We clawed, we
chained, our hearts in vain
And now, we’re
ashes on the ground
Ostrzeżenie: Scena
miłości dwóch mężczyzn (+18)
Nie czułem się
najlepiej. Wpatrywałem się w niego uważnie, ale byłem niemal
pewien, że z jego punktu widzenia, moją sylwetkę zasłaniały
kuchenne drzwi. Moje serce ożywiło się mimowolnie, gdy Louis bez
słowa minął Eleanor, wpadając w kojące objęcia matki, która
pogładziła go delikatnie między łopatkami. Jego policzki były
zarumienione z zimna, choć on sam wydawał mi się być przeraźliwie
blady i drobny, gdy kulił się w ramionach swojej rodzicielki.
Minęło już dużo czasu, odkąd widziałem go takiego ostatni raz.
- Zawiodłem, prawda?
Wszystkich was zawiodłem - powiedział cicho, łamiącym się
głosem. Był bliski płaczu, bardzo łatwo można było to wyczuć.
- Dałem z siebie wszystko, ale to nie wystarczyło i...
- Louis. Nie pamiętam,
kiedy ostatni raz byłam z ciebie taka dumna, więc błagam cię,
przestań już deklamować te brednie. - Głos Jay był donośny, ale
jednocześnie spokojny i ciało szatyna zareagowało na niego
natychmiastowo. Rozluźnił się, a jego rysy złagodziły się i
boże, tak za nim tęskniłem. Kątem oka zauważyłem, że
zrezygnowana Eleanor cofa się ostrożnie i wychodzi z salonu,
kierując się w stronę schodów na piętro. Miała w sobie na tyle
przyzwoitości, by pozwolić mu otrząsnąć się w ramionach matki.
Wiedziałem, że to moja jedyna szansa i musiałem ją wykorzystać.
Spojrzałem błagalnie na Jay, a ona uśmiechnęła się do mnie
delikatnie. - Skarbie? Myślę, że ktoś chciałby złożyć ci
osobiste gratulacje - mruknęła mu do ucha, a w jej spojrzeniu
dostrzegłem wiele ciepła, które zadziałało jak plaster na moją
duszę. Zacząłem oddychać trochę spokojniej. Szatyn jednak
skrzywił się tylko nieznacznie, a drzazga w moim sercu zakuła mnie
boleśnie na ten widok.
- Później, Eleanor -
burknął chłodno, a ja nie mogłem powstrzymać się od cichego
chichotu ulgi, na który chłopak zareagował natychmiast. Odsunął
się od swojej rodzicielki, odwracając się powoli w moim kierunku.
Wyglądał na zdumionego i zdenerwowanego. Pokręcił głową, nie
dowierzając temu, co zobaczył, a potem, jak w zwolnionym tempie,
obserwowałem, jak kąciki jego warg uniosły się ku górze.
- Ty draniu - mruknął.
Kątem oka widziałem, jak Jay opuszcza kuchnię i zrozumiałem, że
chciała nam w ten sposób zapewnić trochę prywatności.
- Nie mogłem
wytrzymać, patrząc na ten cholerny mecz w telewizji. Właściwie,
powinienem dziękować Modestowi, że zabronili mi przyjść, inaczej
zabiłbym tego...
- Zarząd zabronił ci
przyjść? - przerwał mi, patrząc na mnie uważnie. Złapał się
za głowę, kręcąc nią w przypływie emocji. - Boże, Harry...
Byłem taki głupi. Myślałem, że po prostu cię nie obchodzę... -
jęknął - W takim razie, skąd się tu wziąłeś? - dodał,
zerkając na mnie w konsternacji.
- Cóż - zacząłem,
przeczesując nerwowo palcami swoje włosy - Złamałem po drodze
kilkanaście przepisów drogowych, zaszantażowałem kobietę z
obsługi lotniska, okłamałem fanów, że jestem w San Francisco...
-
I naprawdę oglądałeś
mój mecz? - zapytał, a ja wybuchnąłem głośnym śmiechem. Nie
mogłem uwierzyć, że Louis zupełnie zignorował to, co przed
chwilą mu oznajmiłem.
