wtorek, 4 lutego 2014

Epilog


The nights were mainly made for saying things

That we can’t say tomorrow day


Osiem miesięcy później

Chociaż podpisując własny kontrakt obawiałem się, że bez czwórki przyjaciół nie będę w stanie poradzić sobie w świecie mediów, mój strach był bezpodstawny. Jeśli to w ogóle możliwe, stałem się jeszcze sławniejszy, niż było to za czasów naszego zespołu, a na moje koncerty w dalszym ciągu przychodziły tłumy dziewczyn, wylewających łzy szczęścia, gdy tylko pojawiałem się na scenie. Za swoje piosenki i wizerunek otrzymywałem niezliczone nagrody, które wysyłałem do domu rodzinnego albo wystawiałem na aukcjach charytatywnych, i pierwszy raz w życiu czułem, że zapracowałem na nie sam. Kreśląc swoje imię i nazwisko przy dokumencie, jasno określiłem swoje warunki, choć na dobrą sprawę chodziło mi o uzyskanie zaledwie trzech punktów: wolność w pisaniu i tworzeniu piosenek, możliwość przedterminowego zakończenia kariery w zamian za oddanie praw autorskich do nowej płyty i zaprzestanie wszelkich manipulacji moim życiem prywatnym, a więc koniec żałosnej farsy z byciem kobieciarzem.

Nie miałem pojęcia, co dzieje się w życiu chłopaków i, jeśli mam być szczery, nawet nie próbowałem się tym interesować, z obawy przed tym, że będzie to dla mnie zbyt bolesne. Żyło mi się bez nich bardzo dobrze, a będąc wiecznie na walizkach, w wirze ciągłych występów, nagrań w studio, pisania piosenek i pokazów mody Nicka Grimshawa, na których regularnie się pojawiałem, nie miałem czasu by zatęsknić za Louisem czy też resztą One Direction.

Pięć  miesięcy temu po raz ostatni kontaktowałem się z którymś z nich - rozmawiałem przez telefon z Zaynem, który jako jedyny pogratulował mi tak ogromnego sukcesu mojej solowej płyty, ale w głosie chłopaka słyszałem żal, który sprawił, że przestałem odpowiadać na jakiekolwiek jego wiadomości, by nie zadręczać sobie głowy niepotrzebnymi wyrzutami sumienia.

Mój (nie do końca) debiutancki album był utrzymywany w klimacie lat osiemdziesiątych, teksty piosenek, które pisałem, nie skupiały się wyłącznie na miłości jak to było w One Direction i w końcu wszystko było dokładnie takie, jakie sobie wymarzyłem, gdy jako zagubiony i nieśmiały nastolatek, stanąłem przed jury w X-factorze.
Po pierwszym skandalu, który wywołały moje zdjęcia, przedstawiające, jak pod wpływem alkoholu obściskiwałem się z jakimś przypadkowym modelem, poznanym na pokazie Nicka, przyszły kolejne, gdy do internetu trafiły fotografie, obrazujące jak całuję innego projektanta mody, sporadycznie i samego Girmshawa, aż w końcu nawet brukowce przestały zwracać na tego typu wybryki uwagę, znudzone ich wysoką częstotliwością. 
W końcu czułem się prawdziwy, nawet jeśli seks był sztuczny i przyjemny tylko, gdy wyłączałem myśli poprzez alkohol. Nie musiałem już przelewać swoich uczuć na tatuaże ze strachu przed despotycznym zarządem. Mogłem być sobą w pełnym tego słowa znaczeniu, choć nie umiałem zdecydować, ile w tym wszystkim tak naprawdę było mnie samego, a ile blokowałem gdzieś w sobie, w obawie przed załamaniem psychicznym.

Mój świat wydawał się poukładany i wszystko było w nim na pozór idealne, aż do momentu, w którym pewnego bardzo gorącego, lipcowego wieczora, siedząc wstawiony na wysokim, obrotowym krześle w hotelowym barze, w towarzystwie przystojnego kelnera z którym zamierzałem spędzić noc, odebrałem wiadomość tekstową od Liama.
Sophie zaczęła rodzić
A zaraz potem przyszła kolejna, z dokładnym adresem szpitala. Nie wiem, co dokładnie mną kierowało, gdy zdecydowałem się tam pojechać, zostawiając tego biednego chłopaczka samego i w ekspresowym tempie zamawiając sobie taksówkę. Czułem, że powinienem tam być, że to było miejsce, w którym powinienem się znaleźć.


