środa, 25 grudnia 2013

Rozdział osiemnasty

I know what I used to listen
And I know I became dismissive

Wszystkie moje kości strzyknęły głucho, gdy przeciągnąłem się na łóżku, ziewając głośno. Przetarłem zaspane oczy, próbując sprawić, by otworzyły się szeroko, jednak po tak krótkim czasie od przebudzenia, było to bez jakiegokolwiek sensu. Musiało minąć kilka sekund, zanim zorientowałem się, gdzie się znajduję i dlaczego nie spędziłem nocy we własnej sypialni, we własnym łóżku. Uśmiechnąłem się delikatnie, gdy układając się z powrotem na pościeli w drobne kwiatki, którą sam podarowałem Gemmie; tym razem jednak przesuwając się na jej prawą stronę. Pachniała cytrusami, męską wodą kolońską i czymś jeszcze, co uwielbiałem określać po prostu Louisem. Zaciągnąłem się mocno tym cudownym aromatem, przytulając twarz do poduszki, na krótki moment po prostu się w nim zatracając. Gdy jednak zdecydowałem się wreszcie otworzyć powieki, roześmiałem się pod nosem na widok ukochanej filiżanki Louisa, stojącej na szafce nocnej. Poranna herbata była jednym z jego najbardziej uroczych nawyków. Bardzo, tak cholernie mocno mi tego brakowało.
W dobrym nastroju, podniosłem się z łóżka, chwiejnym krokiem ruszając w stronę salonu, w którym spodziewałem się go zastać. Przydługie, szare spodnie od dresu marszczyły się na moich nogawkach, sprawiając, że prawie potknąłem się o własne nogi. Nie myliłem się, był tam i wyglądał tak pięknie, że na moment wciągnąłem głęboko powietrze, po prostu patrząc na niego, zupełnie niezdającego sobie sprawy z tego, że na niego zerkam.
Szczupłe ciało ukrył moim rozciągniętym, granatowym swetrem, tak mocno podkreślającym to, ile w ostatnim czasie schudł. Miał też na sobie jedne ze swoich ukochanych, obcisłych spodni, podwiniętych przy nogawkach. Zastanawiałem się przez chwilę, czy to normalne, że świetnie widoczne kostki przy jego stopach pociągały mnie tak bardzo, ale cholera, wszystko jedno, były po prostu piękne, on cały taki był. Najdłużej jednak przyglądałem się jego twarzy. Bystre, błękitne oczy, otoczone firanką gęstych, ciemnych rzęs, wpatrzone były w ekran laptopa, którego trzymał na kolanach. Westchnąłem głęboko, odrobinę zbyt głośno, zwracając tym samym jego uwagę na siebie.
- Dzień dobry – uśmiechnąłem się do niego szeroko, podchodząc bliżej. Louis odpowiedział tym samym, wyciągając w moim kierunku telefon, w którym szybko rozpoznałem własny. Zmarszczyłem brwi.
- Nick dobijał się do ciebie kilka razy od rana. Zabrałem telefon z sypialni, żebyś mógł się w spokoju wyspać – powiedział spokojnie, a ja wstrzymałem oddech. Już sam fakt, że chłopak nazwał dziennikarza po imieniu sprawił, że delikatnie zadrżałem, neutralny ton jego głosu tylko pogłębił moje zaskoczenie. Musiałem mieć wymowną minę, bo wargi szatyna uniosły się delikatnie, kiedy znów skupił wzrok na swoim laptopie, kontynuując swoją wypowiedź – Chciałbyś się z nim spotkać? – zapytał, a ja zmieszałem się. W głębi serca, wybaczyłem już starszemu mężczyźnie i tęskniłem za jego poczuciem humoru i tym, jak zawsze potrafił mnie pocieszyć i zrozumieć, jednak nie wiedziałem, czy jestem gotowy na to, by przyznać się z tym przed Louisem. Jego opanowanie wydawało mi się bardzo powierzchowne, bałem się, że gdy mu potwierdzę, urządzi mi olbrzymią awanturę.
- Chciałbym trochę odpocząć, ja… - zacząłem, na dobrą sprawdzę nie wiedząc nawet, co chcę powiedzieć – Myślałem, że on i ja…
