wtorek, 4 lutego 2014

Epilog


The nights were mainly made for saying things

That we can’t say tomorrow day


Osiem miesięcy później

Chociaż podpisując własny kontrakt obawiałem się, że bez czwórki przyjaciół nie będę w stanie poradzić sobie w świecie mediów, mój strach był bezpodstawny. Jeśli to w ogóle możliwe, stałem się jeszcze sławniejszy, niż było to za czasów naszego zespołu, a na moje koncerty w dalszym ciągu przychodziły tłumy dziewczyn, wylewających łzy szczęścia, gdy tylko pojawiałem się na scenie. Za swoje piosenki i wizerunek otrzymywałem niezliczone nagrody, które wysyłałem do domu rodzinnego albo wystawiałem na aukcjach charytatywnych, i pierwszy raz w życiu czułem, że zapracowałem na nie sam. Kreśląc swoje imię i nazwisko przy dokumencie, jasno określiłem swoje warunki, choć na dobrą sprawę chodziło mi o uzyskanie zaledwie trzech punktów: wolność w pisaniu i tworzeniu piosenek, możliwość przedterminowego zakończenia kariery w zamian za oddanie praw autorskich do nowej płyty i zaprzestanie wszelkich manipulacji moim życiem prywatnym, a więc koniec żałosnej farsy z byciem kobieciarzem.

Nie miałem pojęcia, co dzieje się w życiu chłopaków i, jeśli mam być szczery, nawet nie próbowałem się tym interesować, z obawy przed tym, że będzie to dla mnie zbyt bolesne. Żyło mi się bez nich bardzo dobrze, a będąc wiecznie na walizkach, w wirze ciągłych występów, nagrań w studio, pisania piosenek i pokazów mody Nicka Grimshawa, na których regularnie się pojawiałem, nie miałem czasu by zatęsknić za Louisem czy też resztą One Direction.

Pięć  miesięcy temu po raz ostatni kontaktowałem się z którymś z nich - rozmawiałem przez telefon z Zaynem, który jako jedyny pogratulował mi tak ogromnego sukcesu mojej solowej płyty, ale w głosie chłopaka słyszałem żal, który sprawił, że przestałem odpowiadać na jakiekolwiek jego wiadomości, by nie zadręczać sobie głowy niepotrzebnymi wyrzutami sumienia.

Mój (nie do końca) debiutancki album był utrzymywany w klimacie lat osiemdziesiątych, teksty piosenek, które pisałem, nie skupiały się wyłącznie na miłości jak to było w One Direction i w końcu wszystko było dokładnie takie, jakie sobie wymarzyłem, gdy jako zagubiony i nieśmiały nastolatek, stanąłem przed jury w X-factorze.
Po pierwszym skandalu, który wywołały moje zdjęcia, przedstawiające, jak pod wpływem alkoholu obściskiwałem się z jakimś przypadkowym modelem, poznanym na pokazie Nicka, przyszły kolejne, gdy do internetu trafiły fotografie, obrazujące jak całuję innego projektanta mody, sporadycznie i samego Girmshawa, aż w końcu nawet brukowce przestały zwracać na tego typu wybryki uwagę, znudzone ich wysoką częstotliwością. 
W końcu czułem się prawdziwy, nawet jeśli seks był sztuczny i przyjemny tylko, gdy wyłączałem myśli poprzez alkohol. Nie musiałem już przelewać swoich uczuć na tatuaże ze strachu przed despotycznym zarządem. Mogłem być sobą w pełnym tego słowa znaczeniu, choć nie umiałem zdecydować, ile w tym wszystkim tak naprawdę było mnie samego, a ile blokowałem gdzieś w sobie, w obawie przed załamaniem psychicznym.

Mój świat wydawał się poukładany i wszystko było w nim na pozór idealne, aż do momentu, w którym pewnego bardzo gorącego, lipcowego wieczora, siedząc wstawiony na wysokim, obrotowym krześle w hotelowym barze, w towarzystwie przystojnego kelnera z którym zamierzałem spędzić noc, odebrałem wiadomość tekstową od Liama.
Sophie zaczęła rodzić
A zaraz potem przyszła kolejna, z dokładnym adresem szpitala. Nie wiem, co dokładnie mną kierowało, gdy zdecydowałem się tam pojechać, zostawiając tego biednego chłopaczka samego i w ekspresowym tempie zamawiając sobie taksówkę. Czułem, że powinienem tam być, że to było miejsce, w którym powinienem się znaleźć.


*


Gdy, będąc jeszcze w taksówce, potwierdziłem swoje przybycie krótkim smsem, otrzymałem kolejną wiadomość z dokładnym położeniem sali, w której odbywał się poród i jak w amoku, szedłem wzdłuż korytarza, nie do końca rozumiejąc, co się wokół mnie działo. Payne ojcem huczało mi w głowie, w której wciąż nieco się kręciło od wypitych wcześniej słodkich drinków, jednak wiedziałem, że nie ma już odwrotu i ucieczka nie miałaby najmniejszego sensu. Zdałem sobie sprawę, że jestem blisko, gdy w zasięgu mojego wzroku pojawiła się zaskakująco duża i głośna grupka osób, wyglądająca dość zabawnie w jasnozielonych, szpitalnych szlafrokach i nakładkach na obuwie.

Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłem uwagę, była moja siostra i jej radosny śmiech, niosący się echem po ścianach szpitala. Już na pierwszy rzut oka mogłem powiedzieć, że zdecydowanie zrzuciła kilka kilogramów i cholera, wyglądała przepięknie, nawet w tak idiotycznym stroju i nawet gdy swoje długie, jasne włosy, spięła wysoko na głowie w niedbałą kitkę, z której pojedyncze pasma wciąż wpadały w jej ciemne oczy. Poczułem dziwny skurcz w żołądku, gdy dostrzegłem, jak poklepała pokrzepiająco Liama po łopatkach, a sekundę później wróciła w objęcia blondwłosego chłopaka, który ucałował czule jej skroń, szepcząc do ucha dziewczyny coś, czego nie mogłem i chyba nawet nie chciałem usłyszeć. 
Cóż, najwyraźniej ona i Niall poukładali swoje sprawy i zdecydowali się dać sobie szansę. Poczułem wstyd rozlewający się po całym swoim ciele, gdy zdałem sobie sprawę, że nie miałem o tym wszystkim pojęcia. Że straciłem zarówno jego, jak i ją.

Przesunąłem wzrokiem po zdenerwowanym Liamie, przy boku którego stał teraz pulchniejszy niż go zapamiętałem Zayn, przyciągając go do niedźwiedziego uścisku. Przez chwilę zdziwiłem się brakiem zrzędliwej Perrie, jednak bardzo szybko przypomniałem sobie, że dziewczyna jest teraz w trasie koncertowej ze swoim zespołem.

Zatrzymałem się gwałtownie w połowie kroku, gdy zobaczyłem jego, opartego wygodnie o ramię wysokiego, barczystego mężczyzny, prawie o głowę od niego wyższego. Serce stanęło mi w miejscu.

Rysy twarzy Louisa odrobinę się wyostrzyły, a on sam znacząco schudł i nawet teraz, gdy komentował głośno niesmaczną kawę z automatu, dało się dostrzec jego zapadnięte policzki i poszarzałą skórę, naciągniętą na wyraźnie zaznaczone kości. Spod zielonej, szpitalnej płachty, wychodziły jego drobne ramiona i ze zdziwieniem odkryłem, że były niemalże w całości pokryte tatuażami, o których istnieniu nie miałem pojęcia. Najwyraźniej nie obcinał też włosów, ponieważ sięgały mu do obojczyków, opadając na nie łagodnymi falami i automatycznie chciałem do niego podejść, by ich dotknąć i sprawdzić, czy wciąż są tak samo miękkie i delikatnie, jakimi je zapamiętałem. 
Wziąłem głęboki oddech i wtedy mnie zauważył.

Niepewna zieleń spotkała zdezorientowany błękit, a sekundę później Louis chwycił pewnie za nadgarstek stojącego przy swoim boku mężczyzny, ciągnąc go w przeciwnym kierunku korytarza, szepcząc coś wprost do jego ucha.

Nie potrafiłem być w stosunku do niego fair. Nie miałem żadnego prawa odbierać mu szczęścia, wręcz przeciwnie, wmawiałem sobie, życzyłem mu spełnienia w miłości, jednak inaczej było, gdy ten obraz pozostawał jedynie w mojej imaginacji i daleko było mu do prawdziwości, a inaczej, gdy zobaczyłem go przede mną, rzeczywistego, z krwi i kości, stojącego u boku przystojnego szatyna, o którym wiedziałem jedynie, że jest moim następcą.

