If
the time could turn us around
what once was lost may be found
what once was lost may be found
Brakowało mi poczucia,
że obaj do siebie należymy. Brakowało mi tego przyjemnego ciepła
w sercu i poczucia wypełnienia w ramionach. Dobrze było chociaż
przez chwilę poczuć się tak, jakbyśmy znów dopiero zaczynali ze
sobą być. Dobrze było móc udawać, że jesteśmy ze sobą
szczęśliwi i nic złego nam nie zagraża. Dobrze było naiwnie
wierzyć, że jeden cudowny wieczór może zmienić i odwrócić
wszystko to, co obaj spieprzyliśmy.
Po wcześniejszym
telefonie mamy Louisa do zarządu i ich półgodzinnej kłótni przez
telefon, podczas gdy wraz z szatynem zagryzaliśmy wargi ze złości
i bezsilności, z trudem uzyskałem zgodę, by móc zostać w domu
chłopaka na noc, choć musieliśmy za to zapłacić później.
Czułem się cholernie zirytowany i zrozpaczony, bo z tej sytuacji
nie było żadnego, dobrego wyjścia. Tak bardzo żałowałem, że
podpisując kontrakt, byłem tylko małym, pragnącym sławy
chłopcem, który bez wahania złożyłby swoją parafkę pod każdym
podsuniętym mu pod nos papierkiem. Plułem sobie w brodę, że nie
mieliśmy choć trochę więcej rozsądku, że nie kwestionowaliśmy
żadnego z punktów umowy, że się nad niczym nie zastanawialiśmy.
Miałem 19 lat, byłem
dorosłym, pełnoletnim mężczyzną, a wciąż musiałem prosić o
zgodę na jakiekolwiek wyjście ludzi, którzy na dobrą sprawę byli
mi zupełnie obcy. Ludzi, przez których traciłem wszystko to, co
kiedykolwiek było dla mnie naprawdę ważne. Ludzi, przez których z
każdym dniem traciłem Louisa. To wszystko zaszło już stanowczo za
daleko. Miałem wrażenie, że ktoś żyje za mnie moim życiem,
sterując mną i podejmując za mnie każdą decyzję. To nie byłem
ja, wszystko powinno wyglądać inaczej... Z dnia na dzień, coraz
bardziej żałowałem, że dałem się namówić Gemmie na udział w
Xfactorze.
*
- Boże, nie wierzę,
że to robię - mruknęła ze złością Jay, kręcąc głową z
irytacją. Stojący za nią Louis, uśmiechnął się do mnie
pokrzepiająco, zaciskając dłonie na jej delikatnych, szczupłych
ramionach. Kobieta zmarszczyła brwi, a później westchnęła
głośno, odpisując jednej z dziewczyn, pytających na twitterze o
samopoczucie jej syna.
Westchnęła ciężko,
sięgając po kieliszek wina, stojący nieopodal jej laptopa.
Zanurzyła w nim wąskie wargi, upijając kilka łyków. Była tak
samo zmęczona i zrezygnowana, jak my. Wiedziałem, że dręczą ją
wyrzuty sumienia. Matka powinna być oparciem, a tymczasem Jay
chcąc-nie-chcąc, tkwiła w tym bagnie razem z nami. I wydawało
się, że to właśnie ją to wszystko dotyka to najmocniej. To ona
najgorzej znosiła kłamstwa.
- Wszystko w porządku,
mamo - powiedział cicho szatyn, całując ją we włosy. Brunetka
wzięła głęboki oddech, kręcąc głową. Dziwnie się czułem,
przyglądając się tej scenie. Jak intruz.
- Nie, nie jest w
porządku, Louis. I nie będzie, dopóki ta banda cholernych
skurwysynów nie odpieprzy się od waszego życia - warknęła,
wstając gwałtownie od stołu. Pierwszy raz słyszałem z jej ust
przekleństwo i sądząc po minie niebieskookiego, on także - Mam
dość tego, że zmuszają mnie i pół naszej rodziny do tych
wszystkich łgarstw. Jak długo jeszcze to potrwa? - dodała,
krzywiąc się, a potem upiła kolejny łyk czerwonego trunku. - I
tak wszyscy zaczynają wyczuwać w tym podstęp. Muszę napisać
jeszcze dwa twitty, nawiązujące do tej dziewczyny i kilka ogólnych
odpowiedzi dotyczących ciebie, by nie wyglądało to nienaturalnie.