*


Gdy, będąc jeszcze w taksówce, potwierdziłem swoje przybycie krótkim smsem, otrzymałem kolejną wiadomość z dokładnym położeniem sali, w której odbywał się poród i jak w amoku, szedłem wzdłuż korytarza, nie do końca rozumiejąc, co się wokół mnie działo. Payne ojcem huczało mi w głowie, w której wciąż nieco się kręciło od wypitych wcześniej słodkich drinków, jednak wiedziałem, że nie ma już odwrotu i ucieczka nie miałaby najmniejszego sensu. Zdałem sobie sprawę, że jestem blisko, gdy w zasięgu mojego wzroku pojawiła się zaskakująco duża i głośna grupka osób, wyglądająca dość zabawnie w jasnozielonych, szpitalnych szlafrokach i nakładkach na obuwie.

Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę, była moja siostra i jej radosny śmiech, niosący się echem po ścianach szpitala. Już na pierwszy rzut oka mogłem powiedzieć, że zdecydowanie zrzuciła kilka kilogramów i cholera, wyglądała przepięknie, nawet w tak idiotycznym stroju i nawet gdy swoje długie, jasne włosy, spięła wysoko na głowie w niedbałą kitkę, z której pojedyncze pasma wciąż wpadały w jej ciemne oczy. Poczułem dziwny skurcz w żołądku, gdy dostrzegłem, jak poklepała pokrzepiająco Liama po łopatkach, a sekundę później wróciła w objęcia blondwłosego chłopaka, który ucałował czule jej skroń, szepcząc do ucha dziewczyny coś, czego nie mogłem i chyba nawet nie chciałem usłyszeć. 
Cóż, najwyraźniej ona i Niall poukładali swoje sprawy i zdecydowali się dać sobie szansę. Poczułem wstyd rozlewający się po całym swoim ciele, gdy zdałem sobie sprawę, że nie miałem o tym wszystkim pojęcia. Że straciłem zarówno jego, jak i ją.

Przesunąłem wzrokiem po zdenerwowanym Liamie, przy boku którego stał teraz pulchniejszy niż go zapamiętałem Zayn, przyciągając go do niedźwiedziego uścisku. Przez chwilę zdziwiłem się brakiem zrzędliwej Perrie, jednak bardzo szybko przypomniałem sobie, że dziewczyna jest teraz w trasie koncertowej ze swoim zespołem.

Zatrzymałem się gwałtownie w połowie kroku, gdy zobaczyłem jego, opartego wygodnie o ramię wysokiego, barczystego mężczyzny, prawie o głowę od niego wyższego. Serce stanęło mi w miejscu.

Rysy twarzy Louisa odrobinę się wyostrzyły, a on sam znacząco schudł i nawet teraz, gdy komentował głośno niesmaczną kawę z automatu, dało się dostrzec jego zapadnięte policzki i poszarzałą skórę, naciągniętą na wyraźnie zaznaczone kości. Spod zielonej, szpitalnej płachty, wychodziły jego drobne ramiona i ze zdziwieniem odkryłem, że były niemalże w całości pokryte tatuażami, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Najwyraźniej nie obcinał też włosów, ponieważ sięgały mu do obojczyków, opadając na nie łagodnymi falami i automatycznie chciałem do niego podejść, by ich dotknąć i sprawdzić, czy wciąż są tak samo miękkie i delikatnie, jakimi je zapamiętałem. 
Wziąłem głęboki oddech i wtedy mnie zauważył.

Niepewna zieleń spotkała zdezorientowany błękit, a sekundę później Louis chwycił pewnie za nadgarstek stojącego przy swoim boku mężczyzny, ciągnąc go w przeciwnym kierunku korytarza, szepcząc coś wprost do jego ucha.

Nie potrafiłem być w stosunku do niego fair. Nie miałem żadnego prawa odbierać mu szczęścia, wręcz przeciwnie, wmawiałem sobie, życzyłem mu spełnienia w miłości, jednak inaczej było, gdy ten obraz pozostawał jedynie w mojej imaginacji i daleko było mu do prawdziwości, a inaczej, gdy zobaczyłem go przede mną, rzeczywistego, z krwi i kości, stojącego u boku przystojnego szatyna, o którym wiedziałem jedynie, że jest moim następcą.

Zachwiałem się na nogach i już chciałem zawrócić, wezwać taksówkę i upić sie do nieprzytomności, gdy drzwi porodówki otworzyły się gwałtownie, a uśmiechnięta od ucha do ucha, pulchna pielęgniarka, pogratulowała Liamowi narodzin córki. 
Olivia Payne przyszła na świat 14 lipca 2014 roku i była najpiękniejszym dzieckiem, jakie dane mi było zobaczyć.