Zachwiałem się na nogach i już chciałem zawrócić, wezwać taksówkę i upić sie do nieprzytomności, gdy drzwi porodówki otworzyły się gwałtownie, a uśmiechnięta od ucha do ucha, pulchna pielęgniarka, pogratulowała Liamowi narodzin córki. 
Olivia Payne przyszła na świat 14 lipca 2014 roku i była najpiękniejszym dzieckiem, jakie dane mi było zobaczyć.



*


Nie potrafiłem cieszyć się z koncertów. Widząc, jak bardzo są ze sobą zżyci ludzie, których kiedyś nazywałem swoimi przyjaciółmi, zapragnąłem rzucić to wszystko w cholerę i błagać ich o przebaczenie, by móc znów poczuć, jak to jest być prawdziwie kochanym. Znów mieć rodzinę. Najgorsza była jednak świadomość, że nawet, jeśli jakimś cudem uda mi się odnowić kontakt z Niallem, Liamem, moją siostrą czy Zaynem, nie miałem szans, by odzyskać Louisa. Chłopak był teraz w nowym związku, wydawał się być szczęśliwy i ja nie miałem prawa wchodzić w jego życie z butami i ponownie wszystkiego mu niszczyć.
Kiedy w połowie listopada, występy sceniczne były dla mnie większym wyzwaniem i męczarnią, niżeli przyjemnością, wiedziałem, że czas się pożegnać. Po dłuższej rozmowie z menagerami, zakończyłem solową karierę, oddając pełnie praw do swojego albumu zarządowi. Udzieliłem jeszcze krótkiego wywiadu dla mediów i fanów, a potem ruszyłem do jedynego miejsca, które przyszło mi do głowy. Do domu, który opuściłem wraz z rozwiązaniem umowy z Modestem. Domu, w którym miałem dzielić się szczęściem z Louisem.


*


Na zabłoconym podjeździe stało auto, którego właściciela momentalnie rozpoznałem, jednak niczego z tego nie rozumiałem, bo jego obecność w tym miejscu zdawała się być irracjonalna i niewłaściwa. Stanąłem na werandzie, patrząc zamyślonym wzrokiem na frontowe drzwi. Pokręciłem głową, odnajdując w sobie odwagę, a potem, biorąc głęboki, uspokajający oddech i mając w swojej świadomości zakodowane, że rozmowa, którą miałem nadzieję z nim przeprowadzić, może być naszą ostatnią, bezszelestnie nacisnąłem dużą, ciężką klamkę, wchodząc do środka. 
W domu było ciepło, czego w ogóle się nie spodziewałem. Mieszkanie było niezamieszkane i nieogrzewane od grudnia zeszłego roku. Rozkosznie ciepłe, pachnące drewnem lasu powietrze zupełnie nie pasowało do moich wyobrażeń. Ku mojemu zdziwieniu, nigdzie nie dostrzegłem niewypakowanych wciąż kartonów z ubraniami, które spodziewałem się tam znaleźć.
Coraz bardziej zdziwiony, ruszyłem do salonu, obawiając się najgorszego. W mojej głowie zapaliła się ostrzegawcza lampka – Co, jeśli Louis i ten mężczyzna zamieszkali w tym domu? – jednak starałem się odrzucić tę myśl ze świadomości.
Rozejrzałem się po pokoju, nie dostrzegając jednak nigdzie żadnego z nich. Zrezygnowany, zważając na dość późną godzinę, ruszyłem w kierunku sypialni i wiedziałem, że podjąłem dobrą decyzję, gdy do moich uszu dobiegł cichy szmer. Policzyłem do dziesięciu, a potem wszedłem do pokoju.
Chłopak podskoczył i krzyknął cicho, odruchowo chowając za swoimi plecami beżowy, pleciony sweter, w którym rozpoznałem swój własny, a potem wyprostował się, próbując odwrócić od niego moją uwagę.
- Co ty tutaj robisz? – zapytał zachrypniętym głosem, a ja uniosłem brwi do góry.
- Wciąż mam klucze – mruknąłem, wyciągając je z kieszeni i okręciłem je sobie wokół palca, uśmiechając się słabo, próbując tym samym wyjść naprzeciw ogromnego napięciu, które niemalże można było wyczuć. – A ty?
- Ja też mam klucze - wydusił z siebie cicho. Rozejrzałem się uważnie po pokoju i gdy na parapecie dostrzegłem nasze wspólne zdjęcie, zorientowałem się, że wszelkie rzeczy, które zabrałem ze starego mieszkania zostały przez niego wypakowane. 
- Czy twojemu nowemu facetowi nie przeszkadza to, że podkradasz i nosisz moje ubrania? – wyrwało mi się, nim zdążyłem ugryźć się w język. Obserwowałem, jak twarz Louisa przechodzi powoli z napiętej, do zaskoczonej.
- O czym ty mówisz, Harry? – zapytał, z rezygnacją wyciągając moją własność przed siebie. Nie oddał mi jej jednak, zamiast tego przesuwając drobnymi palcami po miękkim materiale swetra.
- Przytulaliście się w szpitalu i uciekliście na mój widok, a teraz udajesz, że go nie znasz? – mruknąłem gorzko, lustrując go uważnym spojrzeniem. Tym razem w jego błękitnych tęczówkach dostrzegłem zrozumienie. Zaśmiał się głośno, zanim jeszcze udzielił mi odpowiedzi.
- To brat Sophie, ty debilu – oznajmił znacząco, a ja poczułem rozlewającą się po całym ciele, niewyobrażalną ulgę i uśmiechnąłem się lekko. Ciężar, który do tej pory spoczywał na moim żołądku, zniknął. Zauważyłem kątem oka, że Louis skrzywił się nieznacznie, uciekając gdzieś w swoje myśli, zanim ponownie się odezwał. – Poza tym, wybacz, Harry, ale nawet gdybym był z Nathanem, to nie byłaby twoja sprawa, po tym wszystkim, co zrobiłeś.
- Chodziło mi raczej o wyjaśnienie kwestii noszenia moich ubrań, niżeli o twoje potencjalne związki – mruknąłem, ignorując niewypowiedziane oskarżenie w moim kierunku, a on zarumienił się delikatnie, odrzucając sweter na łóżko.
- Tęskniłem za tobą – powiedział, wzdychając głośno, a potem skrzyżował ramiona na klatce piersiowej. – A to jedyny sposób, bym mógł mieć choć cząstkę ciebie, jakkolwiek to żałosne - wyszeptał, a potem nabrał głośno tlenu w płuca. - Ale sądząc po ilości twoich partnerów, ty za mną nie, więc wydaje mi się, że ta rozmowa nie ma dalej większego sensu.
- Louis, potrafiłbyś mi to kiedykolwiek wybaczyć? – zapytałem, odgarniając nerwowo zbyt długie włosy ze spoconego czoła. – To, że cię zostawiłem? To, że wybrałem karierę i przygodowych partnerów, zamiast spokojnego życia z tobą? Umiałbyś mi to kiedykolwiek wybaczyć?
- Nie wiem – powiedział,  wzdychając ciężko. Zebrałem się na odwagę, choć kosztowało mnie to więcej, niż mogłem przypuszczać. Głos mi drżał.
- Odpowiedz mi, Lou, powiedz mi prawdę. Jedyne, czego teraz chcę, to wiedzieć, czy mam jeszcze o co walczyć. Powiedz tylko jedno zdanie, a zniknę z tego domu i więcej mnie już nie zobaczysz – wyrzuciłem z siebie, czując, jak żołądek zaciska mi się z nerwów w supeł, a z twarzy znikają kolory. Chłopak prawie się uśmiechnął, kręcąc głową.
- Ciągle musieliśmy o nas walczyć. Przypomnij sobie, jak długo i jak bardzo się o nas staraliśmy, potrafisz to zrobić? Ale ja już mam dość, Harry. Nie chce dłużej walczyć, chcę po prostu z tobą być – wrzucił z siebie, zerkając na mnie zmęczonymi oczami, a ja uśmiechnąłem się ostrożnie.
Rozłożył swoje ramiona, pozwalając mi się do siebie przytulić i gdy tylko znów znalazłem się w jego objęciach, zrozumiałem, że nigdy nie powinienem był ich opuszczać.
- Przepraszam, Louis. Kurwa, byłem taki głupi – wyszeptałem w jego delikatnie pachnące cytrusami włosy, a potem poczułem, jak ten przyciąga mnie pewnie za brodę.
- Taki głupi – powtórzył jeszcze, zanim nasze wargi ostatecznie się ze sobą zetknęły.
Cała miłość, cała tęsknota, wszystko, co budowaliśmy i burzyliśmy od pięciu lat. Zieleń i błękit, żar i chłód, ogień i woda, kłótnie i seks, Harry i Louis. Wszystko było tylko nasze i wszystko było tylko dla nas.

W końcu mogliśmy być wolni. Prawdziwie wolni. Razem.