- Zadzwoń do niego, Harry – przerwał mi, wpatrując się we mnie uważnie oczyma w kolorze letniego nieba. Czułem, jak każdy nerw mojego ciała napina się pod jego pewnym spojrzeniem – Chcę ci zaufać – dodał, przesuwając się wymownie na kanapie, bym mógł obok niego usiąść. Natychmiast to uczyniłem, wtulając się lekko w jego bok. Jego zapach był tak intensywny, że zakręciło mi się w głowie i ledwie zauważyłem moment, w którym chłopak podał mi do ręki mój telefon, spojrzeniem sugerując mi, co powinienem zrobić. To było dziwne uczucie, dzwonić do Grimshawa, czując ramię Louisa, ciasno oplatające moje barki i jego wargi oparte na moim czole.
Brunet odebrał już po pierwszym sygnale, zupełnie tak, jakby wyczekiwał mojego telefonu.
- Cześć Nick – zacząłem niepewnie, uśmiechając się łagodnie, gdy poczułem, jak szatyn składa czuły, delikatny pocałunek w moich włosach. – Przepraszam, że nie odebrałem wcześniej, spałem. Wczoraj wylądowaliśmy bardzo późno i kiedy w końcu trafiłem do własnego łóżka, zasnąłem jak dziecko. – Sam nie wiem nawet, dlaczego tyle mu mówiłem. Dziennikarz sprawiał, że rozwiązywał mi się język, choć jeszcze przecież nie odezwał się do mnie słowem.
- Harry – głos mężczyzny przepełniony był ulgą i nieukrywaną radością. Westchnąłem cicho, gdy wargi Louisa przesunęły się z moich loków na skroń, a później wystające kości policzkowe i szczękę. – Tak się cieszę, że oddzwoniłeś – powiedział, a ja przez sam ton, w jakim wypowiedział te słowa, mogłem wyczuć rozpierającą go od środka radość. Louis zacisnął palce na moim wystającym barku odrobinę mocniej. – Cholera, Styles. Zastanawiałem się, czy nie miałbyś ochoty się ze mną dziś spotkać. Moglibyśmy iść razem na kawę, spokojnie porozmawiać. Oczywiście, jeśli masz na to ochotę – propozycja chłopaka zawisła w powietrzu. Zerknąłem prosto w oczy Lou, który skinął delikatnie głową, wyrażając tym samym niemo zgodę.
- Chętnie, Nick, ja… - W tej samej sekundzie zaczerwienione wargi niebieskookiego odnalazły wrażliwy punkt na mojej szyi i westchnąłem do słuchawki, obserwując, jak na moich ramionach pojawia się gęsia skórka. Klepnąłem delikatnie go w bok, a on uśmiechnął się do mnie wesoło – Przepraszam – odchrząknąłem głośno, zerkając karcąco na Lou, który wyglądał na najbardziej zadowoloną osobę na świecie. – Mógłbym być pod twoim domem choćby zaraz. Co o tym myślisz? – zapytałem, kątem oka obserwując, jak palce szatyna wkradają się pod moją koszulkę. Szalenie delikatne i zaskakująco miękkie opuszki palców zataczały maleńkie kółka wokół moich kości biodrowych, pępka, napiętych od jego dotyku mięśni brzucha… Wciągnąłem głośno powietrze, gdy, niby przypadkiem, zahaczył koniuszkiem paznokcia o moją wrażliwą brodawkę.
- …Harry? – głos Grimshawa dobiegł do mnie jakby z innej galaktyki. Pocałowałem delikatnie czubek nosa szatyna, uśmiechając się do niego wymownie. Ten wzruszył jedynie ramionami, puszczając mi oczko. Cholera, te rzęsy…
- Przepraszam, Nick, zamyśliłem się. Mógłbyś powtórzyć? – zapytałem, odtrącając łagodnie rękę Louisa, którą ten znów próbował wytrącić mnie z równowagi. Chłopak skrzywił się nieznacznie, krzyżując ramiona na klatce piersiowej.
- Powiedziałem tylko, że będę na ciebie czekał – usłyszałem po drugiej stronie słuchawki. Uniosłem delikatnie kąciki warg ku górze.
- W porządku. Będę u ciebie za pół godziny – powiedziałem, kończąc tym samym rozmowę. Zanim jeszcze zebrałem się do garażu, nachyliłem się nad Louisem, składając na jego niecierpliwych wargach długi, czuły pocałunek.