Boże, to takie upokarzające...
- Przepraszam, Jay -
odezwałem się nagle, uśmiechając się łagodnie do Louisa.
Chłopak uniósł pytająco brew ku górze, najwidoczniej nie
rozumiejąc, do czego zmierzam.
- Nie bądź śmieszny
dziecko - powiedziała, patrząc na mnie gniewnie, ale jednocześnie
z dziwną czułością - To oni powinni mnie przepraszać, nie ty,
Ha...
- Nie, nie o tym mówię
- powiedziałem, umyślnie zwlekając z wytłumaczeniem się -
Przepraszam, że zbiliśmy z Louisem twoje miętowe filiżanki z
Tokio, to naprawdę był wypadek...
- Co zrobiliście!? -
krzyknęła, natychmiast odchodząc od bolesnego tematu naszego
kontaktu z Modestem, a szatyn roześmiał się głośno, obserwując
mnie uważnie. Czasami dziękowałem w duchu Gemmie, że przekazała
mi umiejętność zręcznego odbiegania od trudnych rozmów. Cóż,
ona, dziewczyna na głowie której spoczywało rozwiązywanie
kłopotów rodzinnych, dziewczyna, która nauczyła się w ten sposób
ukrywać swoje emocje, miała w tym ogromne doświadczenie.
- Spokojnie mamo, w
listopadzie Harry kupi ci ładniejsze...
*
Pokój
Louisa prawie w ogóle nie zmienił się od momentu, w którym byłem
w nim po raz ostatni, a minęło już sporo czasu. Piękne, granatowe
ściany, prawie w całości przykryte były plakatami jego ukochanej
drużyny piłkarskiej, zespołu The Fray i setką zdjęć z różnych
okresów. Część z nich przedstawiała jego naprawdę liczną
rodzinę, inne ludzi, których nigdy nie miałem okazji poznać,
kolejne przyjaciół z xfactor i nasz zespół. Zerknąłem na swoją
rozmarzoną twarz na jednym z obrazków i uśmiechnąłem się
delikatnie, przysuwając do siebie Louisa. Chłopak skrzywił się
nieznacznie, gdy dotknąłem jego pleców i choć starał się to
ukryć, nie umknęło to mojej uwadze. Bez słowa, odwróciłem go,
odsłaniając jego bawełnianą koszulkę. Miałem ochotę
jednocześnie roześmiać się głośno i krzyknąć. Na łopatkach
chłopaka widniały dwa, bardzo duże siniaki, przeplatane czterema,
podłużnymi zadrapaniami od moich paznokci, rozsianych po całych
jego plecach. Przyciągnąłem go do siebie, składając
najdelikatniejsze i najczulsze pocałunki na każdym z nich,
powodując tym u niego gęsią skórkę. Chłopak odwrócił się do
mnie w końcu, a ja poczułem motylki w brzuchu, na widok jego
niebieskich oczu, wpatrujących się we mnie uważnie, z niemą
prośbą, którą natychmiast postanowiłem spełnić. Nie myśląc
wiele, przymknąłem powieki i nachyliłem się, sięgając jego ust.
Minęło już dużo czasu, od kiedy zrobiłem to po raz pierwszy, a
jednak wrażenie wciąż było takie samo. Idealnie do siebie
pasowaliśmy i kręciło mi się w głowie, gdy tylko poczułem na
języku jego słodki, trudny do zapomnienia smak. Całowałem w życiu
wiele ludzi, jednak nikt nie potrafił jednym, delikatnym ruchem warg
sprawić, bym zapomniał, jak się nazywam. Oddychałem ciężko,
przysuwając go do siebie ciasno, zapominając o tym, jak mocno
zranione są jego plecy. Ostrożnie, niespiesznie przesunął swoją
dłoń na moją szyję, drugą obejmując moją twarz. Kochałem, gdy
trzymał mnie w ten sposób, sprawiając, ze czułem się tylko jego.
