poniedziałek, 14 października 2013

Rozdział szósty

It's too late to cry, too broken to move on

3 września 2013
Jakie to uczucie nie móc Cię kochać? Jakie to uczucie, kiedy każda czynność, którą wykonujesz, staje się dla mnie śmiertelnie ważna, ponieważ czynisz ją właśnie Ty, podczas gdy ja nie mogę Cię nawet dotknąć? Jakie to uczucie, gdy obserwuję, jak odgarniasz zbyt długą grzywkę z czoła i czuję, jakby ten gest był bardzo intymny, tylko dlatego, że nigdy więcej nie będę mógł dotykać Twoich włosów? Jakie to uczucie, gdy widzę podłużne, ciemne worki pod Twoimi oczami i pęka mi serce, bo zdaję sobie sprawę, że są tam z mojego powodu? Chcesz wiedzieć, Louis? Najgorsze na świecie. Miałem nadzieję nigdy się o tym nie przekonać. Tak bardzo mi przykro, niewyobrażalnie. Chciałem tylko uratować nas obu, dać nam szansę żyć od nowa, sprawić, by było nam łatwiej. Przecież wiesz, prawda? Rozumiesz? Mam nadzieję, że tak, bo mnie zaczynają ogarniać coraz większe wątpliwości. Z każdą sekundą, która upływa, czuję, że pozwalając Ci odejść, popełniłem najgorszy błąd swojego życia. Że wraz zza zatrzaskującymi się za Tobą drzwiami, zatrzasnęły się też inne, te do naszego szczęścia. Co mam teraz zrobić? Spróbować to wszystko odkręcić, czy wręcz przeciwnie, ponieść konsekwencje swojej decyzji i zobaczyć, dokąd nas obu zaprowadzi?

Wraz z zamykanym pamiętnikiem, poczułem niewyobrażalną ulgę i chociaż była ona jedynie chwilowa, cieszyłem się choćby z tej minuty wolnej od myśli. Westchnąłem głośno, podnosząc się z kuchennego krzesła. Od tej koszmarnej i cudownej jednocześnie nocy, minęło pięć dni. Pięć, cholernie długich dni, które ciągnęły się w nieskończoność. To najdłuższy czas, w którym nie miałem żadnego kontaktu z Louisem od kiedy tylko się poznaliśmy i bardzo mocno odczułem to na swojej psychice, mimo że wszystko było wynikiem mojego postanowienia. To ja postanowiłem to zakończyć.

Dzień po naszej nocnej rozmowie był najgorszym dniem mojego życia. Nie przespałem nawet minuty, leżąc na wciąż pachnącym nami łóżku i gapiąc się bezmyślnie w sufit. Być może poczułbym się lepiej, gdybym pozwolił łzom rozładować napięcie w moim ciele, ale ograniczony jakąś wewnętrzną blokadą, nie potrafiłem tego zrobić. Gdy wstałem rano, wyglądałem jak śmierć. Blady jak ściana, z podkrążonymi oczami. Tak jak przewidywałem, moje włosy były w fatalnym stanie, choć teraz nie wydawało mi się to już zabawne. Z bijącym sercem poszedłem do pokoju makijażystki i poczułem nieprzyjemny skurcz w żołądku, gdy zdałem sobie sprawę, kto aktualnie jest poddawany zabiegom upiększającym.
- Boże, jak ty wyglądasz! - załamała ręce, gdy tylko zauważyła moją obecność. - I co się stało z twoimi włosami? - zapytała, zerkając na mnie oburzona. Normalnie najprawdopodobniej wymieniłbym z Louisem porozumiewawcze spojrzenia, jednak teraz było zupełnie inaczej. Zacisnąłem mocno wargi i spuściłem wzrok.
- Po prostu źle spałem - mruknąłem zmienionym głosem. Westchnęła cicho, wskazując mi miejsce na łóżku. Przez chwile krzątała się bez słowa, układając włosy szatyna, gdy jęknęła nagle przeciągle.
- Chryste, nie będę w stanie tego zamaskować, zdajecie sobie z tego sprawę? - brwi blondynki zadrżały niebezpiecznie, a mój żołądek zwinął się w supeł. - Czy chociaż raz nie mogliście powstrzymać się od robienia sobie tych cholernych malinek? - mruknęła, patrząc na mnie spod byka. Spojrzałem na nią przepraszająco, czując, że się rumienię. Louis wyglądał jakby miał się rozpłakać. Dziewczyna bez słowa wyjęła ze swojej torebki granatowy szalik, wiążąc go w ciasnym i zgrabnym splocie na szyi chłopaka, zasłaniając tym samym ślady wczorajszej nocy, która nagle wydała mi się odległa o lata. - W porządku, możesz już iść - powiedziała. Chłopak poderwał się gwałtownie z fotela i nawet na nas nie zerkając, ruszył w stronę drzwi. Poczułem, jak coś ciężkiego opadło na mój żołądek.
- Co się stało? - zapytała, obserwując mnie uważnie. Pokręciłem jednak jedynie głową, wymigując się od odpowiedzi.

