sobota, 21 grudnia 2013

Rozdział siedemnasty

 
My God, amazing how we got this far
It's like we're chasing all those stars


Od dziecka nie potrafiłem dobrze znosić pożegnań. Kiedy moja siostra wyjechała z przyjaciółkami na swoje pierwsze, nastoletnie wakacje pod namiot, zostawiając mnie z mamą i ojczymem w domu, płakałem bez przerwy przez trzy dni. Chociaż miałem wtedy skończone trzynaście lat i byłem już całkiem dojrzały, jak na swój wiek, żadne słowa i zapewnienia Gemmy czy rodziców nie potrafiły mnie uspokoić. Bałem się, że odejdzie na zawsze i nas zostawi, tak jak kiedyś zrobił to nasz biologiczny ojciec i żadne logiczne argumenty do mnie nie docierały. Przez jakiś czas po jej powrocie znad morza nie byłem w stanie jej zaufać i złościłem się za każdym razem, gdy próbowała opowiedzieć mi jakąś zabawną historię z wakacji.
Kiedy rok później pożegnałem swojego ukochanego psa, Anne wielokrotnie musiała zmuszać mnie, bym przestał przesiadywać w jego legowisku, którego nie pozwoliłem jej wyrzucić; czekając, aż wróci. ­­Miałem też nieznośny nawyk ciągłego wołania go i wpadałem w histerię za każdym razem, gdy ktoś uświadamiał mnie, że Bean już nigdy nie przybiegnie do mnie z potarganą sierścią i wywieszonym językiem. Długo musiałem się przyzwyczajać do myśli, że już go nie ma i w zasadzie gdyby nie fakt, że niezawodna Gemma przyniosła mi któregoś sierpniowego dnia do pokoju małego, czarnego kota, który jak nikt inny potrzebował mojej miłości i opieki, pewnie opłakiwałbym go do dziś.
Zawsze byłem nad wyraz wrażliwy i nieco kobiecy pod względem emocjonalnym. Kiedy byłem zaledwie kilkuletnim chłopcem, moja babcia czasem się śmiała, że ja i Gemma powinniśmy zamienić się ciałami. Zwykle obrażałem się wtedy na nią, odchodząc do swojego pokoju czy chowając się za szczupłymi nogami mojej mamy; teraz jednak wiem, że miała stuprocentową rację.
Ostatni koncert trasy Take Me Home wydawał się być czymś nierealnym. Przyzwyczaiłem się już do właściwie codziennych występów przez tłumem kilku tysięcy fanek i myśl, że wracam do domu wydawała mi się nieprzyjemna i dziwna. Wszystkie piosenki każdy z nas śpiewał zdecydowanie staranniej i bardziej emocjonalnie, niż zazwyczaj, bo gdzieś w naszych głowach tkwiła świadomość, że śpiewamy je w takim zestawie po raz ostatni. Być może jeszcze kiedyś wykonamy którąś z nich na jakimś koncercie czy rozgrzewce przed nim, jednak nigdy więcej nie powtórzymy repertuaru, z jakim występowaliśmy przez rok. Ta świadomość była dziwnie bolesna i ciążyła na moim umyśle prawie z taką samą siłą, jak śmierć małego Beana, choć były to zupełnie nieporównywalne rzeczy. Nie rozumiałem tego, nie rozumiałem swoich odczuć. Nie traciłem przecież czegoś materialnego, zyskiwałem za to kilka miesięcy (bardzo względnego) spokoju. Występy w nowo zaplanowanej trasie były na ten moment rozpisane już prawie do końca 2014 roku. A mimo to, w moich oczach kręciły się łzy, gdy cała nasza piątka uścisnęła się mocno, zakańczając tym samym ostatni koncert Take Me Home. Nie umknęło to uwadze Liama, który chwycił mnie w swoje ramiona jakiś czas później, gdy z ponurą, nieco przygaszoną miną, wciągałem na siebie świeżą, pachnącą proszkiem do prania koszulkę.
- Syndrom Bean’a? – zapytał, ściskając mnie mocno, a ja odetchnąłem z ulgą, bo nikt nie przytulał tak, jak on. Wszyscy w zespole znali tę historię i w ten sposób zawsze nazywaliśmy stan, w którym jest nam przykro z powodu końca czegoś albo gdy zwyczajnie musieliśmy się ze sobą pożegnać, nawet jeśli było to tylko kilka dni. Kiwnąłem więc lekko głową, w duchu zastanawiając się, kiedy ramiona Payne’a rozrosły się do takich rozmiarów. – Daj spokój, stary – mruknął, przyciągając mnie do swojej klatki piersiowej jeszcze bliżej, o ile to w ogóle było możliwe – Pomyśl lepiej o Halloweenowej imprezie, która nas czeka za kilka godzin. Wybrałeś już strój? – zapytał, a ja uśmiechnąłem się szeroko na samą myśl.