- Tak, oglądałem -
potwierdziłem, chichocząc cicho.
- I martwiłeś się o
mnie, więc postanowiłeś tutaj przylecieć... - powiedział, a jego
głos nabrał niepokojąco prowokującego tonu. Już po chwili
zorientowałem się, że trzymam go w ramionach i zapomniałem, jak
się oddycha. To było tak przyjemnie łatwe, mieć go znów blisko
przy sobie. Ciepło jego ciała przynosiło mi długo oczekiwaną
ulgę i chciałem go więcej, i więcej chciałem. Zanurzyłem nos we
włosach Louisa i wzdrygnąłem się. Mydlana bańka, w której się
znajdowaliśmy, pękła, gdy zamiast świeżego zapachu cytrusów,
wyczułem cynamon i zrozumiałem, że Eleanor nie kłamała.
Odsunąłem go od siebie ostrożnie, zaglądając w jego oczy.
- Tak - potwierdziłem
ostrożnie, zgodnie z prawdą. Krew buzowała mi w żyłach ze
złości.
- Dlaczego? - zapytał
cicho, mrużąc oczy.
- Bo tak robią
przyjaciele - odpowiedziałem, dziwnie zmienionym głosem,
obserwując, jak jego twarz zmienia wyraz. Zamiast delikatnego,
zaczepnego uśmiechu, widniał teraz na niej trudny do określenia
grymas. Wziął głęboki oddech.
- Nie mogę w to kurwa
uwierzyć - warknął, popychając mnie mocno. Zaskoczył mnie, więc
zachwiałem się na nogach, patrząc na niego uważnie, z zupełnym
zdziwieniem. Wyglądał, jakby miał za chwilę wybuchnąć i mnie
uderzyć. Wydęte w gniewie wargi, zaczerwienione policzki,
zmarszczone brwi. - Nie mogę uwierzyć, że przyleciałeś tu tylko
po to, żeby jeszcze mi dopieprzyć - dodał. Jego źrenice
rozszerzyły się gwałtownie, a ja przymknąłem oczy. - Czerpiesz z
tego jakąś chorą satysfakcję, Styles? Sprawia ci przyjemność
ciągłe łamanie mi serca? Wysyłasz mi kurwa sprzeczne sygnały!
Zdajesz sobie z tego sprawę?
- A jakim cholernym
sygnałem jest według ciebie to, że pieprzyłeś Eleanor?! -
wrzasnąłem, zerkając na niego gniewnie. Zaskoczyłem go. Widziałem
przerażenie na jego twarzy i zastygłe w szoku usta. - Myślałeś,
że się nie dowiem? To była pierwsza rzecz, którą ta dziwka mi
powiedziała, gdy tylko mnie zobaczyła! A ty nawet teraz cuchniesz
jej perfumami!
-
Niczego nie rozumiesz, Harry - wrzasnął, nerwowo wymachując
rękami. - Byłem taki samotny... Przytulałeś tę dziewczynę na
kanapie... Zostawiłeś mnie - mruknął, celując we mnie
oskarżycielsko palcem.
-
Kurwa mać, Louis! Może przypomnij sobie, dlaczego tak się stało?
Zostawiłem cię, bo nie umiałem poradzić sobie z myślą, że ona
mi ciebie zabierze, że możesz pokochać ją, zamiast mnie. A ty,
zamiast walczyć o mnie, o nas, wolałeś zrobić to, czego
najbardziej się obawiałem! Pobiegłeś prosto w jej chętne
ramiona. I po tym wszystkim, wciąż masz czelność wmawiać mi, że
to moja wina?! - darłem się, nie zwracając uwagi na to, że
najprawdopodobniej słychać mnie było w całym domu. Gdy między
nami na sekundę zrobiło się cicho, wydawało mi się, że z oddali
usłyszałem głośny trzask drzwi frontowych.
-
Tak mi przykro Harry, ja... Przecież wiesz, że...