Z nie-aż-tak-bardzo odległych wspomnień, wyrwał mnie niesamowity hałas na korytarzu. Ktoś najwyraźniej dobijał się do drzwi. Ta osoba musiała być kimś ważnym, jeśli bez wcześniejszego pytania nas, przepuścił ją ochroniarz, a Louis nie miał przecież kluczy... Choć było to irracjonalne, poderwałem się podekscytowany, ale już w następnej sekundzie usłyszałem, jak moja siostra otwiera drzwi frontowe i do moich uszu dobiegł stłumiony chichot jej gościa. Odgarnąłem grzywkę z oczu, wzdychając. Poczułem ogromny zawód, ale przecież nie powinienem liczyć na to, że szatyn tutaj przyleci, to ja zadecydowałem o naszym rozstaniu. Uśmiechnąłem się delikatnie, kiedy blondynka przekroczyła próg kuchni, w której się znajdywałem. Wyglądała ślicznie. Miała na sobie białą, koronkową sukienkę, skórzaną kurtkę i niesamowicie wysokie, kremowe obcasy, w których poruszała się jak modelka. Zarumieniła się, widząc, że obcinam ją wzrokiem, po czym podeszła do mnie, całując mnie delikatnie w policzek.
- Cześć Linda - powiedziałem, mrugając do niej. Dziewczyna poczochrała czule moje włosy, a mnie aż za bardzo przypominało to gest, jaki wiecznie wykonywała w moim kierunku Gemma.
- Dobrze cię widzieć, Hazz - jej głos był dźwięczny i wesoły. Zauważyłem, że trzymała w dłoniach dwie, duże, papierowe torby, więc szybko podniosłem się, zabierając je z jej rąk. Ułożyłem je na kuchennym blacie, wyjmując po kolei składniki na naszą wspólną kolację.

