuchnąć do niego zalotnego całusa. W tym samym momencie do pomieszczenia weszła przebrana za zombie Gemma i Liam w stroju piłkarskim. Oboje zareagowali na mój widok tak samo, zakrywając sobie usta dłońmi. Niall parsknął jeszcze głośniej, rozmazując sobie farbę w okolicach ust. Mrugnąłem do nich jedynie wesoło, a sekundę później usłyszałem szaleńczy chichot mojej siostry, gdy ta wreszcie wyszła z szoku, w jaki wprawiła ją moja kreacja. Zirytowana naszym zachowaniem Lou wyszła, w dalszym ciągu rozmawiając przez telefon i ostentacyjnie trzaskając drzwiami.
- Cholera, jeśli po tym ktokolwiek spróbuje wmówić mi, że jesteś hetero… - Liam wydawał się tkwić gdzieś między rozbawieniem, a zniesmaczeniem, zerkając kątem oka na moje obcisłe, sylikonowe majtki w kolorze skóry. – Miley Cyrus, naprawdę? – pokręcił głową z niedowierzaniem, a ja wystawiłem język, w tak charakterystycznym dla tej piosenkarki geście. Wszystko wydawało mi się nagle być proste i zabawne. Gdzieś z tyłu pokoju usłyszałem stuknięcie otwieranych drzwi, gdy te uderzyły z impetem w ścianę, a potem prawdziwy wybuch śmiechu blondyna, gdy wśród nas pojawił się jeden z ochroniarzy, przebrany za Robina Thicke. Boże, nie mogłem uwierzyć w to, że udało mi się go do tego namówić. Z radością podbiegłem do niego, ściskając go mocno w pasie, na co ten odsunął mnie od siebie jedną ręką. Wszyscy bawiliśmy się cudownie, choć był to dopiero początek naszej nocy, która na dobrą sprawę miała zacząć się dopiero w klubie. Nie zauważyłem momentu, w którym moja siostra włączyła telewizję, ustawiając jakąś tokijską stację muzyczną. Patrzyła zamglonym spojrzeniem na teledysk, kołysząc biodrami w rytmie piosenki, która akurat leciała, a której ja sam nie potrafiłem rozpoznać. Blondyn i szatyn pili w najlepsze szampana, siedząc wygodnie na ogromnej kanapie, coraz to głośniej opowiadając sobie sprośne żarty i dziwne historie z ich życia. Zachichotałem cicho, gdy do moich uszu dotarła jedna z opowieści o fankach, z którymi Horan był zmuszony zrobić sobie zdjęcie.
- Cholera Li, była dwa razy większa ode mnie i cuchnęła potem gorzej niż Louis po koncercie – wyrzucił z siebie, na co ten otworzył z niedowierzaniem usta, a ja skrzywiłem się lekko. - Bałem się, że mnie pobije, jeśli jej odmówię, więc bez wahania się zgodziłem. Do dziś czuję na sobie jej zapach… – dokończył, a ja zaśmiałem się gardłowo. Bez wahania nachyliłem się i wyciągnąłem z barku kolejną butelkę drogiego alkoholu, mocując się przez chwilę z jej zakrętką, gdy dostrzegłem, że drzwi od pokoju otworzyły się, a za plecami naszej makijażystki, która w końcu do nas wróciła, rozpoznałem Louisa i Eleanor.
Zacisnąłem momentalnie dłonie w pięści, ze złości na widok ich pasujących do siebie strojów i malowideł na twarzy, w których rozpoznałem dzieło blondwłosej stylistki. Nie mogłem uwierzyć, że się na to zgodziła. Bez słowa odwróciłem się do nich plecami, by nie musieć ich oglądać i pociągnąłem z butelki duży haust alkoholu, próbując tym samym uspokoić wściekłość, płynącą w moich żyłach. Warknąłem coś krótko do Lou, gdy ta krótką chwilę po tym chciała poprawić jeden z koczków na mojej głowie, który wykonała wcześniej, sprawiając, że ta momentalnie cofnęła drobną dłoń, odsuwając się. Zupełnie zignorowałem Louisa, gdy ten kilka sekund później podszedł do mnie, kładąc mi na ramieniu dłoń. Strzepnąłem ją bez słowa, chwiejnym krokiem udając się do naszego ochroniarza, który z szerokim uśmiechem na twarzy wyjął z plastikowej torebki ogromną, piankową rękawiczkę, stanowiącą dopełnienie mojego stroju. Zamierzałem się dobrze bawić i nie chciałem pozwolić na to, by brać jakikolwiek udział w tej całej farsie związanej z Eleanor. Kiedy dwadzieścia minut później wczołgiwałem się do taksówki, mężczyzna z zarządu szepnął mi do ucha, bym trzymał się z daleka od Tomlinsona, a ja kiwnąłem jedynie głową, nie próbując nawet się sprzeciwić.  