*



 - Kurwa, Styles, chyba sobie żartujesz – tubalny śmiech Nialla zagłuszył cichy głos naszej stylistki, rozmawiającej z kimś przez telefon. Dziewczyna skrzywiła się, wyciągając w naszą stronę środkowy palec; kilkanaście sekund wcześniej prosiła nas o to, byśmy pozostali cicho. – Naprawdę chcesz tak wyjść do ludzi? – zapytał głośno, a przez jego pomalowaną na biało twarz przebijał się czerwony kolor, gdy próbował złapać oddech.
- To nasza impreza, możemy robić to, co chcemy* - zanuciłem w odpowiedzi, wyginając się zabawnie w małym piruecie. Klepnąłem się w pośladki, puszczając do niego oczko. Alkohol, który zdążyłem wypić w czasie przygotowań, sprawiał, że wirowało mi w głowie.
- Tommo cię widział? – zapytał blondyn, zwijając się ze śmiechu. Pokręciłem przecząco głową, pochylając się, by dmuchnąć do niego zalotnego całusa. W tym samym momencie do pomieszczenia weszła przebrana za zombie Gemma i Liam w stroju piłkarskim. Oboje zareagowali na mój widok tak samo, zakrywając sobie usta dłońmi. Niall parsknął jeszcze głośniej, rozmazując sobie farbę w okolicach ust. Mrugnąłem do nich jedynie wesoło, a sekundę później usłyszałem szaleńczy chichot mojej siostry, gdy ta wreszcie wyszła z szoku, w jaki wprawiła ją moja kreacja. Zirytowana naszym zachowaniem Lou wyszła, w dalszym ciągu rozmawiając przez telefon i ostentacyjnie trzaskając drzwiami.
- Cholera, jeśli po tym ktokolwiek spróbuje wmówić mi, że jesteś hetero… - Liam wydawał się tkwić gdzieś między rozbawieniem, a zniesmaczeniem, zerkając kątem oka na moje obcisłe, sylikonowe majtki w kolorze skóry. – Miley Cyrus, naprawdę? – pokręcił głową z niedowierzaniem, a ja wystawiłem język, w tak charakterystycznym dla tej piosenkarki geście. Wszystko wydawało mi się nagle być proste i zabawne. Gdzieś z tyłu pokoju usłyszałem stuknięcie otwieranych drzwi, gdy te uderzyły z impetem w ścianę, a potem prawdziwy wybuch śmiechu blondyna, gdy wśród nas pojawił się jeden z ochroniarzy, przebrany za Robina Thicke. Boże, nie mogłem uwierzyć w to, że udało mi się go do tego namówić. Z radością podbiegłem do niego, ściskając go mocno w pasie, na co ten odsunął mnie od siebie jedną ręką. Wszyscy bawiliśmy się cudownie, choć był to dopiero początek naszej nocy, która na dobrą sprawę miała zacząć się dopiero w klubie. Nie zauważyłem momentu, w którym moja siostra włączyła telewizję, ustawiając jakąś tokijską stację muzyczną. Patrzyła zamglonym spojrzeniem na teledysk, kołysząc biodrami w rytmie piosenki, która akurat leciała, a której ja sam nie potrafiłem rozpoznać. Blondyn i szatyn pili w najlepsze szampana, siedząc wygodnie na ogromnej kanapie, coraz to głośniej opowiadając sobie sprośne żarty i dziwne historie z ich życia. Zachichotałem cicho, gdy do moich uszu dotarła jedna z opowieści o fankach, z którymi Horan był zmuszony zrobić sobie zdjęcie.
- Cholera Li, była dwa razy większa ode mnie i cuchnęła potem gorzej niż Louis po koncercie – wyrzucił z siebie, na co ten otworzył z niedowierzaniem usta, a ja skrzywiłem się lekko. - Bałem się, że mnie pobije, jeśli jej odmówię, więc bez wahania się zgodziłem. Do dziś czuję na sobie jej zapach… – dokończył, a ja zaśmiałem się gardłowo. Bez wahania nachyliłem się i wyciągnąłem z barku kolejną butelkę drogiego alkoholu, mocując się przez chwilę z jej zakrętką, gdy dostrzegłem, że drzwi od pokoju otworzyły się, a za plecami naszej makijażystki, która w końcu do nas wróciła, rozpoznałem Louisa i Eleanor.
Zacisnąłem momentalnie dłonie w pięści, ze złości na widok ich pasujących do siebie strojów i malowideł na twarzy, w których rozpoznałem dzieło blondwłosej stylistki. Nie mogłem uwierzyć, że się na to zgodziła. Bez słowa odwróciłem się do nich plecami, by nie musieć ich oglądać i pociągnąłem z butelki duży haust alkoholu, próbując tym samym uspokoić wściekłość, płynącą w moich żyłach. Warknąłem coś krótko do Lou, gdy ta krótką chwilę po tym chciała poprawić jeden z koczków na mojej głowie, który wykonała wcześniej, sprawiając, że ta momentalnie cofnęła drobną dłoń, odsuwając się. Zupełnie zignorowałem Louisa, gdy ten kilka sekund później podszedł do mnie, kładąc mi na ramieniu dłoń. Strzepnąłem ją bez słowa, chwiejnym krokiem udając się do naszego ochroniarza, który z szerokim uśmiechem na twarzy wyjął z plastikowej torebki ogromną, piankową rękawiczkę, stanowiącą dopełnienie mojego stroju. Zamierzałem się dobrze bawić i nie chciałem pozwolić na to, by brać jakikolwiek udział w tej całej farsie związanej z Eleanor. Kiedy dwadzieścia minut później wczołgiwałem się do taksówki, mężczyzna z zarządu szepnął mi do ucha, bym trzymał się z daleka od Tomlinsona, a ja kiwnąłem jedynie głową, nie próbując nawet się sprzeciwić.  