-
Zamknij się, słyszysz? Nie chcę tego słuchać, nie chcę ciebie
słuchać. - A potem, paradoksalnie, zamiast opuścić pomieszczenie
i uciec jak najdalej, szarpnąłem go za kołnierzyk koszulki, którą
miał na sobie, przyciągając go do siebie i zamykając mu usta
własnymi. Smakował tylko sobą i niemalże z ulgą zacząłem
pogłębiać nasz pocałunek. Wydał z siebie jęk zaskoczenia, ale
zaledwie sekundę później, sam pchnął mnie z całej siły na
szafki, przyciskając nadgarstki do ściany nad moją głową. Dyszał
głośno. Wszystko się rozmyło. Cała złość, cały smutek, cała
zazdrość i nienawiść. I boże, jeśli ktoś zapytałby mnie o
moją definicję tęsknoty, przywołałbym w pamięci właśnie tę
scenę. Louis całował mnie tak namiętnie, jak jeszcze chyba nigdy
nikt. Jego usta były wszędzie, sprawiając, że nie mogłem
oddychać z nadmiaru emocji. Opierał swoje biodro o moje własne i
Chryste, mogłem doskonale poczuć, jak bardzo mnie pragnął.
Szumiało mi w głowie. Chłopak puścił moje nadgarstki,
natychmiast wsuwając swoje dłonie pod moją bawełnianą koszulkę.
Zdziwił mnie ich chłód, tak bardzo kontrastujący z moją gorącą
skórą i żywym ogniem, którym płonęło moje ciało, za każdym
razem, gdy opuszkami palców przebiegał po moim kręgosłupie,
łopatkach, lędźwiach.
-
Ciszej - upomniał mnie cicho, a ja zorientowałem się, że donośny
dźwięk, który słyszę, to głośny jęk wydobywający się z
moich ust. Zarumieniłem się, ale to nie był najlepszy czas na
wstyd. Louis odsunął się ode mnie na sekundę, zamykając drzwi
kuchenne na klucz. Chwiejnym krokiem wrócił do mnie, zrzucając z
siebie po drodze koszulkę, a mnie wystarczyło tylko kilka sekund.
Przywarłem do niego tęsknie, przejmując kontrolę nad naszym
pocałunkiem, a chłopak westchnął z zaskoczenia. Zapomniałem już,
że to wszystko może być tak mocne i tak zapamiętałe. Oderwałem
się od niego, by w następnej chwili przygryzać delikatnie jego
szczękę. Uwielbiałem ją, uwielbiałem każdy jej milimetr i
wiedziałem, gdzie powinienem zahaczyć zębami, by zaczął błagać
mnie o więcej.
-
Harry... - Szatyn, nie mogąc się dłużej powstrzymywać, jęczał
głośno i gardłowo, mimo że przed chwilą sam upominał mnie, bym
był ciszej. Przyłożyłem porozumiewawczo palec do jego ust,
zerkając prosto w jego zamglone pożądaniem oczy. Uśmiechnąłem
się delikatnie na myśl o tym, jak będzie się zachowywał,
kiedy...
Louis
pewnym ruchem dłoni ściągnął ze mnie koszulkę, przesuwając
ustami po mojej szyi i wszystkie niepotrzebne myśli zniknęły z
mojej głowy wraz z mocnymi pocałunkami, którymi obdarowywał moją
szyję. Milimetr po milimetrze, przemieszczał po niej swoje wargi,
co jakiś czas kąsając mnie delikatnie albo zatrzymując się na
moment, by zostawić na niej czerwoną malinkę. Wzdychałem głośno,
zbyt głośno, coraz mniej kontrolując swoje poczynania, a chłopak
schodził z pocałunkami coraz niżej...
...
i jeszcze niżej...
Osunął
się na kolana, a mnie zakręciło się w głowie na myśl o tym, co
miało właśnie nastąpić. Przerażał mnie fakt, że w domu były
wszystkie siostry chłopaka i jego matka, i ta przeklęta Eleanor...
Poczułem drżące dłonie na swoim rozporku, a już po chwili moje
zdecydowanie za luźne spodnie wylądowały na podłodze i sam już
nie wiedziałem, jak się nazywam, kiedy wciąż chłodna dłoń
Louisa objęła moją, od dawna już oczekującą męskość i
jęknąłem przeciągle, gdy przebiegł po niej językiem. Patrzyłem
na niego z góry, na to niesamowicie rozpustne widowisko i boże,
byliśmy tak głośno, i żaden z nas o to nie dbał, i to było
takie wspaniałe, móc znów czuć, że należymy do siebie.