*

Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz moje mieszkanie pachniało tak pięknie i tak... domowo. W powietrzu unosił się zapach dobrze doprawionego szpinaku i tarty z białą czekoladą, która podobno była specjalnością pani fotograf. Siedzieliśmy w trójkę przy kuchennym stole, śmiejąc się do rozpuku, podczas gdy ciasto piekło się w piekarniku. W duchu cholernie się cieszyłem, że przedstawiłem sobie dziewczyny, bo widziałem, jak świetnie się ze sobą dogadują i ja sam czułem się fantastycznie rozluźniony w ich towarzystwie, choć wciąż nie ufałem Lindzie w stu procentach. Na chwilę zapomniałem o wszystkim moich problemach związanych z Louisem i One Direction. Na chwilę zapomniałem czym jest skurczony z nerwów żołądek.
- Napijecie się wina? - zaproponowałem, unosząc znacząco brwi. Śmiech Gemmy był cudownie zaraźliwy, ale blondynka spoważniała.
- Harry? Nie miałam jeszcze okazji przeprosić cię za swoje zachowanie, wtedy, w salonie... - zaczęła niepewnie, tracąc swój zapał w głosie. Nie chciałem, nie mogłem jej winić. Starałem się nie skrzywić, by nie pokazać po sobie, że mam jej coś za złe. Potarłem dłońmi skronie.
- To nie twoja wina, nie musisz mnie przepraszać - powiedziałem stanowczo, chcąc jak najszybciej urwać temat szatyna. Nie patrzyłem jej w oczy.
- Wierzę i wiem, że sobie poradzicie, pogodzicie się, prędzej czy później - głos Lindy nabrał siły, a ja spiąłem się nieco. Ponad jej ramieniem spojrzałem na Gemmę, a ona ostrożnie pokręciła przecząco głową. Nie wiedzieliśmy, co blondynka miała na myśli i nie byliśmy też pewni, czy możemy jej w stu procentach ufać. Jeszcze nie teraz.
- Tak, być może tak - mruknąłem więc wymijająco. Fotografka uśmiechnęła się do mnie łagodnie, patrząc na mnie ze zrozumieniem i czymś nieodgadnionym, co Gemma później nazwała podziwem, a potem podniosła się z krzesła i ruszyła do piekarnika, by wyłączyć cudownie pachnącą tartę. W tym samym momencie usłyszałem dźwięk swojego telefonu. Numer prywatny.
- Słucham? - powiedziałem ostrożnie, nauczony doświadczeniem, by nigdy nie przedstawiać się pierwszy, gdy ktoś do mnie dzwoni. Moja siostra spojrzała na mnie pytająco, ale przyłożyłem sobie tylko palec do ust, w niemym geście.
- Witam, panie Styles. Z tej strony Albert Willson, dzwonię z polecenia właściciela Modest! Management - usłyszałem niski, donośny głos mężczyzny w słuchawce i skrzywiłem się natychmiast. Szatynka zerknęła na mnie znacząco, a ja bezgłośnie przekazałem jej jedno słowo: zarząd. Gemma rozszerzyła oczy ze zdumienia i pokazała mi na migi, bym przełączył rozmowę na głośnik, co natychmiast uczyniłem.
- Tak, o co chodzi? - zapytałem lodowato, skubiąc nerwowo swoje paznokcie.
- Mam za zadanie poinformowanie pana o nowym rozporządzeniu Modest!'u, dotyczącym pańskiej obecności na meczu charytatywnym pana Tomlinsona, który, jak pan zapewne wie, odbędzie się ósmego września bieżącego roku - usłyszeliśmy. Uniosłem brwi w zaskoczeniu. Zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać.
- Jak brzmi to rozporządzenie? - zapytałem, po czym cała nasza trójka zastygła w oczekiwaniu.
- Przykro mi, panie Styles, ale pańska obecność w tym wydarzeniu jest całkowicie niepożądana i niewłaściwa. Zarząd jasno wyraził swój sprzeciw na jakikolwiek pański udział w tym spotkaniu. Czy zrozumiał pan ten komunikat? - zapytał wypranym z emocji tonem. Twarz Gemmy wyrażała szczere oburzenie, podczas gdy Linda wyglądała na zirytowaną i zaskoczoną jednocześnie.
- Zrozumiałem. Dziękuję za telefon - warknąłem, rozłączając się. Ukryłem twarz w dłoniach. W tamtej chwili, nawet pięknie pachnące ciasto Lindy, które położyła przede mną na błękitnym talerzyku, nie było w stanie sprawić, bym poczuł się choć odrobinę lepiej.