Byłem
tylko jego
i dobrze zdawałem sobie z tego sprawę najmocniej właśnie wtedy,
gdy czułem, jakbym roztapiał się pod każdym ruchem naszych ust i
języków, i boże, to było takie wspaniałe, jak ktokolwiek mógł
nam tego zabraniać? Czułem, jak Louis uśmiecha się delikatnie pod
moimi wargami, gdy kilka długich chwil później, oderwaliśmy się
od siebie. Odsunąłem się od niego powoli, zerkając w jego
zamglone oczy i złożyłem ostrożnego całusa na czubku jego nosa.
Błękit jego oczu rozjaśniła iskierka szczęścia. Bolało mnie
to, jak bardzo jest ono ulotne. Wplotłem palce w jego dłoń,
ciągnąc go w stronę łóżka.
*
Dochodziła druga w
nocy. Leżałem wygodnie na klatce piersiowej Louisa, słysząc
spokojne, miarowe bicie jego serca. Oddałbym naprawdę wiele, by móc
słyszeć ten dźwięk i zasypiać w ten sposób codziennie. Czułem
pod palcami jak delikatne jest jego ciało, gdy bezmyślnie rysowałem
losowe wzorki na jego mostku, a pod każdym moim dotykiem na jego
ramionach i brzuchu pojawia się gęsia skóra. Uśmiechnąłem się
w duchu na ten widok. Dobrze było wiedzieć, jak bardzo wyczulony
jest na moje dłonie. Chłopak był tak przyjemnie ciepły i tak
cudownie pachniał...
- Hej, przestań mnie
prowokować - powiedział cicho, udając obrażony ton i zabierając
dłoń ze swojej piersi, a potem potargał czule moje włosy.
Westchnąłem, składając delikatny pocałunek na jego, odrobinę
zbyt mocno przebijającym się przez skórę żebrze.
- To ty przestań być
taki prowokujący... - mruknąłem wesoło, a potem przetoczyłem się
na lewy bok łóżka, chichocząc. Louis uśmiechnął się do mnie,
głaszcząc mnie po plecach, podczas gdy ja wtuliłem nos w poduszkę.
W poduszkę, pachnącą cholernym cynamonem i tytoniem. Obraz, który
w następnej sekundzie pojawił się w moim umyśle, sprawił, że
wszystkie moje mięśnie spięły się gwałtownie, jednak nie
zamierzałem tego po sobie pokazać. Z powrotem położyłem się na
brzuchu chłopaka, zagryzając wargę do krwi, by opanować
rozwścieczenie i chęć rzucenia się na niego z pięściami.
- Dobrze ci było z
Eleanor? - rzuciłem w przestrzeń wypranym z emocji tonem, nie
przestając zataczać kółeczek na delikatnej skórze szatyna. Louis
wzdrygnął się, zerkając na mnie z trudnym do określenia wyrazem
twarzy. Z sekundy na sekundę rosła we mnie wściekłość i
frustracja. Być może odrobinę za mocno wbiłem paznokcie w jego
klatkę piersiową.
- Harry... - zaczął,
jednak nie zamierzałem pozwolić mu dokończyć, pozwalając, by
całe rozczarowanie przejęło nade mną kontrolę. Nie było słów,
które mogłyby mu teraz w jakimkolwiek stopniu pomóc.
- Mogłeś chociaż
zmienić pierdoloną pościel - warknąłem, podnosząc się z
obrzydzeniem. - No, chyba, że wszystko połknęła do czyta -
dodałem, rozglądając się za spodniami od dresu, które zrzuciłem
z siebie dwie godziny wcześniej. Wiedziałem, że nie mogę opuścić
tego domu, ale wolałbym spędzić tę noc śpiąc w wannie, niżeli
w miejscu, w którym...
- Harry kurwa, nie
zrobisz mi tego drugi raz. Nie uciekaj ode mnie. - Niebieskooki
wstał, szybkim ruchem naciągając na siebie bokserki, leżące na
skraju łóżka i podszedł do mnie na tyle blisko, by móc mnie
dotknąć, jednak tego nie zrobił. Zupełnie zignorowałem jego
komunikat.