____________________________________________

To już koniec tego opowiadania. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy poświęcali swój czas, motywując mnie do dalszego pisania - czy to komentarzami tutaj, czy to przez dopominanie się o rozdziały na asku. Dziękuję też tym, którzy nie dali znać, że czytają, a jednak to robili. Dziękuję za każdą opinię, zarówno negatywną, jak i pozytywną - jestem wdzięczna za wszystko. 
Mnie i moją twórczość znajdziecie tutaj -> www.let-us-love-larry.tumblr.com gdzie na bieżąco możecie czytać moje nowe opowiadania i partówki Larry. Byliście i jesteście niezastąpieni. 
Nie odchodzę, więc się nie żegnam. Trzymajcie się! 

piątek, 24 stycznia 2014

Rozdział dwudziesty drugi


I go crazy cause here isn't where I wanna be

And satisfaction feels like a distant memory


Pusty dom, który miał być spełnieniem naszych marzeń i jednocześnie miejscem, gdzie powinniśmy zacząć nowe, dobre życie bez kłótni, powodował u mnie nieprzyjemnie ciarki na plecach. Po wszystkich pokojach walały się do połowy rozpakowane kartony, wciąż jeszcze pełne książek, ubrań, kosmetyków, ale nie miałem najmniejszej ochoty czegokolwiek porządkować. Był dwudziesty trzeci grudnia, a ja nie trudziłem się nawet, by kupić choinkę, bo nie wiedziałem w tym wszystkim sensu bez Lou, dlatego zbliżające się święta nie były wyczuwalne nawet w najmniejszym stopniu i jedynie śnieg za oknem wskazywał na porę roku. 
Wyraźna za to była dotkliwa samotność, gdy obudziłem się z dreszczami na całym ciele w chłodnym i pustym po stronie Louisa łóżku, ze świadomością, że to się już nigdy nie zmieni i mimowolnie ścisnęło mnie na tę myśl w żołądku, a gdy przejmująca cisza stała się dla mnie niemożliwą do zniesienia, spakowałem kilka najpotrzebniejszych ubrań do dużej, sportowej torby, którą bez większej uwagi wrzuciłem na siedzenie pasażera w swoim samochodzie i ruszyłem do domu rodzinnego, by nie zostać samemu w Boże Narodzenie. 

Podróż do Holmes Chapel zajęła mi prawie cztery godziny, głównie przez warunki panujące na drodze. Chociaż marzyłem o gorącej czekoladzie z przydrożnych kawiarni, które mijałem, nie zatrzymałem się w żadnej z nich, w obawie, że zostanę zauważony i rozpoznany, a ja nigdy nie potrafiłem odmawiać fanom zdjęć, na które dzisiaj zdecydowanie nie miałem ochoty. Zaciskałem więc tylko mocno palce na kierownicy, obserwując uważnie drogę i wyłączyłem radio z chwilą, gdy w głosie speakera rozpoznałem Nicka.

Nie wiedziałem, czy podjąłem dobrą decyzję, a im dłużej o tym myślałem, tym większe miałem wątpliwości co do słuszności swojego wyboru. Z drugiej strony jednak, kiedy przypominałem sobie, jak wyglądało ostatnie pół roku – ciągłe kłótnie, zdrady, łzy i tylko niewielkie przebłyski słońca od czasu do czasu – wiedziałem, że ciągnięcie tego w nieskończoność nie miało najmniejszego sensu.

Czasami w życiu przychodzi moment, kiedy trzeba wybrać. Moment, w którym orientujemy się, że nie wystarczy kogoś kochać, że miłość, nawet obustronna, to za mało, że trzeba czegoś więcej, by stworzyć trwały związek. Czegoś, czego najwidoczniej nie potrafiliśmy zbudować z Louisem, mimo wielu, bardzo trudnych prób, które przechodziliśmy zwycięsko.



*


Dziwnie się czułem, gdy Gemma otworzyła drzwi frontowe, zerkając w moją stronę bez większego zainteresowania i chyba ta jej chłodna obojętność połączona z brakiem jakiegokolwiek komentarza zabolała bardziej, niżeli gdyby mnie uderzyła w twarz. Minęła mnie bez słowa, gdy stanąłem na korytarzu, ignorując zupełnie moją obecność, a potem zniknęła w salonie, skąd chwilę później usłyszałem jej stłumiony śmiech i poczułem, że coś skręca mnie nieprzyjemnie w żołądku.
Zdjąłem z ramion grubą, ciepłą kurtkę i odwiesiłem ją, drżącymi palcami ściągając też buty. Swoją reakcją Gemma dała mi jasno do zrozumienia, po czyjej stoi stronie. Odłożyłem torbę na bok, chcąc z nią natychmiast porozmawiać, bo nienawidziłem, kiedy atmosfera między nami stawała się gęsta i nieprzyjemna. Udałem się więc do salonu, w którym spodziewałem się zobaczyć też mamę, ale ku mojemu zdziwieniu, nie było jej tam.
Zamiast niej, na kanapie, tuż obok przystrojonej pięknie choinki siedział Niall, ubrany tak odświętnie, że ledwie go rozpoznałem. Zmarszczyłem brwi na widok granatowej, zapiętej po ostatni guzik koszuli. Uśmiechnął się do mnie ciepło.
- Cześć Hazz – powiedział wesoło, a sądząc po jego wciąż zarumienionych policzkach, musiał przyjechać maksymalnie dziesięć minut przede mną. Kiwnąłem w odpowiedzi głową, nie bardzo wiedząc, co powinienem teraz zrobić i czy cokolwiek powiedzieć. – Przyjechałem tylko na chwilę, niedługo mam samolot do domu, do Irlandii i przyszedłem się pożegnać – powiedział, a obserwując łagodny blask w jego oczach, natychmiast zrozumiałem.
- I to nie ja jestem osobą, do której przyjechałeś, prawda? – mruknąłem – Och, oczywiście, że nie. Przecież nawet tu nie mieszkam – odpowiedziałem sobie, nim ktokolwiek zdążył nawet otworzyć usta. Wzruszyłem szybko ramionami, nie będąc pewnym, czy nieprzyjemne uczucie, które rozlało się po moich wnętrznościach było złością, czy zazdrością. Obrzuciłem Gemmę zdezorientowanym spojrzeniem, przesuwając wzrokiem po wąskich spodniach, podkreślających jej długie nogi, zatrzymując się trochę dłużej na luźnej, beżowej koszuli, podwiniętej tak, by podkreślić szczupłe przedramiona dziewczyny i po raz pierwszy w życiu dostrzegłem w niej naprawdę atrakcyjną kobietę. W dłoniach trzymała niewielkie, podłużne pudełko i zrozumiałem, że przeszkodziłem im w czymś ważnym. Uśmiechnąłem się więc, choć nieco sztucznie, a potem bez słowa wyszedłem z salonu, zostawiając ich w nim samych.

Chwyciłem swoją torbę, wciąż leżącą przy drzwiach, ruszając po delikatnie skrzypiących schodach do pokoju, w którym spędziłem całe swoje dzieciństwo i poczułem przechodzące przez całe ciało dreszcze, gdy tylko się w nim znalazłem.
Anne niczego w nim nie zmieniła, wszystko zostało w nim dokładnie takie, jakim było, gdy miałem szesnaście lat. Uśmiechnąłem się delikatnie na widok licznych zdjęć, przyczepionych do tablicy korkowej nad biurkiem i z cichym jękiem odłożyłem szkłem do dołu najnowszą, oprawioną fotografię, przedstawiającą mnie i Louisa, gdy ten mnie o nią poprosił, wróżąc mi solową karierę, jeszcze w czasie kastingów.

Przysięgam, nie chciałem podsłuchiwać ani podgląda, ale okno w mojej sypialni było otwarte i wychodziło wprost na werandę, na której stali teraz blondyn i moja siostra, a moja ciekawość zwyciężyła nad lojalnością. Czując, że zachowuję się niewłaściwie, stanąłem pod takim kątem, by nie zostać przez nich zauważony i po prostu patrzyłem, starając się skupić na słowach, wychodzących z ich ust, jednak ginęły one w silnych podmuchach wiatru i płatkach śniegu, krążących w powietrzu. W pewnym momencie pod nasz dom przyjechało duże, sportowe auto i Niall machnął lekko ręką w jego stronę, uśmiechając się lekko i zerkając nerwowo na zegarek, a potem pochylił się i pocałował Gemmę w usta, biorąc jej twarz w zakryte ciemnymi rękawiczkami dłonie.
Przysięgam, to był najdziwniejszy widok w życiu, obserwować swoją siostrę i jednego z najlepszych przyjaciół w tak intymnej sytuacji. Wydawało mi się to nierealne i niewłaściwie, tym bardziej, że cholera, to nie był koleżeński buziak. Trwał on zdecydowanie za długo, bym mógł sobie to wmawiać, chcąc poczuć się lepiej. Cofnąłem się gwałtownie od okna, krzywiąc się. Przed oczami mignął mi zegar i z bolesnym uciskiem w żołądku uświadomiłem sobie, że za trzy godziny Louis skończy dwadzieścia dwa lata.