 
*



- Boże, Harry, tyle czasu cię wszyscy szukamy – zmartwiony głos Zayna dochodził do mnie z daleka, zupełnie tak, jakby chłopak stał za szybą, choć wyraźnie czułem jego dłonie na swoich plecach i lewym biodrze, które ten przytrzymywał mocno, podczas gdy ja wyrzucałem z siebie kolorowe drinki, opierając łokcie na chłodnej, porcelanowej desce toaletowej. Wirowało mi w głowie i nie umiałem przypomnieć sobie nawet, jak się tutaj znalazłem. Straciłem Louisa z oczu dobre dwie godziny temu, podobnie zresztą jak Gemmę, Nialla i resztę. Ostatni raz, gdy niebieskooki był w zasięgu mojego wzroku, obejmował ramieniem swoją nieprawdziwą dziewczynę, pozując do zdjęcia. Uczciłem to potrójną kolejką wódki mandarynkowej, palącą mnie boleśnie w gardło, lądując w silnych ramionach jednego z gości.
Dziękowałem losowi, że krótko po moim spektakularnym przybyciu do łazienki, znalazł mnie w niej Malik, bo nie umiałem sobie wyobrazić, że udaje mi się z niej wyjść o własnych siłach. Szukanie kogokolwiek w takim stanie wydawało mi się zupełnym absurdem. Nie potrafiłem rozpoznać nawet własnego odbicia w lustrze – No dalej stary, pozbądź się tego – powiedział cicho, krzywiąc się nieznacznie, gdy po raz kolejny zwymiotowałem, tym samym spełniając jego prośbę. Paskudne torsje wstrząsały całym moim ciałem, a z oczu automatycznie popłynęły mi łzy z wysiłku. Gdy tylko odsunąłem twarz od toalety, opierając zmęczoną, ciężką głowę, w której wciąż wirowało o ścianę, chłopak nacisnął bez słowa spłuczkę, by choć odrobinę zneutralizować nieprzyjemny, kwaśny odór wymiocin, unoszący się w powietrzu. – Jezu, Styles, coś ty narobił. Zdajesz sobie sprawę z tego, że za godzinę przyjedzie po nas bus, który odwiezie nas na lotnisko? Musisz być względnie trzeźwy, inaczej nie wpuszczą cię do samolotu – westchnął, a ja jęknąłem głośno, ukrywając twarz w dłoniach. Cały się trząsłem i nie wiedziałem, czy z zimna, czy po prostu z nadmiaru promili we krwi. Ostatnie, co jestem w stanie sobie przypomnieć, to chwila, w której ciemnoskóry podnosi moje bezwładne ciało z podłogi, mówiąc do mnie coś niezrozumiałego o naszym ochroniarzu.