*


Położona w mojej ulubionej dzielnicy Londynu kawiarnia, do której się wybraliśmy, była niedostępna dla ludzi z zewnątrz i paparazzi, a jednak jej przytulne wnętrze dawało mi jakąś namiastkę normalności, za którą tak często ostatnio tęskniłem. Wszystkie meble i ściany były w najróżniejszych odcieniach brązu i beżu, dając tym samym kawiarni ciepłego, nieco rodzinnego klimatu. Stoliki były umieszczone we wnękach, nadających prywatności i oddzielających siedzących przy nich ludzi od innych gości. Wszędzie było mnóstwo roślin, a w powietrzu unosił się zapach świeżo parzonej kawy i dopiero co wyjętego z piekarnika ciasta czekoladowego. 

Trzymałem w dłoniach kubek z moją ulubioną, cytrusową herbatą, podczas gdy Nick dopijał właśnie drugą już z kolei kawę i machał dłonią na kelnerkę, chcąc zamówić następną. Był od niej uzależniony, choć nigdy się do tego otwarcie nie przyznał i tak bardzo przypominał mi pod tym względem Louisa, który przy braku swojego ukochanego napoju dostawał furii, jednak nigdy nie przyjmował do siebie tego, że reaguje przesadnie. Widziałem, że Grimshaw od dłuższego czasu walczył ze sobą, najwyraźniej zastanawiając się, w jaki sposób i czy w ogóle zadać mi jakieś pytanie, więc uśmiechnąłem się do niego zachęcająco, odstawiając duży, porcelanowy kubek na przykryty obrusem w kolorze mlecznej czekolady, stolik.
- Jak bardzo spieprzyłem ci życie? – zapytał w końcu, a ja westchnąłem głęboko, zanim zdecydowałem się odpowiedzieć. Szukałem w głowie odpowiednich słów, starając się nie zrzucać całej winy na niego samego.
- Sam je sobie spieprzyłem – skwitowałem, zanim zdecydowałem się kontynuować - Jestem pewien, że to prędzej czy później i tak by się wydało, ale może gdyby Louis dowiedział się o tym w inny sposób… Może zareagował by trochę lepiej. Nick, ja jeszcze nigdy nie widziałem go w takim stanie. Boże, on się na mnie rzucił i wcale przy tym nie żartował. Przysięgam, byłem pewien, że mnie zamorduje Nie wiem, jak by się to skończyło, gdyby nie interwencja Liama. Ale później było z nim jeszcze gorzej.
- Boże, Harry… - przerwał mi, jednak uniosłem do góry dłoń, chcąc, by pozwolił mi dokończyć. Natychmiast zamilkł, wpatrując się we mnie uważnie zza długich, naturalnie podkręconych rzęs.