*


Gemma stała oparta o blat w kuchni, wystukując zadbanymi paznokciami jakiś nieznany mi rytm piosenki, którą ta śpiewała zbyt cicho, bym mógł rozróżnić słowa. Wpatrywała się wyczekująco w czajnik i nawet nie zauważyła mojej obecności. Westchnąłem cicho za jej plecami.
- Więc ty i Niall to już oficjalne? – zapytałem, odrobinę zbyt szorstko, niżeli zamierzałem. Szatynka wzdrygnęła się i podskoczyła lekko, a potem powoli odwróciła się w moją stronę. W jasnych oczach błyszczały jej zawziętość i gniew i resztki strachu.
- Kupiłeś jakiś prezent dla Louisa? – zapytała zamiast udzielić mi odpowiedzi, a ja miałem wrażenie, jakby ktoś z całej siły kopnął mnie w żołądek. Zemdliło mnie i skrzywiłem się nieznacznie, starając się jednak tego po sobie w żaden sposób nie pokazywać.
- Dlaczego powinienem coś dla niego mieć? – odpowiedziałem, obserwując, jak jej twarz zaczerwieniła się ze złości. Znalazła się przy mnie w ciągu dwóch sekund, policzkując mnie z całej siły, sprawiając, że zachwiałem się na nogach i syknąłem z bólu, bo cholera, Gemma była w tym prawdziwą mistrzynią.
- Ty pieprzony egoisto – warknęła, wbijając boleśnie palec w mój mostek – Jesteś dupkiem i Louis nie zasłużył sobie na takie traktowanie. Lepiej, żebyś złożył mu te cholerne życzenia urodzinowe, bo przysięgam, twoje jaja zawisną na choince obok bombek, jeśli tego nie zrobisz – dodała, a potem bez słowa wycofała się z kuchni, zostawiając mnie ze swoim lekkim uśmiechem i mętlikiem w głowie.



*



Gdy tylko usłyszałem bicie dużego zegara mamy, oznaczające, że wybiła północ, z pamięci wystukałem jego numer, wpatrując się w śnieżnobiały sufit swojego pokoju. Odebrał po pierwszym sygnale, zupełnie, jakby wyczekiwał na mój telefon.
- Louis – powiedziałem, a jego imię zabrzmiało w moich ustach dziwnie obco – Zestarzałeś się – mruknąłem, a on roześmiał się ciepło po drugiej stronie słuchawki i przez tę krótką chwilę poczułem odprężające ciepło.
- Urodziłem się o czternastej, więc wciąż jestem szczęśliwym posiadaczem jedynki na końcu. – Głos chłopaka był ochrypły, a w tle słyszałem charakterystyczny, niski głos Liama, który tłumaczył coś komuś bardzo szybko – A zestarzałeś się to kiepski pomysł na życzenia urodzinowe, wiesz? – zapytał, a ja westchnąłem, poruszając się nerwowo na pościeli, słysząc tak znajomy, ironiczny ton. Wydawał mi się być odrobinę zbyt głośny i natychmiast uświadomiłem sobie, co jest tego powodem.
- Piłeś? – zapytałem, choć na dobrą sprawę nie potrzebowałem odpowiedzi, słysząc jego chrapliwy oddech – Nieważne, to twoje urodziny – mruknąłem, podnosząc się z pościeli. Szybkim krokiem podszedłem do okna i stanąłem w tym samym miejscu, w którym znajdowałem się, gdy obserwowałem Nialla i Gemmę. – W każdym razie, życzę Ci wszystkiego najlepszego, Louis – powiedziałem cicho, przypominając sobie, jakie to było uczucie, gdy w zeszłym roku szeptałem życzenia urodzinowe prosto do jego ucha, gdy kochaliśmy się tak mocno, jak jeszcze chyba nigdy.
- Tylko na tyle zasłużyłem, Harry? – zapytał, a ja zdrżałem od nagłego chłodu, z jakim się do mnie odezwał i byłem pewien, że właśnie po raz kolejny się napił.
- Nie, Louis – zaprzeczyłem natychmiast, a dłonie zaczęły trząść mi się z nerwów i złości – Zasłużyłeś na dużo, dużo więcej. Mam nadzieję, że nigdy nie przyjdzie ci żałować odejścia z One Direction i że będziesz spełniał swoje marzenia i realizował postawione cele. Że znajdziesz kogoś, kto pokocha cię i da ci wszystko, czego pragniesz i z kim założysz kiedyś rodzinę, i…
- Skończ z tym gównem, kurwa – przerwał mi, a każde jego słowo było ostre jak brzytwa noża. Nie czułem nic i chyba to było najgorsze, wypełniająca mnie pustka. – Po prostu idź do diabła, Styles – warknął i to wystarczyło, by coś we mnie pękło.
- Nie potrafisz godnie znosić porażki! – wydarłem się, zaciskając mocno dłoń w pięść. – Nigdy nie potrafiłeś przegrywać i nie umiesz nawet godnie przyjąć naszego końca, to żałosne, Louis.
- Nie waż się tak o mnie mówić, Harry – usłyszałem, a zaraz po tym do moich uszu dotarł stłumiony głos Liama i straciłem nad sobą panowanie.
- Dlaczego? Co takiego zrobisz, naskarżysz na mnie Liamowi? Gówno mnie obchodzi jego zdanie!
- Liamowi? – Louis roześmiał się głośno, a jego pijacki chichot wprawiał krew w moich żyłach we wrzenie. – Nie, Harry. Myślę, że znów zadzwonię do Blindgossip i opowiem im uroczą historyjkę o tobie i o mnie – oznajmił spokojnie – Szkoda, że od dłuższego czasu, to jedyny sposób, by uświadomić Ci, jak zniszczonym jesteś człowiekiem – dodał, a ja z opóźnieniem zorientowałem się, co powiedział, bo nie potrafiłem w to wszystko uwierzyć. Krótki sygnał dźwiękowy sekundę później oznajmił mi, że połączenie zostało przerwane, a ja bez większego zastanowienia cisnąłem swoim telefonem z całej siły, nie dbając o to, w jakim będzie stanie, gdy się uspokoję. Zacząłem demolować wszystko, co nawinęło mi się pod rękę, zrzucając po kolei z półek ramki ze zdjęciami, puchary, książki, kosmetyki, przeklinając przy tym tak głośno, jak chyba jeszcze nigdy. Nie dbałem o to, że od stłuczonego szkła poraniłem sobie dłonie, po których teraz ściekała krew - byłem w amoku i nie potrafiłem przestać. Louis był osobą, która donosiła na nas temu cholernemu portalowi i ja nie byłem w stanie tego znieść.
Kilkanaście sekund później, do mojego pokoju wpadły Gemma i Anne, najprawdopodobniej zwabione przeraźliwym hałasem, który wokół siebie tworzyłem. Moja siostra momentalnie chwyciła mnie za ramiona, odciągając od pamiętników z dzieciństwa, które właśnie darłem na strzępy, przyciągając do mocnego uścisku, który poplamił jej koszulę nocną krwią z moich dłoni.
- Apteczka – mruknęła moja matka, bardziej do siebie, niżeli do mnie czy Gemmy, a potem zniknęła na schodach, a ja zamknąłem oczy, wpadając w jakiś dziwny trans, z którego miałem nadzieję już nigdy się nie wybudzić.



*



 - W porządku, w dniu dzisiejszym One Direction zostaje odwołane. Zaraz poproszę kogoś, by zwołał konferencję i ogłosił to prasie. Panie Styles, musimy jeszcze przedyskutować warunki pańskiej umowy, zapraszam do gabinetu obok. – Otyły mężczyzna uśmiechnął się do mnie ciepło, a ja kiwnąłem tylko głową, chowając do kieszeni szerokiej, szarej bluzy swoje obwiązane bandażami dłonie. Kątem oka widziałem, jak Liam kieruje się do wyjścia, tłumacząc się gorączkowym szeptem troską o ciężarną Sophie. Zayn uściskał go mocno, a potem zerknął nieśmiało w moim kierunku.
- Do zobaczenia wkrótce, Stary – szepnął mi do ucha, klepiąc wgłębienie między moimi łopatkami tak ostrożnie i delikatnie, jakby sam nie wierzył w swoje słowa, a potem powtórzył ten gest z resztą, po czym uśmiechnął się do nas ostatni raz i wyszedł, trzęsąc się jak osika od emocji.
Zignorowałem zarówno Nialla, jak i Louisa, kierując swoje kroki prosto do sali, w której miałem podpisać nowy, solowy kontrakt i wreszcie zapomnieć o wszystkich trudach, które musiałem znieść.

Wiedziałem jedno – nigdy nie zapomnę miłości do niebieskookiego.