*



Naprawdę się przestraszyłam i momentalnie wytrzeźwiałam, gdy wszyscy po jakimś czasie uzmysłowiliśmy sobie, że Harry zniknął i żaden z nas nie zorientował się, w jakim momencie się to stało. Louis, który przez cały czas wypił zaledwie jedno piwo, dosłownie wychodził ze skóry, pytając o niego znajdujących się wokół nas ludzi, wołając go. Każdy jednak był zbyt pijany albo po prostu zbyt zajęty sobą, by przejąć się jego osobą, a krzyki szatyna zagłuszała głośna muzyka i odgłosy otaczającego nas tłumu. Tomlinson miotał się panikując po klubie, powtarzając w kółko, że to wszystko jego wina i że powinien był postawić się zarządowi. Nie dało się go w żaden sposób uspokoić, dlatego oboje niemalże popłakaliśmy się z ulgi, na widok machającego do nas Zayna. Podbiegliśmy do niego momentalnie, a ja skrzywiłam się na widok Harry’ego, którego ten trzymał mocno za biodra. Chłopak dosłownie przelewał mu się przez palce, nie mając zupełnie kontroli nad swoim ciałem. Jego oczy były zamglone i nie odpowiadał na zadawane mu przez Louisa pytania, w zasadzie zdawał się w ogóle nie zdawać sobie sprawy z jego obecności. Ciemnoskóry chłopak podał ostrożnie mojego pijanego brata w ramiona niebieskookiego.
- Wymiotował sześć razy – skwitował, krzywiąc się. – Nie jestem pewien, czy w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, kto mu pomaga. W ogóle się do mnie nie odzywał – mruknął, patrząc na bruneta ze współczuciem. Cholera, czułam, że zawiodłam jako siostra. Powinnam go pilnować. W chwili, gdy o tym pomyślałam, moje słowa wypowiedział na głos Louis.
- Powinienem go pilnować – jęknął, przyciskając do siebie mocno bezwładnego chłopaka. – Zayn, będę potrzebował pomocy z wniesieniem go do vana – dodał, a chłopak kiwnął jednie głową. Harry zdawał się w ogóle nie zdawać sprawy z tego, że o nim rozmawiamy. Westchnęłam głośno, kręcąc z niedowierzaniem głową.