- Kochaliśmy się na
tym łóżku pierwszy raz... A ty teraz to wszystko spierdoliłeś -
mruknąłem cicho, odnajdując wreszcie porzucone w kącie spodnie i
ubrałem je na siebie, krzątając się po pokoju. - Pieprzyłeś ją,
podczas gdy ja byłem tuż obok i tęskniłem za tobą - wyrzuciłem
z siebie, czując, że do oczu napływają mi łzy. Nienawidziłem
tego. Nienawidziłem swojej nadwrażliwości i tego, jak niewiele
było trzeba, bym zaczął płakać.
- Przestań w końcu
zrzucać to wszystko na mnie! Zerwałeś ze mną, Harry! - krzyknął,
chwytając drżącymi dłońmi za moją koszulkę. - Zostawiłeś
mnie, więc miałem prawo spać z kimkolwiek...
- Oh, więc wszystko
będzie w porządku, jeśli jutro odwiedzę Nicka i...
- Zamknij się, kurwa,
słyszysz!? - wrzasnął, uderzając mnie boleśnie w ramię. Dyszał
ciężko ze złości. Wiedziałem, jak działa na niego choćby
wspomnienie Grimshawa, którego z całego serca nienawidził, z
resztą ze wzajemnością, ale nie spodziewałem się tak gwałtownej
rekacji. Spojrzałem na niego zaskoczony, a potem roześmiałem się
szyderczo.
- Już rozumiem, jak
sobie to wymyśliłeś... Ty możesz pieprzyć się z kim chcesz, bo
w końcu nie jesteśmy razem, ale mnie już tego nie wolno, dobrze
zrozumiałem? Zawsze byłeś takim cholernym egoistą, Louis -
warknąłem, odsuwając się od niego. Trzęsącymi się dłońmi,
wytarłem ukradkiem napływające mi do oczu łzy, starając się, by
tego nie zauważył.
- Nie, Harry. To TY
jesteś egoistą, chociaż wydaje ci się, że jest odwrotnie -
powiedział cicho, odwracając się do mnie bokiem. Wyglądał, jakby
przyglądał się fotografiom na ścianie, jednak po zmienionym tonie
jego głosu, byłem pewien, że próbuje ukryć swoje emocje, być
może własny płacz.
- Co chcesz przez to
powiedzieć? - zapytałem, obserwując go uważnie. Staliśmy od
siebie na wyciągnięcie ręki i nagle ta odległość wydawała mi
się być dystansem nie do pokonania. Zupełnie tak, jakby dzieliła
nas ogromna przepaść, niemożliwa do przeskoczenia.
- Nigdy nie
zastanawiałeś się nad tym, jak to jest być mną. Zawsze wydaje ci
się, że rozumiesz wszystkich najlepiej na świecie, podczas gdy tak
naprawdę, gówno wiesz, co się dzieje w mojej głowie. Gówno wiesz
o tym, co przechodzę. Dla ciebie liczy się tylko to, że CIEBIE
boli istnienie Eleanor, że TY jesteś skrzywdzony - mówił, w
dalszym ciągu odwrócony do mnie plecami. Głos drżał mu
niebezpiecznie i kiedy wydawało mi się, że za kilka sekund straci
nad sobą panowanie i zwyczajnie się rozpłacze, obrócił się,
patrząc mi prosto w oczy. Na twarzy malował mu się spokój, ale w
jego niebieskich tęczówkach widziałem trudny do opisania ból. -
Ale nie wiesz niczego. To nie ty musisz chodzić za rękę z
dziewczyną, której nigdy tak naprawdę nigdy nawet nie polubiłeś
i nie ty musisz udowadniać wszystkim, że to miłość twojego
życia. To nie od ciebie wymagają kłamstw. Na każdym, pierdolonym
wywiadzie, siedzisz sobie wygodnie w fotelu, osłonięty przez
szklany klosz Modestu, podczas gdy ja muszę łgać, że nas związek
nigdy nie istniał i wszelkie plotki o nim to kupa bzdur,
zastanawiając się, czy wytrzymamy. Bojąc się, że moje pieprzone
słowa staną się kiedyś prawdą. Ale nie rozumiesz tego, bo nigdy
się nad tym kurwa nie zastanawiałeś, zbyt zajęty płakaniem w
rękaw Gemmy, albo N-nicka - głos mu się załamał i zdruzgotany,
dostrzegłem, że chłopak się rozpłakał. Patrzyłem na niego i
nie mogłem zdecydować, co powinienem zrobić. Louis płakał tak
rzadko, że w zasadzie mógłbym policzyć na palcach jednej dłoni
sytuacje, kiedy widziałem go we łzach. Nie potrafiłem jednak do
niego podejść.
