sobota, 19 października 2013

Rozdział siódmy

We clawed, we chained, our hearts in vain
And now, we’re ashes on the ground 

 Ostrzeżenie: Scena miłości dwóch mężczyzn (+18) 

 

Nie czułem się najlepiej. Wpatrywałem się w niego uważnie, ale byłem niemal pewien, że z jego punktu widzenia, moją sylwetkę zasłaniały kuchenne drzwi. Moje serce ożywiło się mimowolnie, gdy Louis bez słowa minął Eleanor, wpadając w kojące objęcia matki, która pogładziła go delikatnie między łopatkami. Jego policzki były zarumienione z zimna, choć on sam wydawał mi się być przeraźliwie blady i drobny, gdy kulił się w ramionach swojej rodzicielki. Minęło już dużo czasu, odkąd widziałem go takiego ostatni raz.
- Zawiodłem, prawda? Wszystkich was zawiodłem - powiedział cicho, łamiącym się głosem. Był bliski płaczu, bardzo łatwo można było to wyczuć. - Dałem z siebie wszystko, ale to nie wystarczyło i...
- Louis. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam z ciebie taka dumna, więc błagam cię, przestań już deklamować te brednie. - Głos Jay był donośny, ale jednocześnie spokojny i ciało szatyna zareagowało na niego natychmiastowo. Rozluźnił się, a jego rysy złagodziły się i boże, tak za nim tęskniłem. Kątem oka zauważyłem, że zrezygnowana Eleanor cofa się ostrożnie i wychodzi z salonu, kierując się w stronę schodów na piętro. Miała w sobie na tyle przyzwoitości, by pozwolić mu otrząsnąć się w ramionach matki. Wiedziałem, że to moja jedyna szansa i musiałem ją wykorzystać. Spojrzałem błagalnie na Jay, a ona uśmiechnęła się do mnie delikatnie. - Skarbie? Myślę, że ktoś chciałby złożyć ci osobiste gratulacje - mruknęła mu do ucha, a w jej spojrzeniu dostrzegłem wiele ciepła, które zadziałało jak plaster na moją duszę. Zacząłem oddychać trochę spokojniej. Szatyn jednak skrzywił się tylko nieznacznie, a drzazga w moim sercu zakuła mnie boleśnie na ten widok.
- Później, Eleanor - burknął chłodno, a ja nie mogłem powstrzymać się od cichego chichotu ulgi, na który chłopak zareagował natychmiast. Odsunął się od swojej rodzicielki, odwracając się powoli w moim kierunku. Wyglądał na zdumionego i zdenerwowanego. Pokręcił głową, nie dowierzając temu, co zobaczył, a potem, jak w zwolnionym tempie, obserwowałem, jak kąciki jego warg uniosły się ku górze.
- Ty draniu - mruknął. Kątem oka widziałem, jak Jay opuszcza kuchnię i zrozumiałem, że chciała nam w ten sposób zapewnić trochę prywatności.
- Nie mogłem wytrzymać, patrząc na ten cholerny mecz w telewizji. Właściwie, powinienem dziękować Modestowi, że zabronili mi przyjść, inaczej zabiłbym tego...
- Zarząd zabronił ci przyjść? - przerwał mi, patrząc na mnie uważnie. Złapał się za głowę, kręcąc nią w przypływie emocji. - Boże, Harry... Byłem taki głupi. Myślałem, że po prostu cię nie obchodzę... - jęknął - W takim razie, skąd się tu wziąłeś? - dodał, zerkając na mnie w konsternacji.
- Cóż - zacząłem, przeczesując nerwowo palcami swoje włosy - Złamałem po drodze kilkanaście przepisów drogowych, zaszantażowałem kobietę z obsługi lotniska, okłamałem fanów, że jestem w San Francisco...
- I naprawdę oglądałeś mój mecz? - zapytał, a ja wybuchnąłem głośnym śmiechem. Nie mogłem uwierzyć, że Louis zupełnie zignorował to, co przed chwilą mu oznajmiłem.
- Tak, oglądałem - potwierdziłem, chichocząc cicho.