*



 Kiedy wytrzeźwiałem na tyle, by móc świadomie rozmawiać z ludźmi i utrzymywać ciało w pionie, znajdowałem się na lotnisku, ułożony wygodnie na jednej z ławek w poczekalni, przykryty granatowym kocem Gemmy. Znajomy zapach podpowiadał mi, kto jest obok, a sekundę później zorientowałem się, że Louis trzymał w dłoni moją własną, zupełnie nieświadomie bawiąc się moimi palcami. Uśmiechnąłem się delikatnie, ściskając jego rękę. Zerknął na mnie powoli i westchnął z ulgą na widok moich otwartych, uważnie wpatrzonych we niego oczu. Pocałował delikatnie czubek mojej głowy.
- Nareszcie, Harold. Czekają na nas od dwóch godzin – mruknął, podnosząc się i składając ściągnięte ze mnie, polarowe przykrycie. Doceniłem w duchu to, że słowem „nas” uniknął zarzucania mi czegokolwiek i obwiniania mnie za opóźnienie lotu. – Nie chcieli cię wpuścić na pokład w takim stanie, ale w zasadzie wcale im się nie dziwię. Byłeś absolutnym trupem, Harry, w ogóle nie kontaktowałeś. Baliśmy się, że z twoim mózgiem stało się coś złego, ale Gemma uświadomiła nas, że nie mamy o co się bać - zaśmiał się, a ja mimowolnie westchnąłem głośno. - Chodź – dodał wesoło, chwytając mnie lekko w talii i pilnując, bym o nic się nie potknął, poprowadził mnie w kierunku prywatnego samolotu, którym mieliśmy wracać do Londynu.


*



Cholera, nienawidziłem spędzać tak długiego czasu w podróży. Kiedy po ponad dwudziestu godzinach spędzonych w samolocie w końcu wylądowaliśmy, miałem ochotę całować ziemię, na której postawiłem ścierpnięte stopy. Cudownie było w końcu móc rozprostować kończyny, spuchnięte od tak długiego siedzenia w jednej pozycji. Zaspany i zmęczony, starałem się nie skrzywić na widok mojej siostry, przytulającej mocno Nialla, całą swoją uwagę skupiając na dłoni, zaciśniętej zbyt mocno na uchycie mojej torby. Louis zniknął mi gdzieś, najprawdopodobniej udając się do toalety. Chłopak wielokrotnie powtarzał wszystkim, że nienawidzi zaspokajać swoich potrzeb fizjologicznych w środkach transportu. Zaśmiałem się cicho, wspominając jego zmartwioną minę, gdy dowiedział się, że będziemy w powietrzu prawie dobę, bez żadnej przerwy.