- Unikał mnie jak ognia. Za nic w świecie mnie do siebie nie dopuszczał, nie chciał ze mną rozmawiać. Codziennie za to wysłuchiwaliśmy skarg na jego głośne zachowanie, gdy upijał się w swoim pokoju. Naprawdę, nie jestem w stanie logicznie wytłumaczyć ci, w jaki sposób się z tego wszystkiego podnieśliśmy. Ogromną rolę miała w tym Gemma, ale dobrze wiesz, jaka ona jest – powiedziałem, posyłając mu znaczące spojrzenie. Mężczyzna uśmiechnął się w odpowiedzi, przytakując mi gestem – W każdym razie, kiedy między nami zaczynało się układać, pojawiła się ta cholerna Calder i jej wymyślona ciąża.
- Co?! – Nick wyglądał na równie zaskoczonego, co zniesmaczonego. Pokiwałem głową, dokańczając myśl.
- Wmawiała nam, że jest w ciąży z Louisem i kurwa, byłem w stanie go zostawić, byleby mógł wychowywać tego dzieciaka z nią w normalnej rodzinie, jeśli mogę to tak w ogóle nazwać – westchnąłem – Ale Gemma znów wybawiła nas z opresji, podsuwając jej test ciążowy i demaskując oszustwo. Cholera, nie wiem, gdzie teraz bym bez niej był, ale z całą pewnością już dawno straciłbym Lou. Teraz jest między nami w porządku, myślę, że będzie się układać coraz lepiej. Wrócił do mojego domu – dodałem, uśmiechając się delikatnie. Nick wziął głęboki oddech, przygryzając lekko pełną, dolną wargę. - Teraz szukamy dla siebie czegoś nowego.
- Twoje szczęście jest dla mnie najważniejsze – powiedział powoli, przesuwając w palcach pierścionek, który kilka sekund wcześniej zsunął z jednego z nich. – Ale nigdy nie przestanę uważać, że zasługujesz na kogoś lepszego, niżeli Tomlinson – dodał, a ja niemalże uśmiechnąłem się, słysząc, z jaką pogardą wypowiedział ostatnie słowo.
- Nie znasz go, Nick. W ogóle go nie znasz – powiedziałem, chwytając wciąż jeszcze ciepły kubek w lewą dłoń i wypijając herbatę do końca.
- Być może nigdy tak naprawdę nie chciałem go poznawać – mruknął, zamyślając się. Spróbowałem delikatnie unieść kąciki warg, jednak na mojej twarzy pojawił się jedynie niezrozumiały grymas. – Lepiej mi, kiedy mam go za rozpuszczonego dupka – powiedział po chwili, a ja roześmiałem się, w czym szybko mi zawtórował. Nie chciałem tego dłużej ciągnąć.
Spędziliśmy w kawiarni jeszcze kolejne dwie, a może i trzy godziny, wygłupiając się i rozmawiając na luźniejsze tematy. Cało napięcie, jakie się między nami wytworzyło i trudny do przeskoczenia dystans, zniknęły bezpowrotnie. Tak dobrze było znów mieć go przy sobie.