*


Nie potrafiłem cieszyć się z koncertów. Widząc, jak bardzo są ze sobą zżyci ludzie, których kiedyś nazywałem swoimi przyjaciółmi, zapragnąłem rzucić to wszystko w cholerę i błagać ich o przebaczenie, by móc znów poczuć, jak to jest być prawdziwie kochanym. Znów mieć rodzinę. Najgorsza była jednak świadomość, że nawet, jeśli jakimś cudem uda mi się odnowić kontakt z Niallem, Liamem, moją siostrą czy Zaynem, nie miałem szans, by odzyskać Louisa. Chłopak był teraz w nowym związku, wydawał się być szczęśliwy i ja nie miałem prawa wchodzić w jego życie z butami i ponownie wszystkiego mu niszczyć.
Kiedy w połowie listopada, występy sceniczne były dla mnie większym wyzwaniem i męczarnią, niżeli przyjemnością, wiedziałem, że czas się pożegnać. Po dłuższej rozmowie z menagerami, zakończyłem solową karierę, oddając pełnie praw do swojego albumu zarządowi. Udzieliłem jeszcze krótkiego wywiadu dla mediów i fanów, a potem ruszyłem do jedynego miejsca, które przyszło mi do głowy. Do domu, który opuściłem wraz z rozwiązaniem umowy z Modestem. Domu, w którym miałem dzielić się szczęściem z Louisem.