- Wytłumacz mi jedno,
Louis - powiedziałem lodowatym tonem, którego nie potrafiłem u
siebie rozpoznać - Skoro tak bardzo boisz się, że mnie stracisz...
i tak bardzo nie lubisz Eleanor... Dlaczego? Dlaczego, do cholery,
się z nią przespałeś? Bo nie jestem w stanie tego kurwa
zrozumieć, słyszysz? - założyłem ramiona na klatce piersiowej.
Chłopak spojrzał na mnie załzawionymi oczyma. Nigdy wcześniej tak
bardzo nie uderzył mnie ich kolor. Czyste pokłady letniego nieba,
sprowadzone do dwóch, najpiękniejszych tęczówek, jakie dane mi
było zobaczyć. Wzdrygnąłem się.
-
Bo się bałem, kurwa mać. Wszyscy się czegoś boimy - wymamrotał,
silnie gestykulując. - Myślałem, że cię straciłem, więc
chciałem spróbować żyć tak, jak każe mi zarząd i w końcu
uwolnić się od tych wszystkim kłamstw, od tego cholernego bólu,
który wyżera mnie od środka... I tak bardzo brakowało mi czyjejś
bliskości, twojej kurwa bliskości, ale ciebie nie było, a ona mnie
tak kocha... Boże, to żałosne, ale ona naprawdę mnie kocha i
chciała spróbować, więc upiliśmy się i próbowałem zapomnieć,
ale to była ona i to nie byłeś ty, i to wszystko było takie
niewłaściwe... - wyrzucał z siebie, podchodząc do mnie tak
blisko, że mogłem policzyć delikatne piegi na jego policzkach. Nie
mogłem znieść tego napięcia między nami i tego bólu,
wymalowanego na jego twarzy i łez, które wciąż zalewały mu
policzki, więc nachyliłem się, by wreszcie przerwać to wszystko i
sprawić, by znów było dobrze. Nakryłem jego drżące wargi
własnymi, ale gdy tylko spróbowałem pogłębić pocałunek, szatyn
odsunął się ode mnie, pociągając nosem. Spojrzałem na niego
zaskoczony, jednak ten nie patrzył mi w oczy, uciekając spojrzeniem
gdzieś na swoje dłonie. Nigdy wcześniej nie był w stosunku do
mnie tak otwarty, nigdy nie okazywał swoich emocji w tak jasny
sposób. Nigdy wcześniej nie odmówił mi, gdy chciałem go
pocałować. - Dlaczego zawsze kończymy nasze kłótnie w ten sam
sposób? Dlaczego nie możemy w reszcie wyjaśnić wszystkiego do
końca? Kiedy kurwa, nasz seks stał się sposobem na tłumienie
kłótni? TO jest według ciebie jego rola? - zapytał, uśmiechając
się do mnie uśmiechem, który nie obejmował jego oczu. Zadrżałem.
Nie
zdążyłem jednak mu odpowiedzieć, bo w tej samej chwili, w której
uchyliłem usta, kątem oka zauważyłem, jak drzwi do pokoju
chłopaka otwierają się z cichym trzaskiem, ukazując drobną
sylwetkę małej Daisy, z buzią opuchniętą i czerwoną od łez.
Dziewczynka przeszła przez cały pokój, wtulając się momentalnie
w nogi brata, który właściwie odruchowo poderwał ją do góry,
przytulając mocno do siebie. Zawsze byłem pod wrażeniem tego, jak
bardzo kochał swoje siostry.
-
Co się stało, Di? - zapytał, całując blondynkę we włosy.
-
Śnił mi się koszmar, o tobie i Harrym, a kiedy się obudziłam,
usłyszałam, że na siebie krzyczycie i bardzo się
przestra-szy-łaa-m, że już się nie lubi-hi-icie... - wyjąkała,
zanosząc się płaczem. Louis westchnął cicho, patrząc na mnie
przez ramię. Nie byłem pewien, co chciał mi tym spojrzeniem
przekazać.