*



Kiedy przekroczyłem próg naszego domu i zobaczyłem minę Louisa, stojącego w kuchni z telefonem w ręku, wiedziałem, że wyjście z Nickiem było złym pomysłem. Nie wyglądał na zdenerwowanego, jednak rysy jego twarzy były zaostrzone, a on sam jakby zapadł się w sobie. Był zwyczajnie smutny, a ja nie mogłem znieść myśli, że to wszystko moja wina.
Podszedłem do niego, oplatając ramionami jego ciało, po raz kolejny tego dnia zaciągając się jego zapachem. Chłopak uśmiechnął się lekko, gdy złożyłem delikatny pocałunek na jego szczęce. Czajnik, który ten wcześniej wstawił, wydał z siebie charakterystyczne pyknięcie, oznaczające, że woda zaczęła wrzeć.
- Przepraszam, że z nim wyszedłem, Lou. Nie chciałem, żeby było ci przykro – wyrzuciłem z siebie, obserwując, jak ten spokojnym, wyuczonym ruchem zalewa torebkę z herbatą. Uśmiechnął się do mnie lekko.
- To nie z tego powodu mam kiepski humor – powiedział spokojnie, sięgając ręką po cukierniczkę. Louis robiący herbatę był fascynującym zjawiskiem. Wyglądał wtedy tak, jakby wykonywał jakiś tylko sobie znany rytuał i w zasadzie, być może właśnie tak było. – Chodzi o mojego dziadka, Hazz – wytłumaczył szybko, a ja uniosłem pytająco brew, zachęcając go do dalszych zwierzeń. - Boże, mam już dosyć całej mojej rodziny, ale Keith jest z nich wszystkich najgorszy – warknął, chwytając w dłoń porcelanę i siadając przy stole. Zająłem miejsce obok niego, słuchając go uważnie. - Znów wdał się w niepotrzebną kłótnię na twitterze z jakąś biedną larry shipper. Cholera, nie mogę uwierzyć w jego bezmyślność. Czy on naprawdę sądzi, że jeśli milionowy raz zaprzeczy temu, że jestem gejem, naprawdę przestanę nim być? Kurwa, nie mogę się doczekać, aż znów zapyta mnie, dlaczego nie obserwuję go na tym idiotycznym portalu, przysięgam, że…
- Lou, spokojnie – przerwałem mu, przykrywając jego drżącą dłoń swoją własną. – Szkoda twoich nerwów. On był taki od zawsze i nic tego nie zmieni, nic na to już nie poradzisz, nawet jeśli bardzo tego chcesz – dodałem, zerkając na jego zaczerwienioną ze złości twarz. Chłopak westchnął głośno.
- Najbardziej boli mnie fakt, że zmanipulował mamę. Cholera, ona cię uwielbiała, Harry, a teraz nie może znieść nawet twojego imienia, od kiedy ubzdurała sobie, że mógłbym mieć kobietę. Nie przerywaj mi. – Dodał, widząc, że już otwieram usta, by się wypowiedzieć – To okropne, mieć świadomość, że nie możesz być sobą nawet przy swojej rodzinie. Całe szczęście, że twoja mama mnie tak kocha, nie wiem, jak bym sobie bez niej poradził – westchnął, chowając twarz w dłoniach. Próbowałem je od niej odciągnąć, jednak jego ręce były jak z marmuru. – Daj mi teraz spokój, Harry, dobrze? Poczekaj na mnie w sypialni. Potrzebuję pobyć chwilę sam – wymruczał, wyganiając mnie, gdy ponownie chciałem zmusić go, by na mnie spojrzał. Zrezygnowany, westchnąłem, wychodząc z kuchni.



*



Sam nie wiem nawet kiedy zasnąłem, ale gdy po jakimś czasie obudził mnie czuły pocałunek we włosy i zorientowałem się, że zostałem pozbawiony spodni i koszulki, zdałem sobie sprawę, że przespałem całą noc. Chłopak nie wydawał się być jednak zły, wręcz przeciwnie, przywitał mnie jeden z najpiękniejszych uśmiechów, jakie dane mi było w życiu zobaczyć. Był bardzo podekscytowany i ze zdziwieniem odkryłem, że założył na siebie jedną ze swoich ukochanych, dość eleganckich koszul.
- Co się dzieje, Lou? – zapytałem, podnosząc się leniwie z łóżka. Kąciki ust szatyna uniosły się tak wysoko, że wydawało mi się to wręcz groteskowe.
- Kupiłem nam dom, Harry – oznajmił, chwytając mnie w ramiona. Zmarszczyłem brwi, cały sztywniejąc. Nie byłem zachwycony tą informacją. Skrzywiłem się nieco, zanim zdecydowałem się coś powiedzieć.
- Myślałem, że to ma być wspólna decyzja, nie twoja własna – warknąłem chłodno, jednak to go zupełnie nie zraziło. Pogładził wierzchem dłoni mój policzek, łapczywie biorąc powietrze w płuca.
- Nie bądź na mnie zły, Hazz. Jestem pewien, że się w nim zakochasz – powiedział, podchodząc w stronę mojej szafy i rzucając we mnie spodniami i jedną z ładnych, bawełnianych koszulek. – A jeśli nie, możemy odstąpić od umowy w ciągu miesiąca. Ubieraj się, chcę móc ci pokazać nasze nowe mieszkanie! – zawołał entuzjastycznie, ostentacyjnie machając kluczykami od auta w moim kierunku.