*


Na zabłoconym podjeździe stało auto, którego właściciela momentalnie rozpoznałem, jednak niczego z tego nie rozumiałem, bo jego obecność w tym miejscu zdawała się być irracjonalna i niewłaściwa. Stanąłem na werandzie, patrząc zamyślonym wzrokiem na frontowe drzwi. Pokręciłem głową, odnajdując w sobie odwagę, a potem, biorąc głęboki, uspokajający oddech i mając w swojej świadomości zakodowane, że rozmowa, którą miałem nadzieję z nim przeprowadzić, może być naszą ostatnią, bezszelestnie nacisnąłem dużą, ciężką klamkę, wchodząc do środka. 
W domu było ciepło, czego w ogóle się nie spodziewałem. Mieszkanie było niezamieszkane i nieogrzewane od grudnia zeszłego roku. Rozkosznie ciepłe, pachnące drewnem lasu powietrze zupełnie nie pasowało do moich wyobrażeń. Ku mojemu zdziwieniu, nigdzie nie dostrzegłem niewypakowanych wciąż kartonów z ubraniami, które spodziewałem się tam znaleźć.
Coraz bardziej zdziwiony, ruszyłem do salonu, obawiając się najgorszego. W mojej głowie zapaliła się ostrzegawcza lampka – Co, jeśli Louis i ten mężczyzna zamieszkali w tym domu? – jednak starałem się odrzucić tę myśl ze świadomości.
Rozejrzałem się po pokoju, nie dostrzegając jednak nigdzie żadnego z nich. Zrezygnowany, zważając na dość późną godzinę, ruszyłem w kierunku sypialni i wiedziałem, że podjąłem dobrą decyzję, gdy do moich uszu dobiegł cichy szmer. Policzyłem do dziesięciu, a potem wszedłem do pokoju.
Chłopak podskoczył i krzyknął cicho, odruchowo chowając za swoimi plecami beżowy, pleciony sweter, w którym rozpoznałem swój własny, a potem wyprostował się, próbując odwrócić od niego moją uwagę.
- Co ty tutaj robisz? – zapytał zachrypniętym głosem, a ja uniosłem brwi do góry.
- Wciąż mam klucze – mruknąłem, wyciągając je z kieszeni i okręciłem je sobie wokół palca, uśmiechając się słabo, próbując tym samym wyjść naprzeciw ogromnego napięciu, które niemalże można było wyczuć. – A ty?
- Ja też mam klucze - wydusił z siebie cicho. Rozejrzałem się uważnie po pokoju i gdy na parapecie dostrzegłem nasze wspólne zdjęcie, zorientowałem się, że wszelkie rzeczy, które zabrałem ze starego mieszkania zostały przez niego wypakowane. 
- Czy twojemu nowemu facetowi nie przeszkadza to, że podkradasz i nosisz moje ubrania? – wyrwało mi się, nim zdążyłem ugryźć się w język. Obserwowałem, jak twarz Louisa przechodzi powoli z napiętej, do zaskoczonej.
- O czym ty mówisz, Harry? – zapytał, z rezygnacją wyciągając moją własność przed siebie. Nie oddał mi jej jednak, zamiast tego przesuwając drobnymi palcami po miękkim materiale swetra.
- Przytulaliście się w szpitalu i uciekliście na mój widok, a teraz udajesz, że go nie znasz? – mruknąłem gorzko, lustrując go uważnym spojrzeniem. Tym razem w jego błękitnych tęczówkach dostrzegłem zrozumienie. Zaśmiał się głośno, zanim jeszcze udzielił mi odpowiedzi.
- To brat Sophie, ty debilu – oznajmił znacząco, a ja poczułem rozlewającą się po całym ciele, niewyobrażalną ulgę i uśmiechnąłem się lekko. Ciężar, który do tej pory spoczywał na moim żołądku, zniknął. Zauważyłem kątem oka, że Louis skrzywił się nieznacznie, uciekając gdzieś w swoje myśli, zanim ponownie się odezwał. – Poza tym, wybacz, Harry, ale nawet gdybym był z Nathanem, to nie byłaby twoja sprawa, po tym wszystkim, co zrobiłeś.
- Chodziło mi raczej o wyjaśnienie kwestii noszenia moich ubrań, niżeli o twoje potencjalne związki – mruknąłem, ignorując niewypowiedziane oskarżenie w moim kierunku, a on zarumienił się delikatnie, odrzucając sweter na łóżko.
- Tęskniłem za tobą – powiedział, wzdychając głośno, a potem skrzyżował ramiona na klatce piersiowej. – A to jedyny sposób, bym mógł mieć choć cząstkę ciebie, jakkolwiek to żałosne - wyszeptał, a potem nabrał głośno tlenu w płuca. - Ale sądząc po ilości twoich partnerów, ty za mną nie, więc wydaje mi się, że ta rozmowa nie ma dalej większego sensu.
- Louis, potrafiłbyś mi to kiedykolwiek wybaczyć? – zapytałem, odgarniając nerwowo zbyt długie włosy ze spoconego czoła. – To, że cię zostawiłem? To, że wybrałem karierę i przygodowych partnerów, zamiast spokojnego życia z tobą? Umiałbyś mi to kiedykolwiek wybaczyć?
- Nie wiem – powiedział,  wzdychając ciężko. Zebrałem się na odwagę, choć kosztowało mnie to więcej, niż mogłem przypuszczać. Głos mi drżał.
- Odpowiedz mi, Lou, powiedz mi prawdę. Jedyne, czego teraz chcę, to wiedzieć, czy mam jeszcze o co walczyć. Powiedz tylko jedno zdanie, a zniknę z tego domu i więcej mnie już nie zobaczysz – wyrzuciłem z siebie, czując, jak żołądek zaciska mi się z nerwów w supeł, a z twarzy znikają kolory. Chłopak prawie się uśmiechnął, kręcąc głową.
- Ciągle musieliśmy o nas walczyć. Przypomnij sobie, jak długo i jak bardzo się o nas staraliśmy, potrafisz to zrobić? Ale ja już mam dość, Harry. Nie chce dłużej walczyć, chcę po prostu z tobą być – wrzucił z siebie, zerkając na mnie zmęczonymi oczami, a ja uśmiechnąłem się ostrożnie.
Rozłożył swoje ramiona, pozwalając mi się do siebie przytulić i gdy tylko znów znalazłem się w jego objęciach, zrozumiałem, że nigdy nie powinienem był ich opuszczać.
- Przepraszam, Louis. Kurwa, byłem taki głupi – wyszeptałem w jego delikatnie pachnące cytrusami włosy, a potem poczułem, jak ten przyciąga mnie pewnie za brodę.
- Taki głupi – powtórzył jeszcze, zanim nasze wargi ostatecznie się ze sobą zetknęły.
Cała miłość, cała tęsknota, wszystko, co budowaliśmy i burzyliśmy od pięciu lat. Zieleń i błękit, żar i chłód, ogień i woda, kłótnie i seks, Harry i Louis. Wszystko było tylko nasze i wszystko było tylko dla nas.

W końcu mogliśmy być wolni. Prawdziwie wolni. Razem.


____________________________________________

To już koniec tego opowiadania. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy poświęcali swój czas, motywując mnie do dalszego pisania - czy to komentarzami tutaj, czy to przez dopominanie się o rozdziały na asku. Dziękuję też tym, którzy nie dali znać, że czytają, a jednak to robili. Dziękuję za każdą opinię, zarówno negatywną, jak i pozytywną - jestem wdzięczna za wszystko. 
Mnie i moją twórczość znajdziecie tutaj -> www.let-us-love-larry.tumblr.com gdzie na bieżąco możecie czytać moje nowe opowiadania i partówki Larry. Byliście i jesteście niezastąpieni. 
Nie odchodzę, więc się nie żegnam. Trzymajcie się!