I nigdy nie zapomnę też sposobu, w jaki sprzedał nasz związek mediom.

niedziela, 12 stycznia 2014

Rozdział dwudziesty pierwszy


Secrets I have held in my heart

Are harder to hide than I thought


(Perspektywa Gemmy)

Dochodziła jedenasta, a na dworze było już zupełnie ciemno. Otoczenie oświetlało jedynie blade i nieco przytłumione, pomarańczowe światło ulicznych latarni. Niebo było całkowicie przysłonięte ciemnymi, gęstymi chmurami, zasłaniającymi gwiazdy, które latem były doskonale widoczne. Cisza, panująca na zewnątrz, koiła mój umysł i marzyłam jedynie o długiej, relaksacyjnej kąpieli w wannie wypełnionej pachnącą pianą.
Mama i ojczym poszli spać trzydzieści minut temu, ja jednak należałam do nocnych marków i bardzo rzadko kładłam się do łóżka przed trzecią w nocy. Byłam w trakcie parzenia kolejnej już, miętowej herbaty, którą z resztą uwielbiam, gdy usłyszałam znajomy odgłos silnika samochodowego i zastanawiałam się, czy to normalne, że potrafię rozpoznać ludzi po dźwiękach, jakie wydają ich auta. Zanim jeszcze wyjrzałam przez okno, wiedziałam, kto przybył i westchnęłam głośno, zastanawiając się, o co tym razem im poszło i jaka będzie moja rola w uratowaniu ich związku.
Kręcąc z niedowierzaniem głową, wsunęłam na stopy ciemne, wełniane kapcie i zarzuciłam w pośpiechu na ramiona polarową bluzę, należącą do Anne. Otworzyłam drzwi frontowe, wychodząc na werandę. Lodowaty podmuch rozwiewał pasma moich włosów na wszystkie strony, a na ramionach pojawiła mi się gęsia skórka z zimna.
Louis wyglądał dziwnie delikatnie i krucho, kiedy przedzierał się przez zaśnieżony ogród. Za duża mu kurtka mojego brata, którą miał na sobie, jedynie podkreślała to wrażenie, podobnie jak za luźne spodnie od dresu. Jasne włosy ukrył pod jedną ze swoich grubych, wełnianych czapek, jednak kilka pasemek wypadło z niej, wchodząc mu do oczu, jednak on zdawał się zupełnie tym nie przejmować. Kiedy po trzydziestu sekundach znalazł się obok mnie, dostrzegłam jego spierzchnięte wargi i opuchniętą twarz, i zrozumiałam, że w drodze do mnie musiał bardzo długo płakać. A przecież Louis prawie nigdy tego nie robił.
Zamiast atakować go od progu niepotrzebnymi pytaniami, po prostu przesunęłam się, by mógł wejść. Uśmiechnął się do mnie słabo z wdzięcznością, ściągając z nóg czarne śniegowce, gdy tylko znalazł się w środku. Wskazałam mu dłonią kuchnię, a on momentalnie udał się w jej kierunku, po drodze biorąc naszego kota w objęcia.



*



Musiało minąć trochę czasu, nim Louis w końcu zdecydował się ze mną porozmawiać, ale byłam cierpliwa, nauczona doświadczeniem. Nie przeszkadzało mi to, że w milczeniu piliśmy jedną herbatę za drugą, wsłuchując się w miarowe mruczenie mojej kotki, którą ten rozpieszczał na swoich kolanach, najprawdopodobniej zbierając się w sobie. Wiedziałam, że cokolwiek się stało, jest mu teraz cholernie trudno i nie chciałam go w żaden sposób pospieszać, wiedząc, że i tak prędzej czy później mi się zwierzy, bo własnie po to tutaj przyjechał. Uśmiechnęłam się jedynie do niego zachęcająco, kiedy po jakimś czasie kilkakrotnie otworzył swoje usta, najprawdopodobniej nie wiedząc, jak zacząć. Westchnął głośno, przesuwając palcami po gęstym futerku zwierzęcia.
- Odwiedził nas dzisiaj Liam – powiedział, patrząc gdzieś w przestrzeń, próbując przywołać do swojego umysłu wszystkie szczegóły, a ja zastanawiałam się, do czego to wszystko zmierza – Na samym początku wszystko było jak zwykle, trochę piliśmy, rozmawialiśmy o głupotach – dodał, zamyślając się - Tak, jak robimy zwykle, kiedy się ze sobą widzimy. 
- Ale? – odezwałam się łagodnie, kiedy przez kilka kolejnych minut po prostu patrzył w ścianę, nie zmieniając wyrazu twarzy, szukając odpowiednich słów.
- Ale później powiedział nam, że Sophie jest w drugim miesiącu ciąży i że nie przedłuża kontraktu – wytłumaczył, a mi stanęło serce. Liam nigdy nie należał do moich ulubieńców, ale bez wątpienia One Direction bez jego głosu nie miało prawa istnieć i ciężko byłoby znaleźć kogoś, kto byłby jego dobrym następcą.
-  Tak mi przykro, Lou, ale może nie wszystko jeszcze stracone… - zaczęłam, jednak ten uniósł jedynie dłoń, prosząc mnie tym samym, bym dała mu dokończyć.
- Rozmawiałem z Niallem, Gemma. Zadzwoniłem do niego, gdy wracałem do domu, bo odwoziłem zalanego Payna do Sophie. Boże, Horan też zdecydował się zrezygnować z dalszej kariery, podobnie z jak i Zayn. Myślałem... Cholera, ja byłem pewien, że to oczywiste, że w takim wypadku po prostu się wszyscy ze sobą pożegnamy i zaczniemy spokojne życie, na które z resztą zasłużyliśmy po trzech latach nieustannej harówki, ale wtedy Harry powiedział mi, że nie zamierza zrezygnować z występów, że chce rozpocząć solową karierę i-i-i… - Głos mu się załamał, a dłonie, w które się wpatrywał, zaczęły się niebezpiecznie trząść. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia – Za dwa dni będzie mi leciał dwudziesty trzeci rok życia, Gemms. Chciałbym powoli stabilizować swoje życie, być go w jakimkolwiek stopniu pewnym. Mieć kogoś, kto będzie ze mną przez cały czas, może za rok czy dwa pomyśleć o dzieciach, ale Ha-rry – jęknął przeciągle, a przez całe jego ciało przeszedł gwałtowny dreszcz – Harry nie będzie mógł tego zrobić, jeśli będzie koncertował po całym świecie i …
- Louis. Harry ma dziewiętnaście lat – przerwałam mu, starając się nie zabrzmieć zbyt ostro, a jedynie zwrócić mu uwagę – To znaczy, że wciąż jest nastolatkiem i myśli jak nastolatek, a ludzie w takim wieku nie planują rodziny – dokończyłam cicho. Chłopak zacisnął prawą dłoń w pięść, wbijając paznokcie w jej wewnętrzną część.
- Harry jest dojrzalszy niż przeciętny dziewiętnastolatek, przecież…
- Jesteś pewien, Louis? – przerwałam mu ponownie, próbując nie wybuchnąć ironicznym śmiechem, który cisnął mi się na usta. – Jesteś pewien, że jest dojrzalszy od innych, kiedy paraduje w plastikowych majtkach, przebrany za Miley Cyrus? Kiedy upija się z Grimshawem w blond peruce? Kiedy rozdaje fankom cukierki na koncertach? Kiedy rzuca się w ramiona Liamowi i udaje koalę?  - wymieniłam, a on zamknął oczy, kręcąc głową, bo zdawał sobie sprawę, że mam rację.  – On cię kocha, oboje to wiemy. Jesteś jego pierwszą miłością, traktuje cię poważnie, ale to jeszcze dzieciak, Lou. To tylko dzieciak, nawet jeśli wyjątkowo wrażliwy – mruknęłam, bardziej do siebie, niż do niego – Różnica wieku jest głównym powodem, dla którego odrzuciłam Nialla. Po prostu boję się tego, że będziemy mieli inne priorytety i ja nie poradzę sobie, jeśli za bardzo się zaangażuję, a on mi oznajmi, że to nic nie znaczyło – mruknęłam w przestrzeń, a chłopak zerknął na mnie przeszklonymi oczyma.
- Co według ciebie powinienem teraz zrobić, Gemma?
- Nie wiem, Louis, to zajebiście trudne - mruknęłam, chowając twarz w dłoniach - Pytanie brzmi, czy poczekasz na niego te kilka lat, nim on się uspokoi i ustatkuje. Musisz tylko wziąć pod uwagę to, że ty dla niego możesz przestać się przez ten czas zupełnie liczyć. Oboje wiemy, co kariera robi z ludźmi.