Wszystkie moje odczucia skupiały się tylko na jednym miejscu i na
jego pięknych, zaróżowionych od pocałunków wargach, sunących w
górę i w dół, w górę, i w dół... Trzęsły mi się kolana i
gdyby nie szafka, przy której stałem, z pewnością osunąłbym się
na podłogę, kiedy wzdłuż kręgosłupa, przez całe moje ciało
przeszedł gwałtowny dreszcz.
-
Lou, zaraz nie wytrzymam - ostrzegłem go, ale on najwidoczniej nie
zamierzał przestawać, przyspieszając poczynania swojego sprawnego
języka. Zacisnąłem palce na blacie kuchennym, jęcząc głośno
jego imię i przymknąłem oczy, gdy spełnienie zalało moją
świadomość przyjemną czernią, odbierając mi na moment wzrok.
Uśmiechnąłem się do niego błogo, gdy tylko odzyskałem zmysły,
całując delikatnie każdy, najmniejszy fragment jego twarzy. Był
taki piękny, gdy przyglądał mi się w połowie przymkniętymi
oczami, oddychając płytko. Przytuliłem go mocno do siebie,
przyciągając jego ciało do góry, trzymając go mocno za pośladki
i złączając nasze wargi w kolejnym, długim i mocnym pocałunku.
Przez chwilę wydawał się być zaskoczony, jednak sekundę później
zrozumiał, co zamierzałem zrobić, gdy ułożyłem go ostrożnie na
stole, jak najszybciej zsuwając z niego dresowe spodnie. Gdzieś
tam, w najdalszej części umysłu jakiś cichy głosik oznajmił mi,
że będę musiał odkupić Jay komplet filiżanek, które chłopak
zrzucił swoim ciałem, ale nie miało to dla mnie żadnego znaczenia
i sądząc po wyrazie twarzy szatyna, jego też to nieszczególnie
obchodziło. Jęczał pode mną, wyciągając w moim kierunku obie
ręce. Wczepił się paznokciami w moje plecy, zostawiając na nim
długie, krwiste smugi. Doskonale wiedział, co robił, doskonale
wiedział, jak podniecająco to na mnie działało. Zdjąłem prędko
ostatnią część materiału, jaka zasłaniała jego ciało.
-
Jesteś tylko mój - oznajmiłem, gryząc jego szczękę, a on
odchylił głowę, wzdychając w odpowiedzi i ułatwiając mi dostęp
do tego wrażliwego na mój dotyk miejsca. Chwytałem jego żuchwę
zębami, co jakiś czas przesuwając po niej koniuszkiem języka,
sprawiając, że wił się, szepcząc w amoku moje imię. Nachyliłem
się, obejmując wargami jego wrażliwy sutek i drażniąc go
kolistymi ruchami, a on westchnął w odpowiedzi, wyginając się w
łuk. Wbił paznokcie w mój kark, a ja od razu zrozumiałem, co
chciał mi tym przekazać. Odnajdując jego wpatrzone we mnie,
wypełnione pożądaniem, błękitne oczy, uniosłem dłoń ku jego
spierzchniętym wargom, wsuwając w nie dwa palce, które on ochoczo,
o cholera, zbyt ochoczo, oblizał, dając mi tym samym ponowny
pokaz swoich umiejętności. Jęknąłem głucho, a potem wszedłem w
niego ostrożnie, przygotowując go do momentu, w którym staniemy
się jednością. Oddech szatyna stawał się coraz szybszy, a z jego
gardła co jakiś czas wydobywały się przekleństwa i głośne
westchnięcia. Wpatrywałem się uważnie w jego twarz i kiedy
dostrzegłem, że jej rysy złagodniały, a mocny nacisk na moich
palcach zelżał, wiedziałem, że jest gotowy.
-
Proszę - wymamrotał gorączkowo, przyciągając mnie do kolejnego
już, namiętnego pocałunku - Proszę, zrób to wreszcie, proszę,
Harry...