*



- Chryste Lou, daleko jeszcze? – zapytałem, gdy zauważyłem, że wyjechaliśmy poza granice Londynu, miasta, które kochałem ponad wszystko. Wyprowadzka z niego wcale mi się nie podobała, skrzywiłem się więc delikatnie, choć próbowałem z całych sił nie nastawiać się negatywnie. Chłopak uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi, włączając radio. Mruczał bezmyślnie jedną ze swoich ukochanych piosenek The Fray, tą sama, za którą w zasadzie nie przepadałem, podczas gdy ja obserwowałem zmieniające się widoki zza okna. Zastanawiałem się, co takiego wspaniałego było w tym domu, co sprawiło, że Louis zdecydował się kupić go właściwie w ciemno, nie trudząc się nawet, by go zwiedzić. Cóż, im dłużej się nad tym głowiłem, tym bardziej byłem pewien, że stawił się w nim, podczas gdy ja wyszedłem do kawiarni z Grimshawem. Cholerny zdrajca.

Minęło jeszcze pięć, ciągnących się godzinami minut, zanim szatyn zatrzymał w końcu auto, gdzieś pośrodku lasu, w samym centrum niczego. Zgasił silnik, odpiął pasy i wyszedł, uśmiechając się do mnie ciepło przez przednią szybę. Wysiadłem z samochodu, pospiesznie zawiązując sobie na szyi gruby, czarny szal, który zdjąłem wcześniej z powodu ogrzewania i momentalnie ukryłem w nim nos. Była już późna jesień, na dworze zaczynało się robić z dnia na dzień coraz zimniej, a ja zawsze byłem okropnym zmarzluchem. Patrzyłem na niego z niedowierzaniem, bez trudu orientując się, że znajdujemy się na podjeździe. Cholernie długim podjeździe. Dom, który z wysiłkiem dostrzegłem na horyzoncie, był z obecnej perspektywy wielkości paznokcia. Ku mojemu zdziwieniu, chłopak wplótł swoją dłoń w moją własną. Automatycznie ją puściłem, rozglądając się nerwowo. Czułem się jak zaszczuty pies, ale przecież każdy mógł nas śledzić. Paparazzi nawet teraz mogli obserwować nas zza drzew tego młodego, pachnącego mchem i mokrą kora, lasu. Niebieskooki nie dawał jednak za wygraną, ponownie chwytając mnie za rękę. Zerknąłem na niego pytająco.
- Nasze, Harry. To wszystko jest nasze. Nikt nie ma tutaj wstępu – oznajmił spokojnie, uśmiechając się lekko na widok mojej zaskoczonej miny. – Moglibyśmy od razu podjechać pod sam dom, ale chciałem pokazać ci najpierw to miejsce – dodał, rozpościerając szeroko ręce. Pokręciłem z niedowierzaniem głową, jednocześnie rozumiejąc, co miał na myśli. Bardzo trudno było mi sobie wyobrazić, że miejsce, w którym obecnie się znajdywałem, jest położone tak blisko głośnego, ruchliwego miasta jakim jest Londyn. Młody, jeszcze całkiem niski lasek pachniał świeżością i przez moment wyobraziłem sobie, jak cudownie by się po nim biegało z samego rana…
- Od kiedy jesteś romantykiem? – zapytałem po dłużej chwili milczenia, nachylając się do niego i całując ostrożnie lewy kącik jego warg. Szatyn uśmiechnął się delikatnie w odpowiedzi, a potem uścisnął mnie mocno, nim ponownie otworzył auto, gestem ręki mnie do niego zapraszając. Wsiadłem bez słowa, nie trudząc się nawet, by zapiąć pasy.
Im mniej dzieliło mnie od kupionego przez niego domu, tym szybciej biło mi serce, a kiedy w końcu, sam już nawet nie wiem, po jakim czasie, stanąłem na pierwszym stopniu werandy dużego, nowoczesnego, a jednocześnie cudownie swojskiego domu, pomalowanego na czekoladowy brąz i z wydawać by się mogło, tysiącem okien. Jedyne, co wydostało się z moich ust, to głuche westchnięcie, bo malownicza posiadłość ze ścianami imitującymi drewno była ostatnim, czym się spodziewałem. Oczy Louisa zaświeciły się, gdy wyciągnął z kieszeni płaski, podłużny klucz, otwierając tym samym z cichym skrzypnięciem drzwi frontowe.