- I martwiłeś się o mnie, więc postanowiłeś tutaj przylecieć... - powiedział, a jego głos nabrał niepokojąco prowokującego tonu. Już po chwili zorientowałem się, że trzymam go w ramionach i zapomniałem, jak się oddycha. To było tak przyjemnie łatwe, mieć go znów blisko przy sobie. Ciepło jego ciała przynosiło mi długo oczekiwaną ulgę i chciałem go więcej, i więcej chciałem. Zanurzyłem nos we włosach Louisa i wzdrygnąłem się. Mydlana bańka, w której się znajdowaliśmy, pękła, gdy zamiast świeżego zapachu cytrusów, wyczułem cynamon i zrozumiałem, że Eleanor nie kłamała. Odsunąłem go od siebie ostrożnie, zaglądając w jego oczy.
- Tak - potwierdziłem ostrożnie, zgodnie z prawdą. Krew buzowała mi w żyłach ze złości.
- Dlaczego? - zapytał cicho, mrużąc oczy.
- Bo tak robią przyjaciele - odpowiedziałem, dziwnie zmienionym głosem, obserwując, jak jego twarz zmienia wyraz. Zamiast delikatnego, zaczepnego uśmiechu, widniał teraz na niej trudny do określenia grymas. Wziął głęboki oddech.
- Nie mogę w to kurwa uwierzyć - warknął, popychając mnie mocno. Zaskoczył mnie, więc zachwiałem się na nogach, patrząc na niego uważnie, z zupełnym zdziwieniem. Wyglądał, jakby miał za chwilę wybuchnąć i mnie uderzyć. Wydęte w gniewie wargi, zaczerwienione policzki, zmarszczone brwi. - Nie mogę uwierzyć, że przyleciałeś tu tylko po to, żeby jeszcze mi dopieprzyć - dodał. Jego źrenice rozszerzyły się gwałtownie, a ja przymknąłem oczy. - Czerpiesz z tego jakąś chorą satysfakcję, Styles? Sprawia ci przyjemność ciągłe łamanie mi serca? Wysyłasz mi kurwa sprzeczne sygnały! Zdajesz sobie z tego sprawę?
- A jakim cholernym sygnałem jest według ciebie to, że pieprzyłeś Eleanor?! - wrzasnąłem, zerkając na niego gniewnie. Zaskoczyłem go. Widziałem przerażenie na jego twarzy i zastygłe w szoku usta. - Myślałeś, że się nie dowiem? To była pierwsza rzecz, którą ta dziwka mi powiedziała, gdy tylko mnie zobaczyła! A ty nawet teraz cuchniesz jej perfumami!
- Niczego nie rozumiesz, Harry - wrzasnął, nerwowo wymachując rękami. - Byłem taki samotny... Przytulałeś tę dziewczynę na kanapie... Zostawiłeś mnie - mruknął, celując we mnie oskarżycielsko palcem.
- Kurwa mać, Louis! Może przypomnij sobie, dlaczego tak się stało? Zostawiłem cię, bo nie umiałem poradzić sobie z myślą, że ona mi ciebie zabierze, że możesz pokochać ją, zamiast mnie. A ty, zamiast walczyć o mnie, o nas, wolałeś zrobić to, czego najbardziej się obawiałem! Pobiegłeś prosto w jej chętne ramiona. I po tym wszystkim, wciąż masz czelność wmawiać mi, że to moja wina?! - darłem się, nie zwracając uwagi na to, że najprawdopodobniej słychać mnie było w całym domu. Gdy między nami na sekundę zrobiło się cicho, wydawało mi się, że z oddali usłyszałem głośny trzask drzwi frontowych.
- Tak mi przykro Harry, ja... Przecież wiesz, że...
- Zamknij się, słyszysz? Nie chcę tego słuchać, nie chcę ciebie słuchać. - A potem, paradoksalnie, zamiast opuścić pomieszczenie i uciec jak najdalej, szarpnąłem go za kołnierzyk koszulki, którą miał na sobie, przyciągając go do siebie i zamykając mu usta własnymi. Smakował tylko sobą i niemalże z ulgą zacząłem pogłębiać nasz pocałunek. Wydał z siebie jęk zaskoczenia, ale zaledwie sekundę później, sam pchnął mnie z całej siły na szafki, przyciskając nadgarstki do ściany nad moją głową. Dyszał głośno. Wszystko się rozmyło. Cała złość, cały smutek, cała zazdrość i nienawiść. I boże, jeśli ktoś zapytałby mnie o moją definicję tęsknoty, przywołałbym w pamięci właśnie tę scenę. Louis całował mnie tak namiętnie, jak jeszcze chyba nigdy nikt. Jego usta były wszędzie, sprawiając, że nie mogłem oddychać z nadmiaru emocji. Opierał swoje biodro o moje własne i Chryste, mogłem doskonale poczuć, jak bardzo mnie pragnął. Szumiało mi w głowie. Chłopak puścił moje nadgarstki, natychmiast wsuwając swoje dłonie pod moją bawełnianą koszulkę. Zdziwił mnie ich chłód, tak bardzo kontrastujący z moją gorącą skórą i żywym ogniem, którym płonęło moje ciało, za każdym razem, gdy opuszkami palców przebiegał po moim kręgosłupie, łopatkach, lędźwiach.