- błagał
i boże, jak mógłbym mu domówić? To była sekunda. Sekunda, w
której znów staliśmy się idealnie pasującymi do siebie puzzlami,
w której wszystkie nasze problemy zniknęły, bo przecież czym
były, w porównaniu z tym przejmującym uczuciem bycia jednością?
Oddychaliśmy przez chwilę spazmatycznie, próbując złapać
powietrze w płuca, ale obaj wiedzieliśmy, że nie wytrzymamy w ten
sposób długo. Widziałem, że łopatki szatyna boleśnie uderzają
o twardą powierzchnie stołu i spodziewałem się ujrzeć tam
następnego ranka siniaki, ale jego rozmarzona twarz jasno pokazywała
mi, że nie czuje bólu, że jest już ponad nim. Jego biodra
wychodziły na przeciw moim, jęczał w amoku moje imię i to było
jak spełnienie marzeń. Louis zamknął oczy, skrywając swoje
zamglone z podniecenia tęczówki i wiedziałem, że koniec jest już
bliski. Zakląłem głośno, czując niesamowitą przyjemność,
kulminującą się w dole mojego brzucha i chwyciłem jego dłoń,
splatając nasze palce ze sobą. Rzeczywistość się rozpłynęła,
gdy opadłem na niego, dokładnie w momencie, w którym praktycznie
równocześnie osiągnęliśmy spełnienie, krzycząc wniebogłosy.
Roześmiałem się cicho, a potem odnalazłem w sobie resztki siły,
by ściągnąć go ze stołu, tuląc go mocno do siebie.
- Tak bardzo cię
kocham, ty skończony idioto...
*
Kiedy obaj byliśmy już
na tyle przytomni i na tyle ubrani, by móc wyjść z kuchni,
w której wciąż unosił się zapach nas, czułem się tak
skrępowany, jak jeszcze nigdy w życiu i sądząc po wyrazie twarzy
Louisa, on także obawiał się reakcji Jay i jego sióstr na
nie-takie-małe przedstawienie, które im zafundowaliśmy.
Zachichotałem cicho, obserwując jego zbyt oczywisty, ostrożny
chód, a on spiorunował mnie wzrokiem. Wziąłem głęboki,
uspokajający oddech i wspólnie otworzyliśmy drzwi.
- Mamo? - zawołał
szatyn, zaskoczony panującą ciszą. - Lottie? - Nigdzie jednak nie
było śladu po kobiecie, ani rodzeństwie chłopaka. Dom był pusty,
a ja roześmiałem się z ulgą. - Masz ochotę na drugą rundkę?
wspaniale czytało mi się ten rozdział, naprawdę. bardzo podobają mi się Twoje opisy, człowiek ma wrażenie, jakby to wszystko działo się naprawdę. to duża zaleta pisać w ten sposób :) oddanie uczuć Lou i Hazzy - rewelacyjne. aż się czuje, że jest to miłość, o której każdy marzy i której każdy chciałby doświadczyć. że coś takiego naprawdę się zdarza.
OdpowiedzUsuńw trakcie lektury było mi jednak trochę smutno, zwłaszcza w momentach bliskości pomiędzy chłopakami. wszystko rzecz jasna przez wydarzenia, które ostatnio ujrzały światło dzienne. ciężko było mi wyrzucić z głowy to, że sytuacje, o których pisałaś w tym rozdziale (mniej lub bardziej do nich zbliżone) mogą już więcej nie mieć miejsca. eh.
Boże, dziękuję za taki długi i wyczerpujący komentarz, jesteś moją motywacją do tego, by usiąść i pisać dalej. Dzięki takim wypowiedziom czuje, że to co robię ma sens, że ktoś NAPRAWDĘ chce mnie czytać. Nie wyobrażasz sobie, jak cholernie było mi miło czytając go.
UsuńMnie też ciężko jest wyrzucić z głowy wydarzenia, które miały miejsce niedawno. Ale wierzę, że są silni. Przeszli już tak wiele, że i to pokonają.