*


(Perspektywa Harry’ego)


Dochodziła już dziewiąta rano, kiedy usłyszałem ciche kroki na korytarzu, w których natychmiastowo rozpoznałem chód Louisa. Zdenerwowanie wzięło nade mną górę, sprawiając, że zapomniałem o całym strachu, jaki czułem, gdy Louis nie wrócił na noc. Nie miałem pojęcia, gdzie chłopak zniknął, ale czarne scenariusze, jakie utworzyłem w swoim umyśle, nie dawały mi spokoju i nie pozwoliły zmrużyć oczu w nocy. Momentalnie poderwałem się z kanapy, wychodząc mu naprzeciw.
- Gdzie byłeś? – zapytałem chłodno, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. Zmierzyłem go wzrokiem, zastanawiając się, jaki zapach poczuję, gdy znajdę się bliżej niego. Chłopak potrząsnął jedynie głową, w pośpiechu ściągając z siebie ciężkie, zimowe buty. – Odpowiedz mi, do cholery, Louis! – uniosłem się, popychając go lekko w stronę ściany, jednak ten w ogóle nie zareagował. W jego niebieskich oczach dostrzegłem lęk. – Byłeś u Eleanor, tak? Cholerny zdrajco, znów ją pieprzyłeś dla pocieszenia! – wydarłem się. Nawet nie drgnął, a jedynie odgarnął za długie pasmo włosów, które wpadło mu do oczu i w tym samym momencie zauważyłem, że ma na sobie rękawiczki Gemmy i poczułem, jak moje policzki palą się ze wstydu i niezrozumienia. – Gemma? Co? – zapytałem cicho, a on w końcu zdecydował się na mnie spojrzeć. Jego twarz była bardzo zmęczona i jakby zapadnięta w sobie – wyglądał teraz na dużo starszego, niżeli był w rzeczywistości. Jasne oczy spoglądały na mnie smutno.
- Kiedyś powiedziałeś mi, że rozumie cię najlepiej, a ja chciałem tylko wyjaśnienia – oznajmił. Trzęsły mu się dłonie i w niczym nie przypominał teraz tego silnego, pewnego siebie mężczyznę, który jednym, ciętym zdaniem zamykał usta dziennikarzom. – Możemy porozmawiać, Harry? – zapytał, a ja skrzywiłem się automatycznie na to zdanie.
- Louis, ja podjąłem już decyzję, rozumiesz? – powiedziałem głośno, stanowczym tonem – Nie zmienię jej – dodałem. Chłopak wziął głęboki oddech, najprawdopodobniej próbując się uspokoić.
- Co z nami? – zapytał cicho, patrząc prosto w moje oczy, a ja miałem wrażenie, że jego spojrzenie wypala mi twarz.
- Nie zamierzam jeszcze przechodzić na emeryturę jak najwyraźniej ty masz w planach. Nie chcę spędzać całych dni na kanapie, dlaczego tego nie pojmujesz? Nie wyobrażam sobie życia bez muzyki, bez naszych fanów. Ty podjąłeś swoją decyzję, a ja podjąłem własną, dlaczego moja jest gorsza? Nasze zdania nie są ze sobą spójne i żaden z nas nie chce ustąpić, więc najlepiej będzie, jeśli teraz po prostu się rozstaniemy – powiedziałem, unikając patrzenia w jego stronę. Mojej uwadze nie umknęły jednak dłonie starszego, trzęsące się z tłumionych emocji.
- I mówisz to tak po prostu? – zapytał, podchodząc do mnie. Automatycznie zrobiłem krok w tył, nie chcąc pozwolić, by fizyczność przejęła nade mną kontrolę.
- Tak będzie lepiej dla wszystkich, Louis. Twoja rodzina mnie nienawidzi, Modest nas nienawidzi, fanki także by nas znienawidziły, jeśli tylko dowiedziałby się prawdy. Będziesz mógł normalnie żyć, znaleźć sobie żonę, założyć z nią prawdziwą rodzinę… - mówiłem, jednak nie dane było mi dokończyć. Kątem oka zauważyłem, jak chłopak wygina się lekko, a potem poczułem ostry ból na swojej twarzy, gdy wymierzył mi siarczysty policzek.
- Nie chcę cię znać – warknął, a ja starałem się zignorować nieprzyjemny ucisk w żołądku, jaki spowodowały te słowa. – Nie chcę cię, kurwa, widzieć na oczy, już nigdy więcej – dodał, popychając mnie, a potem zdjął z wieszaka swoją kurtkę, wciągając ją na siebie i ponownie zostawił mnie samego w domu, który miał nam przynieść jedynie szczęście.


*


- Rozmawialiście? – Głos mojej siostry był trudny do określenia. Nie wiedziałem, czy jest bardziej zdenerwowana, czy zirytowania całą tą sytuacją, w którą została zamieszana. Najprawdopodobniej spodziewała się, że znów się pogodzimy, lądując razem w łóżku.
- Rozstaliśmy się – oznajmiłem krótko, ignorując bolesny ucisk w klatce piersiowej, gdy wypowiadałem te słowa. Zerknąłem kątem oka na wciąż jeszcze nierozpakowane kartony z jego rzeczami i zrobiło mi się słabo.
- Więc Louis podjął decyzję. – Usłyszałem, na co zmarszczyłem brwi, niczego nie rozumiejąc.
- Nie, Gemma. Ja to zrobiłem – powiedziałem, wygrzebując z pojemnika jeden z jego ciepłych, wełnianych swetrów. Wtuliłem w niego nos, chcąc pożegnać się z zapachem, jaki chłopak pozostawił w naszym domu.

- Mam tylko nadzieję, że dobrze ja przemyślałeś i że jesteś jej całkowicie pewien – mruknęła stanowczym tonem, przepełnionym pogardą i czymś jeszcze, trudnym do określenia.  – Bo złamałeś mu pieprzone serce, Harry.


_________________________
Dziękuję za wszelkie opinie pozostawione w komentarzach :)

niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział dwudziesty


I feel so lost and I need to know
if your heart really wanna let me go


 Ostrzeżenie: Scena miłości dwóch mężczyzn (+18) 

Kiedy wróciliśmy do naszego domu od Keitha, Louis był bardzo cichy i przygnębiony, ale jednocześnie rozdrażniony. Nie chciał ze mną rozmawiać, zbywając mnie jakimś suchym, urwanym zdaniem, więc zdecydowałem, że najlepszym wyjściem będzie po prostu jeśli usunę się cień, dopóki mu nie przejdzie.
Oparłem się biodrami o piaskowy blat w kuchni, uśmiechając się lekko na widok ciasta do naleśników, które powoli zaczynało się rumienić na rozgrzanej patelni. Podrzuciłem je szybkim ruchem, przewracając  tym samym na drugą stronę i zachichotałem cicho, dumny ze swoich kuchennych wyczynów. W całym pomieszczeniu unosił się już ich charakterystyczny zapach i uniosłem delikatnie kąciki warg w górę, zastanawiając się, kiedy zwabi on do mnie niebieskookiego.
Właściwie, nie musiałem długo czekać. Zajęty smażeniem naszej kolacji i tym, by ciasto było idealnej grubości, prawie podskoczyłem, czując dwie, chłodne dłonie, przesuwające się z czułością po moich biodrach i gorący oddech na moim karku.
- Mamy gościa – w głosie Louisa, który zabrzmiał mi tuż przy uchu, powodując tym samym gęsią skórkę, usłyszałem wesołą nutkę i odwróciłem się momentalnie, stając twarzą w twarz z Liamem, ubranym w jeden z tych szarych, luźnych dresów, które nosił w tourbusach. Chłopak uśmiechnął się do mnie lekko, unosząc w górę sześciopak piwa, który zmierzyłem, unosząc do góry lewą brew. Wyglądał na zmęczonego i nieco czymś zestresowanego, ale byłem pewien, że Lou tego nie zauważył, zbyt przejęty jego wizytą, alkoholem i jedzeniem, które tak uwielbiał. Z zafascynowaną miną, przyglądał mi się, gdy podrzucałem w powietrze ostatniego już naleśnika, a potem bez słowa sprzeciwu pomógł mi nieść talerze i naszą kolację do jadalni.