-
Już w porządku, skarbie, słyszysz? To był tylko zły sen -
powiedział uspokajająco, cichym i kojącym głosem. - A te
krzyki... dorośli muszą czasem na siebie podnieść głos, ale to
nie znaczy, że ja i Harry już się nie
lubimy. -
dodał zmienionym tonem, a mnie zrobiło się niedobrze. -
Zrozumiesz, kiedy będziesz trochę starsza. - Złożył w jej
włosach kolejny, łagodny pocałunek - Hej, nie płacz już. Zabiorę
cię teraz do kuchni, napijemy się gorącej czekolady, a później
posiedzę z tobą, aż znów zaśniesz. Zgoda?
-
Kocham cię Lou - mruknęła cicho. Obserwowałem, jak chłopak
ostrożnie wychodzi z pokoju, trzymając w ramionach drżące od
spazmów ciałko blondynki i opadłem na łóżko, gdy tylko wyszli.
*
Elektroniczny zegarek
mojego telefonu wyświetlił czwartą nad ranem. Westchnąłem
ciężko, przeczesując palcami włosy. Louis i Daisy zniknęli ponad
godzinę temu. Chciałem zasnąć i wiedziałem, że to byłoby
najlepszym rozwiązaniem, jednak w głowie mi huczało od słów,
które usłyszałem i tych, które nie zostały wypowiedziane.
Analizowałem naszą kłótnie i wszystko to, co powiedział do mnie
niebieskooki, zastanawiając się, co powinniśmy teraz zrobić.
Kiedy kurwa, nasz seks stał się sposobem na tłumienie kłótni?
- krążyło mi po głowie, sprawiając, że sen stał się czymś
niemożliwym do spełnienia. Chłopak miał rację. Zgubiliśmy się
gdzieś po drodze i wszystko było źle, wszystko zepsuliśmy. Gdzieś
coś zrobiliśmy nie tak.
Kiedy do moich uszu
dotarły stłumione kroki na schodach, zrozumiałem, że szatyn wraca
do pokoju. Odłożyłem telefon na stolik, zamykając oczy i wtulając
się w poduszkę. Tę, na której nie było śladu po zapachu
brunetki. Wiedziałem, że udając sen i tym samym unikając rozmowy,
odwlekę tylko to, co nieuniknione, ale nie miałem siły. Starałem
się więc oddychać spokojnie, gdy materac po drugiej stronie łóżka
ugiął się pod ciężarem drugiego ciała. Starałem się uspokoić
przyspieszone bicie mojego serca.
- Harry? - usłyszałem
jego cichy głos, ale zgodnie z podjętą wcześniej decyzją,
postanowiłem udawać, że jestem pogrążony we śnie. Ku mojemu
zdziwieniu, ale też dziwnej uldze dla mojego serca, szatyn pocałował
delikatnie moje nagie ramię, wystające zza pościeli. Bardzo
delikatnie, najprawdopodobniej nie chcąc mnie obudzić, chłopak
gładził moje plecy, a ja wstrzymałem oddech, by nie wydać z
siebie cichego jęku. - Wszystko schrzaniliśmy, wiesz? Obaj. Sam już
nie wiem, który z nas spieprzył bardziej - westchnął, całując
ostrożnie moje włosy. - Przez te wszystkie dni, kiedy cię nie
widziałem i kiedy do ciebie nie pisałem, wmawiałem sobie, że tak
jest dobrze, że tak będzie lepiej dla wszystkich. Że wcale cię
nie potrzebuję i że jeśli wytrzymam jeszcze trochę, przestanie mi
na tobie zależeć - mruczał cicho, przyciskając wargi do
zgłębienia między moimi łopatkami. Serce biło mi w zawrotnym
tempie i zastanawiałem się, jak to możliwe, że go nie słyszał.
- Ale cholera, to nie ma sensu, to nigdy nie zadziała. Nie mogę
siebie dłużej oszukiwać. Nie przeżyję bez ciebie ani jednego
dnia. - Odgarnął niesforny pukiel włosów z mojego czoła,
oddychając płytko. - Jesteś wszystkim Harry. Od dnia, w którym
cię poznałem, do chwili obecnej. Jesteś całym sensem mojego życia
i cholera, jestem pewien, że już zawsze będziesz dla mnie
najważniejszy, nawet jeśli my... - zawahał się. Łzy ciekły mi
ciurkiem po twarzy i nie rozumiałem, jakim cudem tego nie zauważył.