*

Ósmy września, paradoksalnie, zapowiadał się być idealnym, bezchmurnym dniem. Louis nie odzywał się do mnie dziesiąty dzień z rzędu, nie to jednak było dla mnie najbardziej bolesne. Okropna była świadomość, że nie mogłem być teraz przy nim, nawet jeśli chłopak nie chciałby mnie widzieć. Cholerny Modest, to on był odpowiedzialny za wszystkie próby, którym zostaliśmy poddani. To on był bezpośrednią przyczyną naszego rozstania. Byłem zdenerwowany i przez cały dzień nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Marzyłem o tym, by wsiąść w samolot i móc uspokoić siebie, ale też z pewnością jego, przyciskając go mocno do swojego ciała. Wiedziałem, jak cholernie ważny był dla niego ten mecz. Wiedziałem, że będzie chciał zagrać jak najlepiej i mogłem sobie jedynie wyobrażać, jak bardzo jest teraz zestresowany. Cholera, oddałbym wszystko, żeby być przy nim, jednak zdawałem sobie boleśnie sprawę z tego, że nie jest to możliwe i jęknąłem cicho, uderzając ze złości pięścią w ścianę. Syknąłem z bólu, krzywiąc się.
- Oh, pieprzyć to - mruknąłem pod nosem, chwytając telefon z kuchennego stołu. Przez chwilę jeszcze się wahałem, ale palce same wystukały wiadomość: Wiem, że będziesz świetny, więc nie muszę życzyć Ci powodzenia. Zamiast tego - daj z siebie wszystko, Louis. H.

*

Czułem się jak skończony idiota, siedząc na kanapie w salonie obok Gemmy i Lindy. Oglądaliśmy transmisję na żywo z meczu mężczyzny, który wciąż był dla mnie całym światem i każdy z nas wiedział, że to nie tutaj było moje miejsce. Powinienem być teraz tam, na miejscu, na trybunach. Powinienem uściskać go mocno przed wyjściem na stadion, powinienem mu kibicować i podać mu wodę, kiedy będzie zmęczony i spragniony. A potem powinienem przytulić go, gdy tylko zejdzie z boiska i powiedzieć mu, że był cudowny, bo wiem, że właśnie taki będzie. I nie przeszkadzałoby mi to, że byłby brudny i spocony, bo rozpierałaby mnie duma i chciałbym, by mógł to poczuć.
Zamiast tego, wpatrywałem się tęsknie w jego sylwetkę, zagryzając wargi do krwi. Gemma przez cały czas ściskała mocno moją dłoń, próbując mnie tym samym wesprzeć, ale nie sądzę, żeby cokolwiek mogło mi wtedy pomóc. Boże, tak bardzo mi go brakowało. Herbata, którą uwielbiałem, a której nawet nie ruszyłem, zdążyła wystygnąć, bo nie potrafiłem nawet przełknąć śliny, czując w gardle wielką gulę. Jak w zwolnionym tempie, obserwowałem, jak ktoś popycha Louisa, a sekundę później jak ten upada na murawę, krzywiąc się i wrzeszcząc z bólu i sam zawyłem ze wściekłości. Chciałem znaleźć się obok niego natychmiast i tulić go, i zabić mężczyznę, który - umyślnie bądź nie, zrobił mu krzywdę. Poderwałem się gwałtownie z kanapy, w dzikim amoku ruszając w stronę drzwi wejściowych, jednak moja siostra była szybsza. Chwyciła mnie mocno za nadgarstek, ciągnąc mnie do siebie mocno. Zawsze zastanawiałem się, skąd w jej drobnym ciele tyle siły. Spojrzałem na nią nieprzytomnymi oczyma, a ona przyciągnęła mnie do siebie, przytulając mnie mocno.
- Hazz - mruknęła mi do ucha, zaskakująco cichym głosem, zupełnie nie pasującym do niedźwiedziego uścisku, w którym mnie trzymała. Czułem, jak cały drżę - Uspokój się, słyszysz? Nic nie możesz poradzić - dodała, a ja poczułem falę zalewającej mnie ze wszystkich stron złości.
- Oczywiście, że mogę - warknąłem, wyrywając się jej. Spojrzała na mnie zaskoczona.
- Do diabła z tobą, Harry! - mruknęła, rozcierając sobie dłonie, ale nie to zwróciło moją uwagę. Ponad jej ramieniem widziałem zmartwioną twarz Lindy.
- Co się stało? - zapytałem, zerkając jej prosto w oczy, czując narastający we mnie strach. - Linda? Co się stało? - powtórzyłem stanowczo, podchodząc do niej. Dziewczyna bez słowa wskazała mi ekran telewizora, na którym właśnie ukazana była powtórka z sytuacji, która miała miejsce przed chwilą. Louis, brutalnie sfaulowany i jego twarz wykrzywiona niesamowitym cierpieniem. Louis podnoszący się z trudem z murawy. Louis wymiotujący z nerwów i bólu. Louis i jego przepełniona smutkiem twarz. To było jak impuls, nie potrzebowałem niczego więcej, dla czego warto byłoby ryzykować. Zarzuciłem na siebie płaszcz, patrząc nerwowo na swoją siostrę, która pokręciła jedynie głową zrezygnowana.
- Zabiją cię, jeśli się dowiedzą - powiedziała, patrząc na mnie poważnie. Chwilę później jej twarz rozjaśnił delikatny uśmiech - Pośpiesz się i nie rób wokół siebie szumu, ty głupi kretynie - mruknęła, całując mnie ostrożnie w czoło.
- Mam pomysł na twoje alibi - usłyszałem wesoły głos Lindy i zerknąłem na nią zdezorientowany. - Gemma, znasz jego hasło do instagrama?