*


Kiedy napełniliśmy już nasze brzuchy, przenieśliśmy się ociężale do przestronnego salonu. Podłoga wyłożona była panelami w kolorze gorzkiej czekolady i idealnie kontrastowała z jasnymi ścianami, przypominającymi odcieniem waniliową kawę z dużą ilością mleka. Kanapa była ogromna, po rozłożeniu jej z całą pewnością zmieściłoby się na niej co najmniej siedem osób, to też nie mieliśmy żadnego problemu, by wygodnie się na niej ułożyć. Louis odrobinę źle się czuł, więc zdecydował się nie pić, ale ja i Payne nie widzieliśmy powodu, by tego nie robić. Bardzo szybko opróżniliśmy po dwie puszki, rozmawiając o głupotach. Cały czas czułem na swoich biodrach dłonie Louisa, chłodne i miękkie opuszki palców, sunące wzdłuż mojego brzucha i dekoncentrowało mnie to do takiego stopnia, że ledwie usłyszałem, co tak naprawdę ma nam do powiedzenia Liam.
- Nie przyszedłem tutaj bez powodu – zaczął i nawet mój otępiały przez alkohol umysł był w stanie rozpoznać drżenie w jego głosie. Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, co takiego wytrąca z równowagi statecznego zwykle Liama.  – Zanim dojdę do sedna sprawy, chciałbym zaznaczyć, że podjąłem już decyzję i żaden z was nie jest w stanie mnie od niej odwieść, więc nawet nie próbujcie. Zgoda?
- Zmieniasz płeć, Li? – wyrwało się niebieskookiemu, a jego głośny, melodyczny głos spowodował ciarki na moich ramionach. Cholera, wszystko w nim tak mocno na mnie działało… Kiedy ostatni raz uprawialiśmy seks?
Payne pokręcił z niedowierzaniem głową, a po jego poważnej minie i napiętych mięśniach łatwo było rozpoznać, że nie jest mu do śmiechu, więc Louis natychmiast się zreflektował, kiwając lekko głową. Zrobiłem to samo, uśmiechając się do niego zachęcająco. Poczułem paznokcie wbijające się w moją kość biodrową i syknąłem nieznacznie.
- Sophie jest w drugim miesiącu ciąży – oznajmił w końcu, a mnie zakręciło się w głowie i cóż, byłem prawie pewien, że to nie z powodu płynącego w moich żyłach alkoholu. Rozszerzyłem szeroko oczy w zdziwieniu, a w gardle poczułem olbrzymią suchość, bo wiedziałem już, co chłopak próbuje nam przekazać. – Nie zostawię jej teraz samej i nie zamierzam też pozbawiać mojej córki albo mojego syna ojca, bo będę zbyt zajęty koncertami dla czternastolatek, żeby przyglądać się, jak moje własne dziecko dorasta. Na całe szczęście, zaraz skończy się nam kontrakt. Nie przedłużę go. Mam nadzieję, że to rozumiecie – dodał, a w jego ciemnych oczach dostrzegłem zły i nie bardzo wiedziałem, co jest ich przyczyną. Wpatrywałem się w niego, nie potrafiąc wykrztusić z siebie nawet słowa i wtedy Louis po prostu wstał, podchodząc do Liama i nim zdążyłem się obejrzeć, trzymał go mocno w ramionach, klepiąc go po plecach.
- Gratuluję, stary – mruknął, uśmiechając się i nie pamiętałem, czy kiedykolwiek widziałem u niego tak szczery, przyjazny uśmiech. – To najlepsza decyzja, jaką mogłeś podjąć i chcę, żebyś wiedział, że się za tobą wstawię, jeśli będzie trzeba – dodał, a ja otworzyłem usta, pozostając w lekkim szoku. Nie mogłem w to uwierzyć. Louis i Liam nigdy nie mieli jakichś wybitnie dobrego kontaktu, za bardzo różniły ich poglądy i odmienne poczucie humoru, jednak teraz trwali w swoich objęciach i wyglądali jak najdrożsi sobie bracia. Z drugiej strony, dużo bardziej szokowało mnie to, co oznacza dla nas decyzja Payne’a.
- Jestem pewien, że będziesz świetnym ojcem – wydusiłem z siebie w końcu, dziwnie zmienionym głosem i także wstałem, by poklepać go mocno między łopatkami. Ściskaliśmy się mocno przez chwilę, gdy w kieszeni Payna rozdzwonił się jego telefon i chłopak momentalnie go wyciągnął, uśmiechając się do wyświetlacza, na którym pojawiło się zdjęcie rozmówcy.
- To Sophie – powiedział, a następnie nacisnął przycisk potwierdzający połączenie. – Jestem jeszcze u Tomlinsonów – mruknął, uśmiechając się lekko, gdy uderzyłem go na te słowa w bok, oburzony tym, jak nas nazwał. Louis roześmiał się za to głośno, przysuwając mnie do siebie i całując delikatnie w skroń. Tak cudownie pachniał…  – Zaraz poproszę kogoś, żeby po mnie przyjechał, tylko nie wiem, czy Niall tu trafi, cholera…
- Liam, odwiozę cię – głos niebieskookiego był tak stanowczy, że chłopak uśmiechnął się szeroko, kiwając głową. Zmarszczyłem brwi.
- W porządku, Lou zaproponował, że mnie odwiezie. Niedługo się zobaczymy, dbajcie o siebie – oznajmił, rozłączając się, a ja westchnąłem cicho, odwracając się do nich plecami. Trzęsły mi się dłonie z nerwów i nie umiałem się uspokoić, jednak żaden z nich zdawał się tego nie zauważać.



*


Louis był w drodze do domu Liama, kiedy ja leżałem na kanapie, wpatrując się w sufit, jakby to on miał przynieść mi rozwiązanie sytuacji, w której się znalazłem. Oddychałem chrapliwie, próbując zmusić się, by wstać i sięgnąć bo leżący na stoliku telefon, jednak jeszcze długo pozostawałem w bezruchu, nim w końcu trzymałem go w swoich dłoniach, wystukując z pamięci numer do Zayna. Ku mojemu zaskoczeniu, chłopak odebrał już po pierwszym sygnale i prawie się uśmiechnąłem na dźwięk jego charakterystycznego akcentu.
- Cześć, Harry – powiedział, zabawnie przeciągając sylaby w moim imieniu. – Spodziewałem się twojego telefonu – dodał, a ja zmarszczyłem brwi, prostując plecy. Oparłem się wygodnie, strzelając kościstymi kolanami.
- Spodziewałeś się? – zapytałem, wzdychając głośno i zastanawiając się, co to wszystko znaczy. Nerwowo zagryzałem dolną wargę, aż do momentu, w którym nie poczułem na niej krwi i natychmiast się opanowałem.
- Jesteś przewidywalny, wiesz? – Malik wydawał się być dziwnie zmęczony i odrobinę zirytowany – Kiedy Liam powiedział mi rano, że zamierza wam dzisiaj ogłosić swoją decyzję, wiedziałem, że zadzwonisz. Znam nawet pytanie, które chcesz mi teraz zadać.
- Znasz? – Czułem się jak ostatni idiota, bo sam nie byłem pewien, dlaczego potrzebowałem odpowiedzi chłopaka już teraz.
- Ja też nie przedłużę kontraktu, Harry. Zarobiłem już dość pieniędzy, by zapewnić sobie i całej mojej rodzinie życie na wysokim poziomie i nie zamierzam bawić nastolatków do trzydziestki. Ciąża Sophie to dla mnie tylko pretekst. Pewnie zrezygnowałbym i bez tego, więc nie obwiniaj Liama... – nie zdążył dokończyć, gdy rzuciłem mocno swoim telefonem przed siebie i w milczeniu obserwowałem, jak roztrzaskuje się na ścianie.
- Kurwa mać! – wrzasnąłem w końcu, podnosząc się. Nie tak, wszystko było nie tak.