W domu było zaskakująco jasno. Ta idiotyczna myśl pierwsza przyszła mi do głowy jako pierwsza, gdy wreszcie przekroczyliśmy próg domu, ale najzwyczajniej w świecie nie spodziewałem się tego po budynku, znajdującego się gdzieś w głębi lasu. 

Rozumiałem już, dlaczego Louis tak bardzo się w nim zakochał. Sufit umieszczony został wysoko nad naszymi głowami i był niemal całkowicie przeszklony. Niebo nad nami zdawało się być namalowane. Wnętrza były urządzone bardzo nowocześnie, ale jednocześnie przytulnie. Panele wykonane z ciemnego drewna idealnie kontrastowały z białymi, puszystymi dywanami, jakie zostały na nich położone. Miałem wrażenie, że cały świat wiruje pod moimi stopami. Nie mogłem uwierzyć, że wszystko na co patrzę, jest teraz moje. Nasze.
- Poczekaj, aż zobaczysz resztę domu – mruknął mi wprost do ucha, a ja wstrzymałem powietrze, uśmiechając się w jego kierunku. – Ktoś stworzył go specjalnie dla nas – dodał, a ja nie mogłem się z nim nie zgodzić.

 __________________________________
 Kilka spraw organizacyjnych.
1. Tym rozdziałem zaczynamy powoli odchodzić od interpretowania rzeczywistości. W kolejnych rozdziałach większość wydarzeń będzie oparta już tylko i wyłącznie na mojej wyobraźni, jedynie z elementami z prawdziwego życia chłopców.
2. Mam już rozpisane całe opowiadanie, aż do końca. Przed nami (nie wliczając tego) jeszcze cztery rozdziały i epilog.  
3. Przepraszam za tyle fluffu w tym rozdziale. Nie wiem, czy to was ucieszy, czy zmartwi - w kolejnych rozdziałach to zdecydowanie się zmieni.
4. Chciałabym Wam wszystkim życzyć cudownych, rodzinnych świąt! Cieszcie się wolnym, wyśpijcie się za wszystkie czasy. Mam nadzieję, że dostaliście dziś (a raczej wczoraj) wymarzone prezenty pod choinkę. Za wszelkie komentarze bardzo dziękuję! :)

5 komentarzy:

  1. Ojej ojej bardzo bardzo cudowny rozdzialik, jedyne co mogę napisać to długie awwwwwwww :3
    Jej, zasmuciła mnie informacja co do tego, że jeszcze tylko 4 rozdziały :((((((
    Kocham kocham kocham to opowiadanie omg <3 nie wiem, jak zniosę zakończenie, haha.
    Też Ci życzę wesołych świąt i wszystkiego dobrego w nowym roku! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Na pocieszenie - nie rzucę pisania, wciąż będą pojawiały się jednoczęściówki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och to cudownie! :) Ale jednak jednoczęściówki to nie to samo, co jedno piękne, spójne opowiadanko :( Nie jest to wyrzut z mojej strony, bo rozumiem, że pewnie nie masz czasu na ciągłe pisanie, ale jakby przyszedł Ci kiedyś do głowy pomysł na kolejne opowiadanie to wiedz, ze jestem w 1000% za :)

      Usuń
  3. ciekawa jestem co się kryje za tym kupnemnowego domu :)
    co to znaczy fluff?

    OdpowiedzUsuń
  4. Kochana! <3 To takie kochane! Takie och! Z jednej strony nie mogę doczekać się końca-(mam nadzieję) szczęśliwego Larry z dala od paskudnej rzeczywistości, a z drugiej- TYLKO 4 rozdziały?! Och Jill.! Uwielbiam to, jak piszesz!
    Weny, weny i jeszcze raz weny Miśku <3

    OdpowiedzUsuń