*

Czterdzieści minut później byłem już w samolocie do Doncaster, śmiejąc się do rozpuku ze swojej stanowczości i wpływów, których zwykle nie wykorzystywałem. Gdy dotarłem na lotnisko, odprawa na samolot, którym miałem zamiar udać się do domu Tomlinsonów, już się rozpoczęła, więc nieprzyjemna sprzedawczyni odmówiła mi sprzedaży biletu. Cóż, może w innych okolicznościach, grzecznie poczekałbym na kolejny lot, jednak tym razem nerwy przejęły nade mną kontrolę. Musiałem jak najszybciej dostać się do domu mamy Louisa. Nazywam się Harry-kurwa-Styles i wystarczy jeden mój telefon by cię zwolnić było dostatecznie przekonywujące.


*


Prawie się rozpłakałem, gdy jedna z sióstr Louisa otworzyła mi drzwi, właściwie od progu rzucając się w moje ramiona. Była taka drobna i ciepła, a ja tak bardzo potrzebowałem czyjejś czułości. Obróciłem ją w powietrzu, a potem pogładziłem ostrożnie po głowie i odstawiłem z powrotem na ziemię, wchodząc do schludnie urządzonej kuchni, w której swojego czasu tak często przebywałem. Ciepłe kolory ścian dodawały otuchy. Jay stała oparta o blat, zerkając na mnie nieodgadnionym wzrokiem. Nie umiałem powiedzieć, czy cieszyła się na mój widok. Uniosła wysoko jedną brew, patrząc na mnie z niemym zaskoczeniem, a potem wyciągnęła w moim kierunku obie ręce. Jęknąłem głucho i nie myśląc zbyt wiele, wtuliłem się w jej ciało, czując, jak wstrząsa mną spazm. Czułem się słaby i żałosny, ale ona była dla mnie jak druga matka i wiedziałem, że nie muszę wstydzić się przy niej swoich łez. I gdy tylko sobie to uświadomiłem, słowa potoczyły się z moich ust, chociaż zupełnie tego nie planowałem.
- Nie chciałem go zranić, naprawdę nie chciałem, byłem głupi i nierozsądny, ale ja tak bardzo się boję - wydusiłem z siebie, czując, jak kobieta przyciska mnie do siebie jeszcze mocniej, gładząc mnie dłonią między łopatkami. - Przepraszam, tak bardzo przepraszam - mruczałem, szlochając jej w rękaw.
- Ciii, Harry, przestań mnie przepraszać, słyszysz? Spróbuj się trochę uspokoić, dobrze? - powiedziała spokojnie, odsuwając mnie od siebie ostrożnie i zerkając w moje oczy - Zrobię nam kakao, tak jak wtedy, kiedy denerwowaliście się z Louisem przed waszym pierwszym... - zawahała się, a ja po chwili zrozumiałem dlaczego. Poczułem jej zapach zanim jeszcze ją zauważyłem. Przenikliwie słodka nuta kwiatu pomarańczy i cynamonu, przemieszana z tytoniem, który niewątpliwie paliła. Widziałem panikę w oczach matki szatyna, gdy tylko dziewczyna wkroczyła do kuchni, ubrana w ładną, granatową koszulkę i ciemne rurki podkreślające jej długie nogi.