- Ciszej - upomniał mnie cicho, a ja zorientowałem się, że donośny dźwięk, który słyszę, to głośny jęk wydobywający się z moich ust. Zarumieniłem się, ale to nie był najlepszy czas na wstyd. Louis odsunął się ode mnie na sekundę, zamykając drzwi kuchenne na klucz. Chwiejnym krokiem wrócił do mnie, zrzucając z siebie po drodze koszulkę, a mnie wystarczyło tylko kilka sekund. Przywarłem do niego tęsknie, przejmując kontrolę nad naszym pocałunkiem, a chłopak westchnął z zaskoczenia. Zapomniałem już, że to wszystko może być tak mocne i tak zapamiętałe. Oderwałem się od niego, by w następnej chwili przygryzać delikatnie jego szczękę. Uwielbiałem ją, uwielbiałem każdy jej milimetr i wiedziałem, gdzie powinienem zahaczyć zębami, by zaczął błagać mnie o więcej.
- Harry... - Szatyn, nie mogąc się dłużej powstrzymywać, jęczał głośno i gardłowo, mimo że przed chwilą sam upominał mnie, bym był ciszej. Przyłożyłem porozumiewawczo palec do jego ust, zerkając prosto w jego zamglone pożądaniem oczy. Uśmiechnąłem się delikatnie na myśl o tym, jak będzie się zachowywał, kiedy...
Louis pewnym ruchem dłoni ściągnął ze mnie koszulkę, przesuwając ustami po mojej szyi i wszystkie niepotrzebne myśli zniknęły z mojej głowy wraz z mocnymi pocałunkami, którymi obdarowywał moją szyję. Milimetr po milimetrze, przemieszczał po niej swoje wargi, co jakiś czas kąsając mnie delikatnie albo zatrzymując się na moment, by zostawić na niej czerwoną malinkę. Wzdychałem głośno, zbyt głośno, coraz mniej kontrolując swoje poczynania, a chłopak schodził z pocałunkami coraz niżej...
... i jeszcze niżej...
Osunął się na kolana, a mnie zakręciło się w głowie na myśl o tym, co miało właśnie nastąpić. Przerażał mnie fakt, że w domu były wszystkie siostry chłopaka i jego matka, i ta przeklęta Eleanor... Poczułem drżące dłonie na swoim rozporku, a już po chwili moje zdecydowanie za luźne spodnie wylądowały na podłodze i sam już nie wiedziałem, jak się nazywam, kiedy wciąż chłodna dłoń Louisa objęła moją, od dawna już oczekującą męskość i jęknąłem przeciągle, gdy przebiegł po niej językiem. Patrzyłem na niego z góry, na to niesamowicie rozpustne widowisko i boże, byliśmy tak głośno, i żaden z nas o to nie dbał, i to było takie wspaniałe, móc znów czuć, że należymy do siebie. Wszystkie moje odczucia skupiały się tylko na jednym miejscu i na jego pięknych, zaróżowionych od pocałunków wargach, sunących w górę i w dół, w górę, i w dół... Trzęsły mi się kolana i gdyby nie szafka, przy której stałem, z pewnością osunąłbym się na podłogę, kiedy wzdłuż kręgosłupa, przez całe moje ciało przeszedł gwałtowny dreszcz.
- Lou, zaraz nie wytrzymam - ostrzegłem go, ale on najwidoczniej nie zamierzał przestawać, przyspieszając poczynania swojego sprawnego języka. Zacisnąłem palce na blacie kuchennym, jęcząc głośno jego imię i przymknąłem oczy, gdy spełnienie zalało moją świadomość przyjemną czernią, odbierając mi na moment wzrok. Uśmiechnąłem się do niego błogo, gdy tylko odzyskałem zmysły, całując delikatnie każdy, najmniejszy fragment jego twarzy. Był taki piękny, gdy przyglądał mi się w połowie przymkniętymi oczami, oddychając płytko. Przytuliłem