 
*



- Boże, Harry, tyle czasu cię wszyscy szukamy – zmartwiony głos Zayna dochodził do mnie z daleka, zupełnie tak, jakby chłopak stał za szybą, choć wyraźnie czułem jego dłonie na swoich plecach i lewym biodrze, które ten przytrzymywał mocno, podczas gdy ja wyrzucałem z siebie kolorowe drinki, opierając łokcie na chłodnej, porcelanowej desce toaletowej. Wirowało mi w głowie i nie umiałem przypomnieć sobie nawet, jak się tutaj znalazłem. Straciłem Louisa z oczu dobre dwie godziny temu, podobnie zresztą jak Gemmę, Nialla i resztę. Ostatni raz, gdy niebieskooki był w zasięgu mojego wzroku, obejmował ramieniem swoją nieprawdziwą dziewczynę, pozując do zdjęcia. Uczciłem to potrójną kolejką wódki mandarynkowej, palącą mnie boleśnie w gardło, lądując w silnych ramionach jednego z gości.
Dziękowałem losowi, że krótko po moim spektakularnym przybyciu do łazienki, znalazł mnie w niej Malik, bo nie umiałem sobie wyobrazić, że udaje mi się z niej wyjść o własnych siłach. Szukanie kogokolwiek w takim stanie wydawało mi się zupełnym absurdem. Nie potrafiłem rozpoznać nawet własnego odbicia w lustrze – No dalej stary, pozbądź się tego – powiedział cicho, krzywiąc się nieznacznie, gdy po raz kolejny zwymiotowałem, tym samym spełniając jego prośbę. Paskudne torsje wstrząsały całym moim ciałem, a z oczu automatycznie popłynęły mi łzy z wysiłku. Gdy tylko odsunąłem twarz od toalety, opierając zmęczoną, ciężką głowę, w której wciąż wirowało o ścianę, chłopak nacisnął bez słowa spłuczkę, by choć odrobinę zneutralizować nieprzyjemny, kwaśny odór wymiocin, unoszący się w powietrzu. – Jezu, Styles, coś ty narobił. Zdajesz sobie sprawę z tego, że za godzinę przyjedzie po nas bus, który odwiezie nas na lotnisko? Musisz być względnie trzeźwy, inaczej nie wpuszczą cię do samolotu – westchnął, a ja jęknąłem głośno, ukrywając twarz w dłoniach. Cały się trząsłem i nie wiedziałem, czy z zimna, czy po prostu z nadmiaru promili we krwi. Ostatnie, co jestem w stanie sobie przypomnieć, to chwila, w której ciemnoskóry podnosi moje bezwładne ciało z podłogi, mówiąc do mnie coś niezrozumiałego o naszym ochroniarzu.



*



Naprawdę się przestraszyłam i momentalnie wytrzeźwiałam, gdy wszyscy po jakimś czasie uzmysłowiliśmy sobie, że Harry zniknął i żaden z nas nie zorientował się, w jakim momencie się to stało. Louis, który przez cały czas wypił zaledwie jedno piwo, dosłownie wychodził ze skóry, pytając o niego znajdujących się wokół nas ludzi, wołając go. Każdy jednak był zbyt pijany albo po prostu zbyt zajęty sobą, by przejąć się jego osobą, a krzyki szatyna zagłuszała głośna muzyka i odgłosy otaczającego nas tłumu. Tomlinson miotał się panikując po klubie, powtarzając w kółko, że to wszystko jego wina i że powinien był postawić się zarządowi. Nie dało się go w żaden sposób uspokoić, dlatego oboje niemalże popłakaliśmy się z ulgi, na widok machającego do nas Zayna. Podbiegliśmy do niego momentalnie, a ja skrzywiłam się na widok Harry’ego, którego ten trzymał mocno za biodra. Chłopak dosłownie przelewał mu się przez palce, nie mając zupełnie kontroli nad swoim ciałem. Jego oczy były zamglone i nie odpowiadał na zadawane mu przez Louisa pytania, w zasadzie zdawał się w ogóle nie zdawać sobie sprawy z jego obecności. Ciemnoskóry chłopak podał ostrożnie mojego pijanego brata w ramiona niebieskookiego.
- Wymiotował sześć razy – skwitował, krzywiąc się. – Nie jestem pewien, czy w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, kto mu pomaga. W ogóle się do mnie nie odzywał – mruknął, patrząc na bruneta ze współczuciem. Cholera, czułam, że zawiodłam jako siostra. Powinnam go pilnować. W chwili, gdy o tym pomyślałam, moje słowa wypowiedział na głos Louis.
- Powinienem go pilnować – jęknął, przyciskając do siebie mocno bezwładnego chłopaka. – Zayn, będę potrzebował pomocy z wniesieniem go do vana – dodał, a chłopak kiwnął jednie głową. Harry zdawał się w ogóle nie zdawać sprawy z tego, że o nim rozmawiamy. Westchnęłam głośno, kręcąc z niedowierzaniem głową.