Jezu, Jill... Zapomniałam jak się myśli i tym bardziej jak się pisze, bo to było takie gorące, że nie mam słów! I, dobra pominę, że Louis był dołem, ale... strasznie mi się podobało! Chyba po raz pierwszy się nie rozpiszę, choć zazwyczaj lubię to robić. Dzisiaj brakuje mi języka w gębie!
OdpowiedzUsuńW ogóle, nie trawię Eleanor w Twoim opowiadaniu - zimna z niej suka...
Pozdrawiam! ;))
A czy Ty kiedykolwiek trawisz El? ;>
UsuńStarałam się, cieszę się, że mi wyszło, haha!
UsuńHazza górą, wiem, strasznie dziwnie mi się to pisało, ale przegrałam zakład (o którym pewnie wiesz hehe) i cóż, obietnica jest obietnicą :-)
Ja nie trawię El w ogóle, hehe. :D
Huh.. wow.. nie spodziewałam się tak szybko kolejnej "interakcji" między Harry'm i Lou. Była przygotowana czekać i czekać, a tu... WOW ;)
OdpowiedzUsuńNie interesuje się 1D jakoś zbyt dogłębnie(zaczęłam się nimi trochę interesować dzięki Tobie ;)), więc nie wiem, jak tam jest w rzeczywistości z Eleanor, ale obecnie szczerze nienawidzę suki.
I w ogóle: Uwielbiam to.! <3
Cieszę się, że Ci się podobało i cieszę się, że trochę przekonujesz się do 1D. Ja też nie jestem ich wielką, szaloną fanką, ale Larry pochłonął całe moje serce i głównie ze względu na nich zaczęłam się nimi interesować :)
UsuńA ja uwielbiam takie komentarze, dziękuję, że zdecydowałaś się coś po sobie pozostawić, zawsze milej mi pisać ze świadomością, że ktoś czyta moje wypociny! :) :*
"i chciałem go więcej, i więcej chciałem'
OdpowiedzUsuńI chcę tego więcej, i więcej chcę.
Cieszę się, haha! :)
Usuńbardzo bardzo mi się podoba :3 nie mam dziś weny do komentarzy, przeczytałam sobie teraz 3 rozdziały, bo miałam zaległości. Czekam na więcej, jak zwykle <3
OdpowiedzUsuńDziękuję, że mimo braku weny dałaś znać o swojej obecności, zawsze milej mi się pisze, kiedy wiem, że mam dla kogo pisać :)
Usuń<3
jesteś niesamowita, czytanie tego fanfica to sama przyjemność. na każdy rozdział wyczekuje codziennie i absolutnie jest to tego warte. gratuluje talentu i nigdy nie zaprzestań pisania bo jesteś świetna! A Harry i Louis - cóż - nie można znaleźć piękniejszego połączenia.
OdpowiedzUsuńP.S tak, płakałam czytając tego fanfica. tak, dziękuje Ci za to <3
Jeeej, bardzo dziękuję za tyle miłych słów! <3 Naprawdę, nie wyobrażasz sobie, jakie to cudowne uczucie, wiedzieć, że ktoś docenia to, co piszę, że komuś się to podoba... Mam nadzieję, że kolejne rozdziały Cię nie zawiodą :)
UsuńNie chciałam nikogo doprowadzić do łez! Ale jeśli to były dobre łzy, to nie masz za co dziękować! <3
Moja doskonała Jill <3 Cała scena baaardzo mi się podobała, nawet ta, której normalnie nie lubię jak sama wiesz ;-) Marzę o drugiej rundce, i dziesiątej rundce i o wielu rundkach. Dalej rozbrzmiewają mi słowa ich kłótni, szczególnie te Harrego. Mam nadzieję, że szybko napiszesz więcej! I HARRY GÓRĄ ZAWSZE! :))))) Kocham Cię <3
OdpowiedzUsuńHarry górą tylko gdy przegram zakład!
UsuńKocham też <3
"Zobaczymy co się da zrobić"
UsuńTrafiłam na twoje opowiadanie dzisiaj. Jest świetne! <3
OdpowiedzUsuńUmiesz oddać doskonale sytuację, tak że możemy sobie wyobrazić.
Pracuj dalej, mam nadzieje że kolejne będą tak samo cudowne ;)
Bardzo, bardzo dziękuję <3
Usuń