Najprawdopodobniej był zbyt pochłonięty słowami, które
wychodziły z jego ust. - Nawet jeśli się rozstaniemy. Tak
prawdziwie, nie tak, jak teraz. Kiedy nadejdzie czas, że
przestaniemy się godzić i gdy naprawianie czegokolwiek straci już
dla nas obu sens. Boże, tak bardzo się tego boję. Dzień, w którym
łatwiej będzie mi o tobie zapomnieć, niż próbować o ciebie
walczyć, będzie najgorszym dniem mojego życia - wyszeptał,
obsypując moje plecy delikatnymi jak trzepot skrzydeł motyla
pocałunkami - Nie pozwól mi, słyszysz? Nie pozwól, bym wmówił
sobie, że mogę być szczęśliwy bez ciebie. Nie pozwól, by strach
przejął nade mną kontrolę. - Ręce chłopaka prześlizgnęły się
pod pościelą i już po chwili czułem, jak mocno wtula się w moje
plecy, podczas gdy jego dłonie wczepiły się w mój brzuch. - Bo
nigdy tak naprawdę nie będę sobą, kiedy nie będę miał cię
obok. Kocham Cię, Harry - odezwał się po raz ostatni,
wtulając głowę między moje łopatki, a ja znów starałem się
nie oddychać, by stłumić wstrząsające mną dreszcze i
narastającą w moim gardle gulę. Kiedy tak dobrze nauczyłem się
tłumić szloch? Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie.
Zamknąłem oczy.
Ciepło oddechu Louisa i echo jego słów utuliły mnie do snu.
Wszystko jeszcze można było naprawić. Prawda?
______________________
Przepraszam za spóźnienie, studia mnie zabijają.
Dziękuję za tak liczne komentarze pod ostatnim rozdziałem
i jak zawsze zapraszam do zostawienia śladu po sobie.
Do piątku!
Już sama nie wiem kogo mi bardziej żal. Czuję się znowu taka rozbita, mam nadzieję, że ułoży się im wreszcie i faktycznie naprawią to. Kocham Cię jak zawsze <3
OdpowiedzUsuńKocham Cię też, niecierpliwy potworku <3
UsuńMogę być Twoim potworkiem.
UsuńJuż dawno jesteś.
UsuńU W I E L B I A M C I Ę
OdpowiedzUsuńA ja uwielbiam Ciebie :*
UsuńBoże, siedze cala we łzach i nie jestem w stanie pisac. Mam nadzieje na napisanie czegos z sensem jak sie uspokoje.
OdpowiedzUsuńJeejku, nie chciałam nikogo doprowadzić do płaczu :(
Usuń"Tak bardzo żałowałem, że podpisując kontrakt, byłem tylko małym, pragnącym sławy chłopcem, który bez wahania złożyłby swoją parafkę pod każdym podsuniętym mu pod nos papierkiem. " - boże, to mnie strasznie dotknelo. bo faktycznie tak moglo byc. on naprawde mogł byc zupelnie nieswiadomy tego, co ich spotka, jezu... my feels... dziewczyno...