Pomachałem dłonią w stronę Gemmy, przywołując ją tym gestem i chwilę później dziewczyna uśmiechnęła się do mnie lekko, podchodząc do mnie zgrabnym, nieco szybszym niż zwykle krokiem i zabierając mi z dłoni swoją walizkę. Spojrzałem na nią pytająco, niczego nie rozumiejąc.
- Nie wracasz ze mną? – zapytałem zdezorientowany, bojąc się jej odpowiedzi.
- Nie, Harry – odpowiedziała, a ja poczułem się tak, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Otworzyłem usta, próbując ułożyć sensownie brzmiące pytanie, kiedy puzzle w mojej głowie stworzyły całość.
- Nie wyrażam zgody – warknąłem, zakładając ręce na klatkę piersiową. Spojrzałem na nią wyniośle, starając się zachować spokój, choć irytacja rozsadzała mnie od środka. Szatynka uniosła pytająco brwi, wyraźnie zaskoczona moją reakcją. – To, że zgodziłem się zaakceptować ten wasz idiotyczny związek, nie znaczy, że pozwolę ci się teraz do niego wprowadzić! – oznajmiłem głośno, krzywiąc się. Z twarzy mojej siostry zniknęły wszelkie kolory. Była przerażająco blada, a swoje wąskie wargi zacisnęła w prostą linię. Byłem niemalże pewien, że policzyła w myślach do dziesięciu, zanim spokojnym, przepełnionym ironią głosem, odezwała się.
- Jesteś najgorszym bratem na świecie, Harry – warknęła, kręcąc głową, po czym odwróciła się do mnie plecami, odchodząc. Poczułem niemiły ucisk w klatce piersiowej. W zasadzie wolałbym się z nią teraz pokłócić. Nienawidziłem, kiedy odprawiała mnie w ten sposób, sprawiając, że czułem się winny, choć to nie ja zrobiłem coś złego. Odczekałem chwilę, obserwując, jak ta udaje się w stronę toalet, po czym ruszyłem w kierunku blondyna, próbując opanować rosnącą we mnie wściekłość.
- Niall – zacząłem chłodno, a ten zerknął na mnie zaskoczony, nie rozumiejąc mojego tonu. – Związek to jedno, a mieszanie razem to drugie – warknąłem, mierząc go ostrym spojrzeniem. – Nie zgadzam się na to, rozumiesz? – dodałem.  Chłopak nie zmienił jednak zupełnie wyrazu twarzy, z której nie znikało zaskoczenie i niezrozumienie.
- Nie wiem, o czym mówisz, Harry – powiedział, marszcząc brwi. – Więc może mnie oświecisz, zamiast wrzeszczeć na mnie na środku lotniska?
- Nie chcę, żeby Gemma się do ciebie wprowadzała – wyrzuciłem z siebie, krzyżując ramiona na piersi. Blondyn roześmiał się cicho, sprawiając, że zirytowałem się jeszcze bardziej. – Co jest takie zabawne? – zapytałem ze złością, patrząc prosto w jego zarumienioną i zmęczoną podróżą twarz.
- To, ze wciąż nie wiem, o czym mówisz, Styles – oznajmił, uśmiechając się do mnie ciepło. Zamyślił się przez chwilę, zanim zdecydował się kontynuować swoją wypowiedź. W jego słowach słychać było ból - Między mną i nią niczego nie ma i nigdy nie będzie, tego możesz być pewien. Rozmawiałem z nią. Nie jestem w jej typie, powinieneś to wiedzieć, jako jej brat – mruknął, patrząc na mnie przepełnionymi żalem oczyma, a ja poczułem, jak w jednej chwili moja twarz łagodnieje. Zrobiło mi się go żal, a jednocześnie wstydziłem się swojej natarczywości.
- Niall, ja… - zacząłem, nie bardzo wiedząc, co dokładnie chcę powiedzieć.
- Nie przepraszaj, Harry – dokończył za mnie, chwytając w dłonie rączkę od swojej torby. - Po prostu chciałbym już wrócić do domu i porządnie się wyspać. Jeśli nie masz nic przeciwko, moja taksówka już na mnie czeka… – mruknął, ściskając mnie przelotnie. – Do zobaczenia za jakiś czas – dodał jeszcze, odchodząc.
Stałem przez chwilę w miejscu, zastanawiając się, co ze sobą począć. Było mi głupio i chciałem przeprosić szatynkę, jednak nigdzie jej nie było. Louis też jakby zapadł się pod ziemię, a ja czułem cholerną potrzebę położenia się we własnym łóżku. Zrezygnowany, ruszyłem więc w kierunku zamówionego dla mnie pojazdu, nie odwracając się za siebie.