*



 Kiedy wytrzeźwiałem na tyle, by móc świadomie rozmawiać z ludźmi i utrzymywać ciało w pionie, znajdowałem się na lotnisku, ułożony wygodnie na jednej z ławek w poczekalni, przykryty granatowym kocem Gemmy. Znajomy zapach podpowiadał mi, kto jest obok, a sekundę później zorientowałem się, że Louis trzymał w dłoni moją własną, zupełnie nieświadomie bawiąc się moimi palcami. Uśmiechnąłem się delikatnie, ściskając jego rękę. Zerknął na mnie powoli i westchnął z ulgą na widok moich otwartych, uważnie wpatrzonych we niego oczu. Pocałował delikatnie czubek mojej głowy.
- Nareszcie, Harold. Czekają na nas od dwóch godzin – mruknął, podnosząc się i składając ściągnięte ze mnie, polarowe przykrycie. Doceniłem w duchu to, że słowem „nas” uniknął zarzucania mi czegokolwiek i obwiniania mnie za opóźnienie lotu. – Nie chcieli cię wpuścić na pokład w takim stanie, ale w zasadzie wcale im się nie dziwię. Byłeś absolutnym trupem, Harry, w ogóle nie kontaktowałeś. Baliśmy się, że z twoim mózgiem stało się coś złego, ale Gemma uświadomiła nas, że nie mamy o co się bać - zaśmiał się, a ja mimowolnie westchnąłem głośno. - Chodź – dodał wesoło, chwytając mnie lekko w talii i pilnując, bym o nic się nie potknął, poprowadził mnie w kierunku prywatnego samolotu, którym mieliśmy wracać do Londynu.


*



Cholera, nienawidziłem spędzać tak długiego czasu w podróży. Kiedy po ponad dwudziestu godzinach spędzonych w samolocie w końcu wylądowaliśmy, miałem ochotę całować ziemię, na której postawiłem ścierpnięte stopy. Cudownie było w końcu móc rozprostować kończyny, spuchnięte od tak długiego siedzenia w jednej pozycji. Zaspany i zmęczony, starałem się nie skrzywić na widok mojej siostry, przytulającej mocno Nialla, całą swoją uwagę skupiając na dłoni, zaciśniętej zbyt mocno na uchycie mojej torby. Louis zniknął mi gdzieś, najprawdopodobniej udając się do toalety. Chłopak wielokrotnie powtarzał wszystkim, że nienawidzi zaspokajać swoich potrzeb fizjologicznych w środkach transportu. Zaśmiałem się cicho, wspominając jego zmartwioną minę, gdy dowiedział się, że będziemy w powietrzu prawie dobę, bez żadnej przerwy.