- Jay, orientujesz się kiedy Lou... Oh - urwała, zerkając na mnie zdziwiona. Jej pełne wargi wykrzywiły się nieco w nieskrywanym grymasie. - Myślałam, że jesteś w San Francisco - powiedziała chłodno, wydymając usta. - Cool bridge, mogłam się domyślić, że to sprawka tej twojej siostry, zawsze takie same, idiotyczne zagrywki z oszukiwaniem swoich fanów...
- Nie wycieraj sobie gęby Gemmą - warknąłem, próbując nieudolnie wytrzeć łzy z twarzy. Brunetka prychnęła głośno na ten widok, zakładając sobie ręce na ramiona. Słowa nie są w stanie wyrazić tego, jak bardzo jej wtedy nienawidziłem.
- Mógłbyś chociaż przez chwilę zachowywać się jak prawdziwy facet. Już nawet nie chodzi o fakt, że uwielbiasz rozkładać nogi przed Louisem, ale...
- Eleanor, wystarczy - warknęła głośno Jay, karcąc ją spojrzeniem, a ja czułem, jak wszystko się we mnie gotuje ze złości. Miałem ochotę chwycić za stojący na blacie świecznik i cisnąć nim w dziewczynę. Cała nasza trójka zdawała sobie sprawę, że nie powinniśmy posuwać się tak daleko, gdy któraś z sióstr Louisa była w pobliżu.
- Może gdybyś nie zachowywał się jak dzieciak, ktokolwiek brałby cię na poważnie - dodała, uśmiechając się do mnie triumfalnie. Skrzywiłem się.
- Może gdybyś nie była taką okropną suką, Louis mógłby spróbować cię przynajmniej polubić - warknąłem, myśląc, że uderzam w czuły punkt. Wargi brunetki uniosły się jednak jeszcze wyżej.
- Oh, sądząc po tym, jak było mu dobrze wczoraj, myślę, że polubił mnie bardziej, niż myślisz - powiedziała cicho, a ja poczułem się tak, jakbym dostał w twarz.
- Przestańcie, natychmiast! - wrzasnęła Jay, ale to nie miało już żadnego znaczenia. Eleanor dopięła swego. Wygrała. Nie miała powodów, by kłamać, a sądząc po pewnym tonie jej głosu, mówiła szczerą prawdę. Ja natomiast nie miałem... nie mogłem mieć powodów, by być zły na którekolwiek z nich, skoro sam dobrowolnie zrezygnowałem z szatyna. Nie umiałem jednak poradzić sobie z duszącym mnie, przeraźliwym bólem w płucach. Mój przylot tutaj był pomyłką. Nie powinienem wracać, nie powinienem był robić sobie nadziei, że wszystko da się wciąż naprawić. Musiałem pogodzić się z tym, że chłopak faktycznie mógł być z nią szczęśliwy.
I kurwa, może potrafiłbym wyjść bez słowa z tego domu, zostawiając za sobą Eleanor i znów próbować zapomnieć, że mnie i Louisa kiedykolwiek coś łączyło. Może byłbym w stanie to zrobić, ale właśnie wtedy szatyn, blady jak ściana, z mokrymi od łez policzkami, przekroczył próg mieszkania kuśtykając i wiedziałem, że jestem stracony.