*



Nie chciałem wracać do pustego domu. Przysięgam, gdyby nie to, jak bardzo byłem zmęczony i jak późna była godzina, najprawdopodobniej zadzwoniłbym do Cary czy Jamesa z prośbą o przenocowanie mnie. Londyn nocą był piękny i dopiero teraz uzmysłowiłem sobie, jak bardzo tęskniłem za tym widokiem. Nowoczesne budynki odznaczały się wyraźnie od starszych kamienic, rzucając bladoniebieskie światła na mijane przeze mnie parki, uliczki. Poczułem, że jestem u siebie i to było cudowne, czuć, że należy się do jakiegoś miejsca.
Kiedy jakiś czas później, zaspany i zrezygnowany, przekroczyłem próg mieszkania, niemalże krzyknąłem gdy zdałem sobie sprawę, że nie jestem w nim sam. Jego delikatny, cytrusowy zapach unosił się w powietrzu, sprawiając, że moje serce wrzuciło piąty bieg. Chryste, u jego stóp leżały dwie, ogromne walizki, które miał ze sobą w trasie, a więc… Mój mózg usilnie analizował całą sytuację, kiedy chłopak odezwał się, podwijając rękawy bordowego swetra, który miał na sobie.
- Długo cię nie było. Cholera Harry, bałem się, że… - urwał, zerkając na swoje dłonie. Potarł je o siebie, w charakterystycznym dla siebie, nerwowym odruchu.
- Że co? – zapytałem cicho, czując stado motyli w moim brzuchu.
- Że zmieniłeś mieszkanie. Albo że pojechałeś do Nicka, gdy Gemma nie wróciła z tobą – westchnął, wyciągając w moją stronę ramiona. Natychmiast się do niego przytuliłem, rozkoszując się cudownym ciepłem, które momentalnie zalało całe moje ciało. Wtuliłem twarz w jego włosy, wdychając mocno ich cudowną woń.
- Chodźmy do sypialni, Lou – powiedziałem, uśmiechając się lekko. Chłopak zacisnął dłonie na moich łopatkach, biorąc głęboki oddech.
- Harry, ja… Nie jestem pewien, czy…
- Nie, błagam, zostań, choćby tylko na jedną noc – przerwałem mu, rozpaczliwie go ku sobie przyciągając. On jednak osunął mnie delikatnie, patrząc swoimi zmęczonymi, błękitnymi tęczówkami w moje oczy. Był taki spokojny.
- Nigdzie się nie wybieram, Harry – powiedział powoli, a ja zastanawiałem się, czy słyszy moje serce, głośno uderzające w moją klatkę piersiową. – Ja… - zawahał się i poczułem, jak zadrżały mu dłonie - Nie chcę spać na łóżku, na którym on cię d-dotykał. – wydusił z siebie w końcu. - W porządku? – zapytał cicho, a przez całe moje zesztywniałe z nerwów ciało przeszedł nieprzyjemny prąd. Bez wahania jednak, skinąłem głową w zrozumieniu, chwytając go za dłoń. Chciałem jak najszybciej pozbyć się tej ciężkiej, koszmarnej atmosfery i cholernego napięcia, które pojawiało się za każdym razem, gdy o tym wspominaliśmy.
- Pokój Gemmy jest teraz wolny – mruknąłem szybko, a on odgarnął niesforny kosmyk moich włosów, całując mnie czule w skroń. Przymknąłem oczy, rozkoszując się cudownym ciepłem, jakie zalało moje serce i brzuch – Louis? – dodałem, zerkając na niego uważnie. Przyciagnał mnie do siebie, muskając wargami mój policzek.
- Mhm? – wymruczał, przesuwając nosem po mojej szyi. Uśmiechnąłem się delikatnie, a przez całe moje ciało przeszła fala przyjemnych dreszczy.
- Uważam, że powinniśmy rozejrzeć się za nowym mieszkaniem – oznajmiłem, patrząc na niego uważnie. Niebieskooki także wpatrywał się we mnie przez chwilę, dokładnie analizując moje słowa, a potem ostrożnie mi przytaknął, wzdychając ciężko.
- Masz rację, Harry. Zbyt wiele złego wydarzyło się w tym domu, bym chciał go zatrzymać – przytaknął mi, przykrywając moje wargi swoimi.
Nowy dom miał być dla nas nowym początkiem i mogłem mieć tylko nadzieję, że w końcu się ułoży.

 _______________________________________________________________
*It’s our party we can do what we want”- fragment piosenki Miley Cyrus „We Can’t Stop”

Przepraszam Was za spóźnienie, miałam małe zamieszanie związane ze swoim zdrowiem i zbliżającymi się świętami. Postaram wrzucić w wigilię kolejną część (Oczywiście z okazji urodzin kochanego Lou:)). Trzymajcie się ciepło!

6 komentarzy:

  1. Mało się nie popłakałam ze szczęścia jak odświeżyłam bloga po raz 89236238756 a tu... post! <3
    Jejku jest idealnie, ale coś czuje, że jest za pięknie i zaraz ktoś wkroczy na scenę :D
    A rozdział świetny - zresztą jak zawsze. :D

    P.S mam nadzieje, że ze zdrówkiem wszystko okej :) WESOŁYCH ŚWIĄT <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, cieszę się, że ktoś tutaj zagląda i czeka na moje wypociny. Cieszę się, że Ci się podobało! :)
      WESOŁYCH ŚWIĄT! :) Choć właściwe życzenia złożę wam we wtorek.
      <3