Pomachałem dłonią w stronę Gemmy, przywołując ją tym gestem i chwilę później dziewczyna uśmiechnęła się do mnie lekko, podchodząc do mnie zgrabnym, nieco szybszym niż zwykle krokiem i zabierając mi z dłoni swoją walizkę. Spojrzałem na nią pytająco, niczego nie rozumiejąc.
- Nie wracasz ze mną? – zapytałem zdezorientowany, bojąc się jej odpowiedzi.
- Nie, Harry – odpowiedziała, a ja poczułem się tak, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Otworzyłem usta, próbując ułożyć sensownie brzmiące pytanie, kiedy puzzle w mojej głowie stworzyły całość.
- Nie wyrażam zgody – warknąłem, zakładając ręce na klatkę piersiową. Spojrzałem na nią wyniośle, starając się zachować spokój, choć irytacja rozsadzała mnie od środka. Szatynka uniosła pytająco brwi, wyraźnie zaskoczona moją reakcją. – To, że zgodziłem się zaakceptować ten wasz idiotyczny związek, nie znaczy, że pozwolę ci się teraz do niego wprowadzić! – oznajmiłem głośno, krzywiąc się. Z twarzy mojej siostry zniknęły wszelkie kolory. Była przerażająco blada, a swoje wąskie wargi zacisnęła w prostą linię. Byłem niemalże pewien, że policzyła w myślach do dziesięciu, zanim spokojnym, przepełnionym ironią głosem, odezwała się.
- Jesteś najgorszym bratem na świecie, Harry – warknęła, kręcąc głową, po czym odwróciła się do mnie plecami, odchodząc. Poczułem niemiły ucisk w klatce piersiowej. W zasadzie wolałbym się z nią teraz pokłócić. Nienawidziłem, kiedy odprawiała mnie w ten sposób, sprawiając, że czułem się winny, choć to nie ja zrobiłem coś złego. Odczekałem chwilę, obserwując, jak ta udaje się w stronę toalet, po czym ruszyłem w kierunku blondyna, próbując opanować rosnącą we mnie wściekłość.
- Niall – zacząłem chłodno, a ten zerknął na mnie zaskoczony, nie rozumiejąc mojego tonu. – Związek to jedno, a mieszanie razem to drugie – warknąłem, mierząc go ostrym spojrzeniem. – Nie zgadzam się na to, rozumiesz? – dodałem.  Chłopak nie zmienił jednak zupełnie wyrazu twarzy, z której nie znikało zaskoczenie i niezrozumienie.
- Nie wiem, o czym mówisz, Harry – powiedział, marszcząc brwi. – Więc może mnie oświecisz, zamiast wrzeszczeć na mnie na środku lotniska?
- Nie chcę, żeby Gemma się do ciebie wprowadzała – wyrzuciłem z siebie, krzyżując ramiona na piersi. Blondyn roześmiał się cicho, sprawiając, że zirytowałem się jeszcze bardziej. – Co jest takie zabawne? – zapytałem ze złością, patrząc prosto w jego zarumienioną i zmęczoną podróżą twarz.
- To, ze wciąż nie wiem, o czym mówisz, Styles – oznajmił, uśmiechając się do mnie ciepło. Zamyślił się przez chwilę, zanim zdecydował się kontynuować swoją wypowiedź. W jego słowach słychać było ból - Między mną i nią niczego nie ma i nigdy nie będzie, tego możesz być pewien. Rozmawiałem z nią. Nie jestem w jej typie, powinieneś to wiedzieć, jako jej brat – mruknął, patrząc na mnie przepełnionymi żalem oczyma, a ja poczułem, jak w jednej chwili moja twarz łagodnieje. Zrobiło mi się go żal, a jednocześnie wstydziłem się swojej natarczywości.
- Niall, ja… - zacząłem, nie bardzo wiedząc, co dokładnie chcę powiedzieć.
- Nie przepraszaj, Harry – dokończył za mnie, chwytając w dłonie rączkę od swojej torby. - Po prostu chciałbym już wrócić do domu i porządnie się wyspać. Jeśli nie masz nic przeciwko, moja taksówka już na mnie czeka… – mruknął, ściskając mnie przelotnie. – Do zobaczenia za jakiś czas – dodał jeszcze, odchodząc.
Stałem przez chwilę w miejscu, zastanawiając się, co ze sobą począć. Było mi głupio i chciałem przeprosić szatynkę, jednak nigdzie jej nie było. Louis też jakby zapadł się pod ziemię, a ja czułem cholerną potrzebę położenia się we własnym łóżku. Zrezygnowany, ruszyłem więc w kierunku zamówionego dla mnie pojazdu, nie odwracając się za siebie.