11 komentarzy:

  1. Czytam to od początku, ale dziś postanowiłam zostawić komentarz ;)) To jest cudowne <333 Naprawdę ;*** Kocham to opowiadanie i czekam na następny rozdział (nie)cierpliwie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, że zdecydowałaś się jednak skomentować, bo to mnie podtrzymuje w wierze, że mam jednak dla kogo pisać, że ktoś te moje wypociny czyta i docenia:)
      Bardzo dziękuję za miłe słowa i oczywiście, zapraszam na 7 już niedługo:)

      Usuń
  2. O rzesz w mordę! CO za...och! nie wypada mi przeklinać na forum publicznym. Mnie Matce Polce.! No ale cholera jasna! Jakbym ją za te kudły złapała to... grrr.! Ależ jestem zła! A (Hazz/Hazza? ^^)Harry maleństwo moje <3
    Pisz szybko co będzie dalej! <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak ja, przekleństwo, nienawidzę tej głupiej El. Moje biedne Hazziątko. Wiesz, że czekam niecierpliwie na więcej i kocham Cię strasznie <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Boże, nienawidzę El. Co za głupia debilka... Strasznie szkoda mi Harrego, Louisa zresztą też. :( Jestem ciekawa, co się stanie dalej, jak Louis zareaguje na obecność Harry'ego w jego domu. Kocham to opowiadanie.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę weny <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej! Jestem i ja. Przeczytałam co prawda już wczoraj, ale nie byłam w stanie ułożyć sensownego komentarza, zarówno z przemęczenia studiami, jak i ze zdenerwowania, bo gdy tylko widzę imię Eleanor - to oznacza kłopoty, a w Twojej wersji jest ona tak denerwująca, wredna i w ogóle na nie, że momentalnie wyprowadziła mnie z równowagi...(rzecz jasna, taka kreacja mi się podoba). Zaczynając od początku... Nie, w zasadzie nie mogę zacząć od wpisu z pamiętnika, bo muszę zacząć od meczu, który oglądałam i który był tak beznadziejny... Ci wszyscy ludzie na trybunach - miałam ochotę dosłownie ich rozszarpać za to, jak potraktowali Louisa. Tak samo, jak i po jego kontuzji. Liczyłam, że to będzie jego kolejny, dobry mecz, ale skończył się tak, jak tego nie oczekiwałam. Co do jego przedstawienia w opowiadaniu - jak zobaczyłam Modest to od razu zapaliła mi się czerwona lampka i tak, to BARDZO prawdopodobne, że właśnie przez nich nikogo z One Direction nie było na tym meczu. No, teraz mogę wrócić do tego, co napisałaś na początku. Ten wpis był naprawdę poruszający... Tak samo prawdziwy, jak wszystko inne w Twoim opowiadaniu. I po raz kolejny muszę podkreślić, jak bardzo lubię Gemmę. Jest idealna! I "Harry-kurwa-Styles" doprowadził mnie do takiego ataku śmiechu! Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział!

    Pozdrawiam! ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyłączam się :) Na "Harry-kurwa-Styles" zaczęłam się tak śmiać, ze Zu pytała mnie z czego tak się śmieję :)

      Usuń
    2. Cześć Daria! :-)
      Zawsze czekam na Twoje komentarze, bo nie wiem, mam potrzebę, żeby podobało się Tobie - w końcu siedzisz w larry dłużej niż ja, czytałaś więcej i kiedy czytam Twoje miłe słowa, czuje się prawdziwie doceniona, dlatego baaardzo Ci dziękuję za czas poświęcony na napisanie komentarza! <3
      Jezu, co do tego meczu, mnie brakowało wtedy słów, I naprawdę, naprawdę myślę, że nieobecność 1D na nim to sprawka M!M.

      Usuń