go mocno do siebie, przyciągając jego ciało do góry, trzymając go mocno za pośladki i złączając nasze wargi w kolejnym, długim i mocnym pocałunku. Przez chwilę wydawał się być zaskoczony, jednak sekundę później zrozumiał, co zamierzałem zrobić, gdy ułożyłem go ostrożnie na stole, jak najszybciej zsuwając z niego dresowe spodnie. Gdzieś tam, w najdalszej części umysłu jakiś cichy głosik oznajmił mi, że będę musiał odkupić Jay komplet filiżanek, które chłopak zrzucił swoim ciałem, ale nie miało to dla mnie żadnego znaczenia i sądząc po wyrazie twarzy szatyna, jego też to nieszczególnie obchodziło. Jęczał pode mną, wyciągając w moim kierunku obie ręce. Wczepił się paznokciami w moje plecy, zostawiając na nim długie, krwiste smugi. Doskonale wiedział, co robił, doskonale wiedział, jak podniecająco to na mnie działało. Zdjąłem prędko ostatnią część materiału, jaka zasłaniała jego ciało.
- Jesteś tylko mój - oznajmiłem, gryząc jego szczękę, a on odchylił głowę, wzdychając w odpowiedzi i ułatwiając mi dostęp do tego wrażliwego na mój dotyk miejsca. Chwytałem jego żuchwę zębami, co jakiś czas przesuwając po niej koniuszkiem języka, sprawiając, że wił się, szepcząc w amoku moje imię. Nachyliłem się, obejmując wargami jego wrażliwy sutek i drażniąc go kolistymi ruchami, a on westchnął w odpowiedzi, wyginając się w łuk. Wbił paznokcie w mój kark, a ja od razu zrozumiałem, co chciał mi tym przekazać. Odnajdując jego wpatrzone we mnie, wypełnione pożądaniem, błękitne oczy, uniosłem dłoń ku jego spierzchniętym wargom, wsuwając w nie dwa palce, które on ochoczo, o cholera, zbyt ochoczo, oblizał, dając mi tym samym ponowny pokaz swoich umiejętności. Jęknąłem głucho, a potem wszedłem w niego ostrożnie, przygotowując go do momentu, w którym staniemy się jednością. Oddech szatyna stawał się coraz szybszy, a z jego gardła co jakiś czas wydobywały się przekleństwa i głośne westchnięcia. Wpatrywałem się uważnie w jego twarz i kiedy dostrzegłem, że jej rysy złagodniały, a mocny nacisk na moich palcach zelżał, wiedziałem, że jest gotowy.
- Proszę - wymamrotał gorączkowo, przyciągając mnie do kolejnego już, namiętnego pocałunku - Proszę, zrób to wreszcie, proszę, Harry... - błagał i boże, jak mógłbym mu domówić? To była sekunda. Sekunda, w której znów staliśmy się idealnie pasującymi do siebie puzzlami, w której wszystkie nasze problemy zniknęły, bo przecież czym były, w porównaniu z tym przejmującym uczuciem bycia jednością? Oddychaliśmy przez chwilę spazmatycznie, próbując złapać powietrze w płuca, ale obaj wiedzieliśmy, że nie wytrzymamy w ten sposób długo. Widziałem, że łopatki szatyna boleśnie uderzają o twardą powierzchnie stołu i spodziewałem się ujrzeć tam następnego ranka siniaki, ale jego rozmarzona twarz jasno pokazywała mi, że nie czuje bólu, że jest już ponad nim. Jego biodra wychodziły na przeciw moim, jęczał w amoku moje imię i to było jak spełnienie marzeń. Louis zamknął oczy, skrywając swoje zamglone z podniecenia tęczówki i wiedziałem, że koniec jest już bliski. Zakląłem głośno, czując niesamowitą przyjemność, kulminującą się w dole mojego brzucha i chwyciłem jego dłoń, splatając nasze palce ze sobą. Rzeczywistość się rozpłynęła, gdy opadłem na niego, dokładnie w momencie, w którym praktycznie równocześnie osiągnęliśmy spełnienie, krzycząc wniebogłosy. Roześmiałem się cicho, a potem odnalazłem w sobie resztki siły, by ściągnąć go ze stołu, tuląc go mocno do siebie.
- Tak bardzo cię kocham, ty skończony idioto...