*



Nie chciałem wracać do pustego domu. Przysięgam, gdyby nie to, jak bardzo byłem zmęczony i jak późna była godzina, najprawdopodobniej zadzwoniłbym do Cary czy Jamesa z prośbą o przenocowanie mnie. Londyn nocą był piękny i dopiero teraz uzmysłowiłem sobie, jak bardzo tęskniłem za tym widokiem. Nowoczesne budynki odznaczały się wyraźnie od starszych kamienic, rzucając bladoniebieskie światła na mijane przeze mnie parki, uliczki. Poczułem, że jestem u siebie i to było cudowne, czuć, że należy się do jakiegoś miejsca.
Kiedy jakiś czas później, zaspany i zrezygnowany, przekroczyłem próg mieszkania, niemalże krzyknąłem gdy zdałem sobie sprawę, że nie jestem w nim sam. Jego delikatny, cytrusowy zapach unosił się w powietrzu, sprawiając, że moje serce wrzuciło piąty bieg. Chryste, u jego stóp leżały dwie, ogromne walizki, które miał ze sobą w trasie, a więc… Mój mózg usilnie analizował całą sytuację, kiedy chłopak odezwał się, podwijając rękawy bordowego swetra, który miał na sobie.
- Długo cię nie było. Cholera Harry, bałem się, że… - urwał, zerkając na swoje dłonie. Potarł je o siebie, w charakterystycznym dla siebie, nerwowym odruchu.
- Że co? – zapytałem cicho, czując stado motyli w moim brzuchu.
- Że zmieniłeś mieszkanie. Albo że pojechałeś do Nicka, gdy Gemma nie wróciła z tobą – westchnął, wyciągając w moją stronę ramiona. Natychmiast się do niego przytuliłem, rozkoszując się cudownym ciepłem, które momentalnie zalało całe moje ciało. Wtuliłem twarz w jego włosy, wdychając mocno ich cudowną woń.
- Chodźmy do sypialni, Lou – powiedziałem, uśmiechając się lekko. Chłopak zacisnął dłonie na moich łopatkach, biorąc głęboki oddech.
- Harry, ja… Nie jestem pewien, czy…
- Nie, błagam, zostań, choćby tylko na jedną noc – przerwałem mu, rozpaczliwie go ku sobie przyciągając. On jednak osunął mnie delikatnie, patrząc swoimi zmęczonymi, błękitnymi tęczówkami w moje oczy. Był taki spokojny.
- Nigdzie się nie wybieram, Harry – powiedział powoli, a ja zastanawiałem się, czy słyszy moje serce, głośno uderzające w moją klatkę piersiową. – Ja… - zawahał się i poczułem, jak zadrżały mu dłonie - Nie chcę spać na łóżku, na którym on cię d-dotykał. – wydusił z siebie w końcu. - W porządku? – zapytał cicho, a przez całe moje zesztywniałe z nerwów ciało przeszedł nieprzyjemny prąd. Bez wahania jednak, skinąłem głową w zrozumieniu, chwytając go za dłoń. Chciałem jak najszybciej pozbyć się tej ciężkiej, koszmarnej atmosfery i cholernego napięcia, które pojawiało się za każdym razem, gdy o tym wspominaliśmy.
- Pokój Gemmy jest teraz wolny – mruknąłem szybko, a on odgarnął niesforny kosmyk moich włosów, całując mnie czule w skroń. Przymknąłem oczy, rozkoszując się cudownym ciepłem, jakie zalało moje serce i brzuch – Louis? – dodałem, zerkając na niego uważnie. Przyciagnał mnie do siebie, muskając wargami mój policzek.
- Mhm? – wymruczał, przesuwając nosem po mojej szyi. Uśmiechnąłem się delikatnie, a przez całe moje ciało przeszła fala przyjemnych dreszczy.
- Uważam, że powinniśmy rozejrzeć się za nowym mieszkaniem – oznajmiłem, patrząc na niego uważnie. Niebieskooki także wpatrywał się we mnie przez chwilę, dokładnie analizując moje słowa, a potem ostrożnie mi przytaknął, wzdychając ciężko.
- Masz rację, Harry. Zbyt wiele złego wydarzyło się w tym domu, bym chciał go zatrzymać – przytaknął mi, przykrywając moje wargi swoimi.
Nowy dom miał być dla nas nowym początkiem i mogłem mieć tylko nadzieję, że w końcu się ułoży.

 _______________________________________________________________
*It’s our party we can do what we want”- fragment piosenki Miley Cyrus „We Can’t Stop”

Przepraszam Was za spóźnienie, miałam małe zamieszanie związane ze swoim zdrowiem i zbliżającymi się świętami. Postaram wrzucić w wigilię kolejną część (Oczywiście z okazji urodzin kochanego Lou:)). Trzymajcie się ciepło!