OdpowiedzUsuńTak, zdaję sobie z tego sprawę. Jak już wiele razy powtarzałam - staram się, żeby to opowiadanie było jak najbardziej prawdziwe. Dziękuję za komentarz! <3
UsuńJuż sama nie wiem, od czego powinnam zacząć, bo mam ochotę rozszarpać Cię za samo wspomnienie Nicka, po tych wszystkich ostatnich akcjach i serio, szlag mnie trafił jak natrafiłam wzrokiem na to przeklęte imię, które działa na mnie gorzej, niż imię Eleanor... Pech chciał, że czytając ten odcinek puściłam sobie "Over Again", do teraz żałuję, bo słowa Twojego opowiadania, połączone z tekstem tej piosenki to zdecydowanie mieszanka wybuchowa, doprowadzająca mnie do szału i do łez zarazem. Zacznę może od początku, bo tak by wypadało, ale z góry przepraszam, że nie umiem tego ująć tak, jakbym chciała i tak, żeby to dobrze zabrzmiało. "To wszystko zaszło już stanowczo za daleko. Miałem wrażenie, że ktoś żyje za mnie moim życiem, sterując mną i podejmując za mnie każdą decyzję. To nie byłem ja, wszystko powinno wyglądać inaczej..." - powinnam bić Ci po raz kolejny brawo za to, że dosłownie czytasz w moim umyśle, bo dokładnie TAK widzę całą sytuację z Modest, podpisanie tego przeklętego kontraktu i to, do czego ta decyzja doprowadziła. I naprawdę, mam wrażenie, że żaden z nich nie zdawał sobie do końca sprawy z tego, w co się pakuje. Później fragmenty z Jay, również bardzo szczery i znów jestem skłonna stwierdzić, że tak, takie sytuacje mają non stop miejsce. Chwilami przeraża mnie to, jak prawdziwe jest Twoje opowiadanie i jak wiele rzeczy pokrywa się z rzeczywistością. Powinnam przejść do kłótni między chłopakami, ale wolę widzieć ich całujących się w sypialni Louisa, niż krzyczących na siebie, więc staram się wyrzucić ten obraz z pamięci jednak... Ciśnie mi się na usta ten cholerny Nick i Eleanor i naprawdę, wyprowadziłaś mnie z równowagi. Co do samych słów Louisa - mogłabym z Tobą przybić piątkę, bo widzę to dokładnie tak samo, jak Ty. Identycznie. On i Eleanor, to ciągłe udawanie, wplątanie w to całej jego rodziny i: "To nie od ciebie wymagają kłamstw. Na każdym, pierdolonym wywiadzie, siedzisz sobie wygodnie w fotelu, osłonięty przez szklany klosz Modestu, podczas gdy ja muszę łgać, że nas związek nigdy nie istniał i wszelkie plotki o nim to kupa bzdur, zastanawiając się, czy wytrzymamy". Chyba nie muszę mówić, że mogę podpisać się pod tymi słowami? I nie chcę wspominać o końcowym monologu Lou, bo, cholera jasna, moje emocje sięgają zenitu. Skończę na dzisiaj i przysięgam, że uduszę Cię gołymi rękoma, jak spieprzysz mi ten związek, o!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam! ;))
Jezu Daria, uwielbiam Twoje komentarze, są zawsze tak wyczerpujące i motywujące mnie, że dosłownie na nie czekam, zastanawiając się, czy Cię nie zawiodę...
UsuńNie wiem czy zdajesz sobie sprawe z tego jak bardzo naladowalas emocjonalnie ten tekst, ale po przeczytaniu siedze i TONĘ we łzach. Chcę więcej, chociaz strasznie boje sie, co bedzie dalej, bo wiem, ze datowo zblizamy sie do pokazow mody i Nicka... Jezu chryste.
OdpowiedzUsuńPo tym, jak przeczytałam tę notkę jeszcze raz, zdałam sobie sprawę, haha. Przepraszam, że spowodowałam u Ciebie łzy, nie to miałam na celu! <3
UsuńTaaak, teraz pokazy... :)
O mój Boże, tak strasznie się rozryczałam i aż mam ciarki. Mam taką cholerną nadzieję, że to opowiadanie skończy się dobrze.
OdpowiedzUsuńI jeszcze słuchałam Story Of My Life czytając ten rozdział.
Bardzo mi miło <3
UsuńNie mogę, po prostu nie mogę, te wszystkie Twoje opisy dotyczace ich relacji są tak realne, że nie mogę się pozbierać. To, co powiedział Louieh na koncu bylo takie piękne...Matko, czytając tak dobre rzeczy zdaję sobie sprawę, jak sama źle piszę XD
OdpowiedzUsuńDaj spokój, na pewno piszesz bardzo dobrze:)
UsuńW każdym razie, dziękuję za komplementy! :)
Nigdy Ci nie dorównam w tworzeniu! <3
OdpowiedzUsuńKocham, kocham, kocham twoje opowiadania i czekam na więcej!
Zapraszam na moejgo bloga, dopiero co założyłam i jeszcze się uczę tworzyć opowiadania ;)
<3
Usuń