*


Odetchnąłem z ulgą, gdy godzinę później usłyszałem silnik samochodu na podjeździe i w zasadzie nie pozwoliłem mu nawet się odezwać. Byłem tak zdesperowany i tak bardzo spragniony jego miłości, że bolało mnie całe ciało.
Nachyliłem się do niego, obejmując jego szczupłą twarz w obie dłonie, a on westchnął zaskoczony prosto w moje wargi, gdy wpiłem się mocno w jego wąskie, spierzchnięte usta. Louis smakował cudownie i gdybym miał to jakoś opisać, myślę, że najbliższe jemu byłoby połączenie słodkiej herbaty i promieni słonecznych. Motyle rozrywały mi żołądek i wszelkie zmartwienia, jakie pojawiły się w mojej głowie w ciągu ostatnich dwóch godzin, nagle straciły jakiekolwiek znaczenie. Teraz liczyliśmy się tylko my, ja i on. Ten cholernie palący żar między nami, który sprawił, że krew wrzała mi w żyłach.
Całowaliśmy się długo, mocno i nie było w tym żadnej perfekcji. Zbyt często gubiliśmy rytm, zachłanni swoich ust, by odnaleźć go kilkanaście sekund później, a nasze dłonie były ciekawskie i spragnione, obaj chcieliśmy tylko więcej, szybciej, lepiej, bliżej... Tak cholernie za tym tęskniliśmy.
Popchnąłem go mocno i wylądowaliśmy miękko na jednym z tych puszystych dywanów, które tak bardzo mi się spodobały, gdy wszedłem tutaj po raz pierwszy. Gdzieś w głębi mojego umysłu jaśniało idealne łóżko, stojące w naszej sypialni, jednak wizja ta momentalnie się rozwiała, gdy tylko poczułem gorące, spuchnięte od pocałunków wargi na swoim wrażliwym, wystającym obojczyku.
- Rozbierz mnie w końcu – westchnąłem gdzieś pomiędzy niedbałymi, dotkliwymi pocałunkami i poczułem, jak ciepłe i delikatnie dłonie chłopaka wsunęły się pod bawełnę mojej koszulki, sprawiając, że moja skóra zapłonęła żywym ogniem. Nim zdążyłem się zorientować, Louis ściągnął mi przez głowę odrobinę za dużą bluzkę i przez całe moje ciało przeszedł gwałtowny dreszcz, gdy momentalnie się nade mną pochylił, chwytając moją wrażliwą brodawkę między swoje spragnione wargi. Z moich ust wyrwał się głośny jęk, a on uśmiechnął się, przygryzając skórę pomiędzy dwiema jaskółkami na mojej klatce piersiowej i to sprawiło, że odrobinę oprzytomniałem.
Z siłą, której bym się po sobie nie spodziewał, podniosłem się, tak, bym to ja górował nad nim. Jego ciało trzęsło się pod moimi palcami, a ja byłem tak cholernie niecierpliwy i spragniony, jakby to był nasz pierwszy raz. Złączyłem nasze wargi w kolejnym niestarannym pocałunku, podczas gdy moje dłonie uniosły jego lędźwie, ściągając z niego szeroki, bordowy sweter. Rzuciłem go gdzieś, nachylając się do niego. Jego zapach zalał moją świadomość.
- Cały dzień tak cholernie cię chciałem, Lou – mruknąłem mu w szyję, a on wygiął się w łuk, jęcząc głucho. Momentalnie przeniosłem swoje wargi na jego wystające żebra, całując po kolei wolną przestrzeń pomiędzy każdym z nich. Niebieskooki wiercił się pode mną, a ja czułem, że jeśli zaraz czegoś nie zrobimy, umrę z pragnienia. Czułem się jak narkoman, który miał przed sobą swój ukochany narkotyk po miesiącach spędzonych na odwyku.
- N-nie zauważyłem – wyjęczał, a ja uśmiechnąłem się do niego, rozumiejąc, w co zamierza ze mną grać. – Jak bardzo? – dodał, drżącym z emocji głosem, a ja wciągnąłem głośno powietrze, szybkim ruchem odpinając guzik jego obcisłych spodni i ściągnąłem je, choć nie bez problemów.
Leżał pode mną w samej bieliźnie, z włosami roztrzepanymi bo białym, miękkim dywanie i z dłońmi zaciśniętymi w pięści na ciemnej, drewnianej podłodze. Żałowałem, że oczy nie potrafią robić zdjęć, bo ten widok chciałbym zatrzymać na zawsze.
- Tak bardzo – mruknąłem, ściągając z niego ostatnią część garderoby, a on jęknął głośno, wyginając się w łuk, spragniony mojego dotyku. Zanim jeszcze cokolwiek zrobiłem, zdjąłem z siebie spodnie i bieliznę, czując niesamowitą ulgę, gdy pozbyłem się wreszcie bolesnego ucisku na swojej męskości.
- Dalej, Harry, pospiesz się – wydyszał w moje usta, zachęcająco rozchylając swoje uda, a ja jęknąłem głośno. Chciałem go, chciałem go tak bardzo, że aż bolało, ale gdzieś tam, w dalszej części mojego umysłu, jakiś głos rozsądku podpowiedział mi, że to nie tak powinno być, że mogę go skrzywdzić, a przecież nie chciałem. Louis zauważył wahanie na mojej twarzy, więc momentalnie przyciągnął mnie do mocnego, ale krótkiego pocałunku, desperacko wiercąc się pomiędzy moimi nogami. – Proszę, zrób to w końcu, nie przejmuj się tym, ja…
- Nie bądź niemądry, Lou – szepnąłem, całując delikatnie początek jego nosa. – Rozerwałbym ci wnętrzności – dodałem, podnosząc się chwiejnie. – Obiecuję, zaraz dokończymy. - Nie mam pojęcia, jakim cudem udało mi się wyprostować, dojść do sypialni i wyjąć z niej butelkę z żelem, a potem jeszcze wrócić do niego, na którego widok zabrakło mi oddechu w płucach. Louis wyglądał najpiękniej na świecie, kiedy wyglądał potrzebująco  i nie mogłem się już doczekać, kiedy spełnię jego prośbę.
Wsunąłem w niego nawilżony palec, chwilę później dodając następny, a on odrzucił głowę do tyłu, zamykając zamglone tęczówki.
- Teraz, Harry – wychrypiał, zaciskając mocno wargi, a ja niemalże z ulgą przyjąłem jego zaproszenie, powoli, niespiesznie łącząc nasze ciała w jedno i czas jakby się zatrzymał. Byliśmy razem, ja i on, jedność, LouisiHarry, i wszystko było na swoim miejscu.
Nasze biodra wychodziły naprzeciw sobie w jednym, spójnym rytmie i nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułem się tak, jak w tamtej chwili, gdy tempo stało się zabójczo szybkie i chłopak jęknął głośno moje imię, dochodząc. Ten rozpustny widok wystarczył, bym i ja skończył, opierając czoło o jego klatkę piersiową.
Spoceni, zmęczeni, wtuleni we własne ciała, jeszcze długo po tym leżeliśmy na przyjemnie puszystym dywanie, regulując oddechy.



*


- Pomyśl Harry, jeszcze tylko miesiąc i w końcu będziemy wolni – rozmarzył się Louis, stojąc przy oknie. Podszedłem do niego, marszcząc czoło. Za oknem zauważyłem padający spokojnie z nieba śnieg, pierwszy w tym roku.
- Co masz na myśli? – mruknąłem, przyglądając się uważniej wirującym na wietrze płatkom. Uwielbiałem je, zawsze uważałem, że są najwybitniejszym dziełem natury.
- Jak to, co? – zdziwił się, stukając palcem w szybę, by tym samym odkleić zbierający się w tym miejscu puch. – Koniec One Direction. Wreszcie się od tego uwolnimy, nie będziemy musieli już koncertować, udzielać wywiadów, chodzić na te wszystkie, okropnie nudne gale… - rozmarzył się, a ja poczułem, że coś boleśnie ściska mnie w żołądku i nagle nawet śnieg za oknem wydawał mi się dziwnie ponury i nieprzyjemny. – Pomyśl, będziemy mogli mieszkać tutaj i całe dnie kochać się w każdym miejscu tego domu i niczym się nie przejmować, bo zarobiliśmy już wystarczająco pieniędzy, by kiedyś jakieś małe dziecko, które będzie…
- Louis – przerwałem mi ostro, nie odrywając jednak wzroku od drzew, na których zatrzymywało się coraz więcej lodowej pościeli – Ja zamierzam podpisać ten kontrakt – oznajmiłem, obserwując, jak całe rozmarzenie znika z jego twarzy, ustępując miejsca zaskoczeniu, a później także i złości.
- Co? – wyrzucił z siebie tylko, marszcząc brwi – Jak to… co? – Nic nie rozumiał, zerkając na mnie pytająco. Nie byłem pewien, czy chcę kontynuować tę rozmowę, bo aż za dobrze zdawałem sobie sprawę, jak się skończy.
- Nie wyobrażam sobie życia bez występów, bez tworzenia muzyki i uszczęśliwiania nią ludzi – powiedziałem spokojnie, obserwując, jak usta chłopaka wykrzywiają się w grymasie. – Jeśli wasza czwórka nie zamierza już śpiewać, szanuję waszą decyzję, ale ja z tego nie zrezygnuję, nie po tym wszystkim, co już przeszedłem – powiedziałem stanowczo.
- Ale jak ty to sobie wyobrażasz, Harry? – zapytał cicho, wpatrując się we mnie gniewnie. Uśmiechnąłem się do niego lekko, wymownie.
- Naprawdę uważasz, że nie znajdzie się żaden producent, który będzie chciał wydać moją solową płytę? Ja sądzę, że będą się ustawiali do mnie w kolejce – mruknąłem, zakładając ręce na ramiona.
- A co z nami? Ty będziesz jeździł po świecie, a ja mam tu zostać i czekać, aż w końcu ci się to znudzi, bóg jeden wie kiedy? – warknął, kręcąc z niedowierzaniem głową. Był zdenerwowany, cały się trząsł.
- Skoro tak zadecydowałeś – powiedziałem spokojnie, wsuwając dłonie do kieszeni spodni.
- Nie mogę tego słuchać, Harry – Głos Louisa łamał się od emocji – Nie mogę tego, kurwa, słuchać – dodał, a potem zniknął na korytarzu.


Nie ruszyłem się z miejsca, słysząc jedynie trzask drzwi frontowych, a potem odgłos uruchomionego silnika w jego aucie.


____________________
Za wszelkie komentarze bardzo dziękuję.