*


Kiedy obaj byliśmy już na tyle przytomni i na tyle ubrani, by móc wyjść z kuchni, w której wciąż unosił się zapach nas, czułem się tak skrępowany, jak jeszcze nigdy w życiu i sądząc po wyrazie twarzy Louisa, on także obawiał się reakcji Jay i jego sióstr na nie-takie-małe przedstawienie, które im zafundowaliśmy. Zachichotałem cicho, obserwując jego zbyt oczywisty, ostrożny chód, a on spiorunował mnie wzrokiem. Wziąłem głęboki, uspokajający oddech i wspólnie otworzyliśmy drzwi.
- Mamo? - zawołał szatyn, zaskoczony panującą ciszą. - Lottie? - Nigdzie jednak nie było śladu po kobiecie, ani rodzeństwie chłopaka. Dom był pusty, a ja roześmiałem się z ulgą. - Masz ochotę na drugą rundkę?

18 komentarzy:

  1. wspaniale czytało mi się ten rozdział, naprawdę. bardzo podobają mi się Twoje opisy, człowiek ma wrażenie, jakby to wszystko działo się naprawdę. to duża zaleta pisać w ten sposób :) oddanie uczuć Lou i Hazzy - rewelacyjne. aż się czuje, że jest to miłość, o której każdy marzy i której każdy chciałby doświadczyć. że coś takiego naprawdę się zdarza.
    w trakcie lektury było mi jednak trochę smutno, zwłaszcza w momentach bliskości pomiędzy chłopakami. wszystko rzecz jasna przez wydarzenia, które ostatnio ujrzały światło dzienne. ciężko było mi wyrzucić z głowy to, że sytuacje, o których pisałaś w tym rozdziale (mniej lub bardziej do nich zbliżone) mogą już więcej nie mieć miejsca. eh.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże, dziękuję za taki długi i wyczerpujący komentarz, jesteś moją motywacją do tego, by usiąść i pisać dalej. Dzięki takim wypowiedziom czuje, że to co robię ma sens, że ktoś NAPRAWDĘ chce mnie czytać. Nie wyobrażasz sobie, jak cholernie było mi miło czytając go.
      Mnie też ciężko jest wyrzucić z głowy wydarzenia, które miały miejsce niedawno. Ale wierzę, że są silni. Przeszli już tak wiele, że i to pokonają.