      Usuń
  2. Jeeeeeej w końcu się doczekałam nowiutkiego rozdziału! <3
    Haha, mam nadzieję, że teraz już wszystko będzie zmierzać ku lepszemu, nowe mieszkanie i te sprawy :)
    Pozdrawiam i życzę powrotu do zdrowia <3
    Wesołych świat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za cierpliwość :)
      Wesołych świąt! :)

      Usuń
  3. Aż mi ciepło na sercu się zrobiło. Uwielbiam, jak wszystko dobrze się układa. :) Szkoda mi tylko Nialla, biedaczek...
    Czekam na nowy rozdział, pozdrawiam serdecznie ciebie i Anię i życzę wam wesołych świąt. <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Dotarłam ;) Lubię takiego emocjonalnego Harry'ego, jak w pierwszej części opowiadania i mam wrażenie, że ten chłopak właśnie taki jest - wyjątkowo wrażliwy, przejmujący się wszystkim(czasami może nawet i tym, czym nie powinien się przejmować), ale z drugiej strony mam wrażenie, że "taki" Harry mógłby niechybnie doprowadzić do swojego własnego upadku, bo przecież nie można przejmować się całym światem, brać na siebie jego ciężaru, a czasami(obserwując to, jak zachowuje się wobec ludzi(np. Ghana) - nieważne, że często to tylko i wyłącznie mają być zagrywki pod publikę) mam wrażenie, że on właśnie to robi. Harry jest zdecydowanie kochanym dzieciakiem. No, ale wracając do opowiadania... Harry w stroju Miley to był najlepszy Harry, jakiego dane mi było zobaczyć. Jak tylko pojawiły się pierwsze zdjęcia, pomyślałam sobie: "Ooo, chłopie...", bo wyglądał przezabawnie i tylko brakowało mu tej wielkiej kuli, chociaż... Resztę byłam w stanie wyobrazić sobie sama. Pijany Styles to zabawny Styles. Dobra, może tylko ja się z niego śmiałam, jak Zayn z Louisem zbierali go z podłogi, ale zawsze tak mam, gdy widzę pijanych ludzi, bo często zastanawiam się, ile trzeba wypić, żeby doprowadzić się do takiego stanu, że nie pamięta się nawet własnego imienia. Trochę szkoda mi Nialla i Gemmy, bo być może... Bardzo pasowali mi do siebie wizualnie. I Harry jest wredny, jeśli chodzi o tę kwestię. Jakbym była na miejscu Gemmy, bez wahania przyłożyłabym mu w twarz za jego dziecinne zakazy, ale chyba właśnie od tego jest rodzeństwo, żeby czasami nawzajem zatruwać sobie życie. Ostatni fragment wzbudził chyba u mnie najwięcej emocji, co może wydawać się dość dziwne. Pomijając Nicka, który i tak podniósł mi wystarczająco ciśnienie(drażni mnie nawet jego imię w tekście, to jest dopiero dziwne - powinnam się leczyć...) mam wrażenie... Inaczej - mój umysł i moje widzenie wszystkiego w czarnych kolorach, zakładanie, że wydarzy się coś złego(a potem radość, że jednak się myliłam) podpowiada mi, że być może nowy dom oznacza nową szansę, nowe perspektywy, ale... oznacza też nowe kłopoty i nie wiem, jak bardzo(o ile w ogóle) chcesz im jeszcze skomplikować życie. Wszystko się okaże!

    I jako, że nie jestem dobra w składaniu życzeń świątecznych, chciałabym Ci życzyć po prostu wszystkiego dobrego, by ten świąteczny czas był dobrym czasem, by każdy gest i każda chwila nabrały nowego, wyjątkowego znaczenia i aby rodzinne grono tryskało optymizmem, a czas spędzony wspólnie stał się wyjątkowy. I dorzucę ode mnie jeszcze, by wena nigdy Cię nie opuszczała i byś nadal pisała tak dobre opowiadania, jak piszesz. Wesołych Świąt! ;))

    OdpowiedzUsuń