      Usuń
  2. Jezu, Jill... Zapomniałam jak się myśli i tym bardziej jak się pisze, bo to było takie gorące, że nie mam słów! I, dobra pominę, że Louis był dołem, ale... strasznie mi się podobało! Chyba po raz pierwszy się nie rozpiszę, choć zazwyczaj lubię to robić. Dzisiaj brakuje mi języka w gębie!
    W ogóle, nie trawię Eleanor w Twoim opowiadaniu - zimna z niej suka...

    Pozdrawiam! ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A czy Ty kiedykolwiek trawisz El? ;>

      Usuń
    2. Starałam się, cieszę się, że mi wyszło, haha!
      Hazza górą, wiem, strasznie dziwnie mi się to pisało, ale przegrałam zakład (o którym pewnie wiesz hehe) i cóż, obietnica jest obietnicą :-)
      Ja nie trawię El w ogóle, hehe. :D

      Usuń
  3. Huh.. wow.. nie spodziewałam się tak szybko kolejnej "interakcji" między Harry'm i Lou. Była przygotowana czekać i czekać, a tu... WOW ;)
    Nie interesuje się 1D jakoś zbyt dogłębnie(zaczęłam się nimi trochę interesować dzięki Tobie ;)), więc nie wiem, jak tam jest w rzeczywistości z Eleanor, ale obecnie szczerze nienawidzę suki.

    I w ogóle: Uwielbiam to.! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobało i cieszę się, że trochę przekonujesz się do 1D. Ja też nie jestem ich wielką, szaloną fanką, ale Larry pochłonął całe moje serce i głównie ze względu na nich zaczęłam się nimi interesować :)
      A ja uwielbiam takie komentarze, dziękuję, że zdecydowałaś się coś po sobie pozostawić, zawsze milej mi pisać ze świadomością, że ktoś czyta moje wypociny! :) :*

      Usuń
  4. "i chciałem go więcej, i więcej chciałem'

    I chcę tego więcej, i więcej chcę.

    OdpowiedzUsuń
  5. bardzo bardzo mi się podoba :3 nie mam dziś weny do komentarzy, przeczytałam sobie teraz 3 rozdziały, bo miałam zaległości. Czekam na więcej, jak zwykle <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, że mimo braku weny dałaś znać o swojej obecności, zawsze milej mi się pisze, kiedy wiem, że mam dla kogo pisać :)
      <3

      Usuń
  6. jesteś niesamowita, czytanie tego fanfica to sama przyjemność. na każdy rozdział wyczekuje codziennie i absolutnie jest to tego warte. gratuluje talentu i nigdy nie zaprzestań pisania bo jesteś świetna! A Harry i Louis - cóż - nie można znaleźć piękniejszego połączenia.

    P.S tak, płakałam czytając tego fanfica. tak, dziękuje Ci za to <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeeej, bardzo dziękuję za tyle miłych słów! <3 Naprawdę, nie wyobrażasz sobie, jakie to cudowne uczucie, wiedzieć, że ktoś docenia to, co piszę, że komuś się to podoba... Mam nadzieję, że kolejne rozdziały Cię nie zawiodą :)
      Nie chciałam nikogo doprowadzić do łez! Ale jeśli to były dobre łzy, to nie masz za co dziękować! <3

      Usuń
  7. Moja doskonała Jill <3 Cała scena baaardzo mi się podobała, nawet ta, której normalnie nie lubię jak sama wiesz ;-) Marzę o drugiej rundce, i dziesiątej rundce i o wielu rundkach. Dalej rozbrzmiewają mi słowa ich kłótni, szczególnie te Harrego. Mam nadzieję, że szybko napiszesz więcej! I HARRY GÓRĄ ZAWSZE! :))))) Kocham Cię <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Trafiłam na twoje opowiadanie dzisiaj. Jest świetne! <3
    Umiesz oddać doskonale sytuację, tak że możemy sobie wyobrazić.
    Pracuj dalej, mam nadzieje że kolejne będą tak samo cudowne ;)

    OdpowiedzUsuń